oficjalnie jestem narzeczoną!!!
sheepfilms

tannertan36
Today's Document

❣ Chile in a Photography ❣
taylor price
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open
★
d e v o n
Show & Tell
noise dept.
The Bowery Presents

Product Placement
ojovivo
Lint Roller? I Barely Know Her
untitled
Claire Keane
🩵 avery cochrane 🩵
official daine visual archive
"I'm Dorothy Gale from Kansas"
Sade Olutola
seen from Pakistan
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Canada
seen from Brazil
seen from Morocco
seen from United States

seen from Malaysia

seen from Argentina
seen from United States
seen from United States
seen from United Kingdom
seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from Qatar
seen from United States
@myghostwonteat
oficjalnie jestem narzeczoną!!!

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
okropnie boli mnie to, że każdy dzień jest taki sam. mimo że mam pracę, mam zajęcie przez większość dnia, nie objadam się- jem normalnie, to i tak cały czas myślę. bardzo dużo myślę. o tym, co było, co będzie, co może być, co chciałabym, żeby było. chciałabym przestać myśleć. przestać pamiętać. chodzę na terapie- byłam trzy razy, więc to dopiero początek. a czasami mam wrażenie, jakby to był już koniec, bo myślę o tym, żeby to przerwać. to nie jest tak, że to nie pomaga. terapeutka jest naprawdę w porządku, ale to ja nie potrafię. nie umiem rozmawiać. dlatego pozwala mi pisać. piszę, ale to za mało. wiem, że powinnam mówic, czego chcę i czego potrzebuję, ale nic mi nie wychodzi. wszystko się blokuje. mam wrażenie, że stoję w miejscu. jakbym byla zamknięta w tym samym i nie mogła z tego wyjść. czasami myślę, że jedyne, co mogę zrobić to zniknąć albo zacząc wszystko od nowa.
dziadek zmarł 9 marca. pogrzeb był w sobotę. nie mam siły nawet o tym myśleć. dzisiaj wracam do domu. wreszcie będę sama- tylko ja i mój kot. ten rudy, którego ja nie chciałam, a babcia bardzo. teraz jest mój. wracam też do pracy. zapisałam się na terapię, drugie spotkanie mam w tę środę. szczerze mówiąc bardzo źle się z tym czuję. moja relacja z jedzeniem znowu jest dziwna. nie nazywam tego już objadaniem się, ale jem dużo i potem wszystko zwracam. ból brzucha, żołądka, głowy, przełyku- masakra. wiem, że sama jestem sobie winna. ostatnio robiłam podstawowe badania. wyniki są słabe, ale nie najgorsze, co trochę mnie dziwi. powinny być gorsze, a skoro nie są, to znaczy, że nie jest ze mną aż tak źle. powinnam się z tego cieszyc. po roku bez kontaktu odezwał się P. napisal pierwszy. dużo sobie wyjaśniliśmy, ale nadal nie potrafię mu ufać. choć go kocham. zawsze był dla mnie kimś więcej i chyba ja dla niego też. to dziwne uczucie. i tak naprawdę sama nie wiem, co o tym myśleć. muszę przestać tyle myśleć
nowy rok zaczynam z jakimś wirusem- albo zwyczajnym przejedzeniem. od wczoraj mam okropny ból żołądka i czuję, że rano albo w nocy będę wymiotować. pewnie rozłoży mnie na dobre trzy dni. byłam dziś u dziadka. niby czuje się trochę lepiej, ale wyniki są dalej tak samo złe. dodali mu radioterapię i to właściwie wszystko, co mogą zrobić. w skrócie- nie jest dobrze. lekarze mówią, że 7 stycznia wróci do domu. strasznie mi przykro, że nie było go na świętach i że nie obejrzę z nim fajerwerków w tym roku. w zeszłym też nie oglądałam, bo byłam na imprezie, ale teraz naprawdę o tym marzę. chciałabym, żeby było jak dawniej. i chciałabym się nie rozchorować tak porządnie, żeby nie spędzić kolejnych dni w łóżku i łazience na zmianę. dzisiaj w planie ogromne ilości herbaty miętowej z kroplami żołądkowymi. muszę jeszcze wyjść z psami. w ostatnich tygodniach- od poprzedniego wpisu- niewiele się zmieniło. jem jak jem. wróciłam do jakiejś normy, nie zabraniałam sobie jedzenia, ale też nie rzucałam się na wszystko. no, może dzisiaj było za dużo..ale mam za swoje. chyba że to naprawdę wirus. może uda mi się znowu schudnąć. wrócić do wagi, do której tak tęsknię. nadal jej chcę. może jeszcze coś ze mnie będzie w tych ostatnich miesiącach. chciałabym przestać już cierpieć
mój dziadek umiera. tak zaczynam ten wpis. pierwszy raz nie od siebie. wczoraj dowiedziałam się o diagnozie. niby od dawna było wiadomo, że coś jest nie tak, ale mimo to lekarz przeoczył wyniki. jutro dziadek wraca do domu, choć wszyscy wątpią, że z tego wyjdzie. raczej będzie to powolne odchodzenie. nie wiem, co mam myśleć ani jak się zachowywać. wzięłam wolne w pracy, zupelnie nierozsądnie wykorzystuję urlop. wiem, że później będę tego żałować. za równe siedem dni jest wigilia. właściwie dwie, bo jedną mamy w grudniu, drugą w styczniu. bardzo chcę wierzyć, że to nie będą pierwsze święta bez niego. nie wiem, czy dałabym sobie z tym radę. najbardziej boję się o mamę, a kiedy mama cierpi, ja też. chciałabym znowu być szczęśliwa. mieć przy sobie wszystkich. chciałabym być mała i nieświadoma tego, co się dzieje. nieświadomość jest piękna. nigdy jej nie doceniałam. chociaż to zdanie brzmi dziwnie- jak można doceniać nieświadomość, będąc nieświadomym. coraz gorzej idzie mi myślenie. dziś byłam na szybko w rossmannie, kupić kilka rzeczy dla dziadka i dla siebie. wyszło jak zawsze- wydałam za dużo, głównie na siebie. wracając, grupa dzieci z pobliskiego przedszkola razem z wychowawcą dała mi piernika i kartkę z życzeniami. naprawdę poprawiło mi to humor. widać było, ile serca włożyły w coś tak prostego. dobrze się na to patrzy. piernika nie zjem. nawet nie tknę. boję się bakterii i kalorii. źle ze mną, bardzo źle. muszę jeszcze skrócić spodnie, najlepiej w tym tygodniu. w piątek mamy wigilię w pracy, o 16. nie wiem, kto to wymyślił. miesiączka przyszła tydzień wcześniej. już się skończyła- dostałam ją w czwartek, gdy byłam we wrocławiu, na jarmarku i w zoo. było ciężko, ale przeżyłam. sam dzień był nawet udany, zjadłam zaskakująco mało. na co dzień jem normalnie. ani mało, ani dużo. po prostu normalnie. próbuję wrócić do niższych limitów, ale nie potrafię. szczerze wątpię, że kiedykolwiek mi się uda. mam wrażenie, że zwyczajnie kończy mi się czas. kupiłam sobie torebkę. właściwie tata mi kupił. kolekcjonuję juicy couture, a klasycznej, zwykłej jeszcze nie miałam. nie wiem, jak wytrzymać sama z sobą.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
nie wiem jak mam opisać ostatnie tygodnie. dzieje się tyle, że sama nie nadążam. zaczęło się od przytycia, potem napady objadania nagle ustały,schudlam- ale tylko na wadze, bo w centymetrach nic się nie zmieniło. wróciły wspomnienia, wszystko zaczęło mnie przytłaczać i w końcu napisałam do psychoterapeuty. odpisał, że nie może mi realnie pomóc, jeśli nie zna konkretów. rozumiem to, naprawdę ma to sens, ale ja po prostu nie potrafię mówić o sobie. wycofuję się, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć. mama dowiedziała się o moim gorszym stanie, ale nie chciała tego widzieć- sama stwierdziła, że to „pewnie kot” zabolalo mnie to, bo mam wrażenie, że nikt nie widzi, jak bardzo jest mi źle. od jutra zaczynam nową pracę. niby to samo stanowisko, ale inna placówka. nie cieszę się, będę tęsknić, ale musiałam coś zmienić, bo po prostu nie dawałam już rady tak funkcjonować. czuję się zmęczona, odliczam dni, zastanawiam się, jak ja w ogóle przejdę przez kolejne tygodnie. czasem mam wrażenie, że mogą być dla mnie zbyt trudne- nie w sensie dosłownym, ale w takim emocjonalnym. jakby każda rzecz była o kilka gram za ciężka, a ja coraz słabsza. czuję się niezrozumiana i niekochana. to okropne uczucie, szczególnie kiedy nosi się je w sobie od lat, a dopiero teraz zaczyna boleć tak intensywnie, że trudno to wytrzymać. mój okres się kończy- spóźnił się o tydzień, trwał krótko więc pewnie hormony znowu szaleją. może to też ma wpływ na to, jak bardzo mnie wszystko boli. głowa, brzuch, mięśnie, każda część ciała. każdy ruch i każda myśl potrafi być bolesna. czasem mam wrażenie, że wewnątrz po prostu przygasam. nie chodzi o zaden realny koniec, tylko o zwykłe zmęczenie, takie głębokie, które zbiera się latami. czuję, jakby coś się we mnie wyczerpało i już nie działało tak jak powinno. wiem, że to tylko znak, że potrzebuję odpoczynku i czyjejś pomocy, bo sama zwyczajnie przestaję dawać radę.
nie czuję się. dosłownie się nie czuję. nie mam kontroli- ani nad swoim życiem, ani nad sobą. tracę siebie i wszystko wokół. w zeszłym tygodniu zjadłam tyle, że przez trzy dni wymiotowałam. mój żołądek już nie daje rady- zresztą tak samo jak cały mój organizm. nie mogę praktycznie nic robić, bo albo mdleję, albo dopada mnie ból głowy, brzucha, żołądka. nie liczę już kalorii. to nie ma sensu. zaburzenia odżywiania zepsuły mi życie, zdrowie i mnie samą. nawet kiedy jeszcze nie byłam w tym tak głęboko, wiedziałam, że tak się to skończy- że stracę siebie, kontrolę, ludzi, wszystko. i mimo tej świadomości szłam dalej. szukałam w tym siebie, szukałam kontroli, którą tyle razy mi zabrano. szukałam sensu. nie znalazłam nic. tylko więcej problemów, zmartwień i kłótni. każdy dzień był walką, by zjeść jak najmniej, by nikt nie zmusił mnie do jedzenia, by być jak najchudszą. dopiero teraz rozumiem, jak ogromny to był błąd. mogłam dać sobie pomóc. mogłam mówić, co czuję. mogłam próbować żyć inaczej. nigdy tego nie zrobiłam
mam przeczucie, że jutro będzie ten moment, po którym juz nic nie będzie takie samo.
jem normalnie, zdrowo, jak normalny człowiek. kalorie wahają się od 600 do 1500. teoretycznie nie powinnam tyć, ale tyję. chcę zejść niżej, ale muszę przestać się objadać. powtarzam to sobie od kwietnia, od świąt, które wszystko zepsuły. od tamtej pory jem jak świnia, i coraz bardziej zaczynam tak wyglądać. zauważyłam, że kiedy wyznaczam sobie limity kalorii, kończy się to jeszcze większym obżeraniem. a kiedy nie mam żadnych limitów, zazwyczaj zatrzymuję się na około 1300 kcal. to i tak lepsze niż utrata kontroli i 3000 na raz. w ciągu siedmiu miesięcy przytyłam sześć kilogramów. niby to niewiele, patrząc na to, ile zjadłam, ale i tak czuję się gorzej niż kiedykolwiek. próbuję znowu wejść na dobre tory—te, które uważam za bezpieczne, choć wcale takie nie są. te, które sprawiają, że jest mnie coraz mniej. nie tylko w kilogramach i centymetrach, ale też w środku, we wszystkim, co jeszcze ze mnie zostało. coraz bardziej tracę siebie. i w jakimś chorym sensie to lubię. ale tak naprawdę, chciałabym być zdrowa. chciałabym nigdy nie wpaść w to wszystko- w 3d, w $h, w ten powolny rozkład. myślę, że się kończę. powoli, ale skutecznie.
Ile masz wzrostu??
niestety, tylko 158cm.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
jem mniej, staram się. poniedziałek był dramatyczny, ale od tamtej pory jest trochę lepiej. głównie dlatego, że po wizycie u ortodonty zęby bolą tak bardzo, że trudno mi cokolwiek zjeść. żywię się głównie piciem, musami i kisielami. dziwnie to brzmi, ale trochę mi to odpowiada, bo mam wtedy poczucie spokoju i porządku. wiem, że nie potrwa to dlugo, bo nie mam w sobie tyle dyscypliny, ale może chociaż na chwilę. dziś wypite 273 kalorie. chciałabym, żeby tak było częściej. byłam dziś oddać spodnie- zepsute, dopiero w domu to zauważyłam. wymieniłam na takie same, ale jednak też nie do końca mi się podobają, więc znowu pewnie je oddam. mam jeszcze inne do zwrotu, może jutro. muszę kupić kaszki manny do kubka, dzisiaj kupiłam kisiele, i zupy do kubka też by się przydały. okres na szczęście się skończyl- to chyba najlepsze, co spotkało mnie w tym miesiącu. waga spadła do 48–49 kg, obwody też, chociaż dokładnych nie znam. nauka idzie mi kiepsko, mam sporo godzin do nadrobienia, wszystko muszę ogarnąć jeszcze w tym miesiącu. błędem było wyjeżdżać, gdy nauka dopiero się zaczynala . może kiedyś nauczę się na błędach. muszę zadzwonić do weterynarza, bo rudy kot babci znowu ma pchły. żal mi go. muszę się umyć, umyć też włosy. nie mam siły, ale spróbuję. jutro wracam po 15, dobrze, że późno- może dzięki temu nie będę tak myśleć o jedzeniu. nie mam też za bardzo co jeść, a i tak trudno byłoby coś pogryźć. może to i lepiej.
przytyłam do 50 kg. nie potrafię się z tym pogodzić. czuję, jakbym zawiodła samą siebie, jakbym znowu straciła nad sobą kontrolę. próbuję się pocieszać, tłumaczyć, że to chwilowe, że wrócę do równowagi- ale trudno mi w to uwierzyć. patrzę w lustro i widzę kogoś, kogo nie rozpoznaję. chciałabym cofnąć czas, naprawić wszystko, znaleźć w sobie siłę, żeby zacząć od nowa. nie mam energii, nie mam chęci, tracę siebie. rozważam coraz częściej skończenie tego wszystkiego. bo jaki ma sens zycie, gdy nic mi nie wychodzi, gdy nie chce nawet tu być. nie mogę na siebie patrzeć, nie chce na siebie patrzeć. nie mam słów które mogą opisać jak bardzo jestem sobą zawiedziona, jak mogłam sie tak zapuścić, jak mogłam do tego doprowadzić. czemu ja to zrobiłam i czemu sie nie powstrzymałam. nie mam sily ani chęci żeby to kontynuować.
boję się tego, ile przytyłam. caly czas próbowałam się pocieszać na różne sposoby- że to tylko wzdęcie, że jem więcej soli i to woda, że wszystko wróci do normy. ale przecież wiem, że nie wróci. realnie przytyłam, i nie da się tego ukryć. czuję to w każdym ubraniu, w każdym ruchu, nawet w tym, jak patrzę w lustro. nie mogę na siebie patrzeć, i najgorsze jest to, że wiem, że to moja wina. nie mam ochoty już jeść, ale to jedyny plus całej tej sytuacji. chcę już wrócić do domu- do tego, co było, do bycia samemu z sobą, do kontroli, do liczenia. nawet kiedy zdarzaly się napady objadania, to i tak miałam wrażenie, że nad tym panuję bardziej niż tu. tutaj nawet nie próbuję. wiem, że nie wyjdzie, że nie mam szans, że nie jestem w stanie niczego pilnować. na szczęście dziś już wracamy, chociaż w domu będziemy dopiero w sobotę. w sobotę też zakupy- spożywcze i ubraniowe. niby mnie to cieszy, ale nie wiem, czy powinnam kupować ubrania, skoro nie znam nawet swojego aktualnego rozmiaru. boję się, że się nie zmieszczę, że znowu poczuję to upokorzenie. czekam tylko na moment, kiedy będę mogła znowu się zmierzyc, zważyć, spisać wszystko. wrócić do rytmu, do tej złudnej kontroli, która przynajmniej daje mi wrażenie, że coś jeszcze zależy ode mnie. nie daję tu rady. nie potrafię
jestem na miejscu. a raczej w pierwszym hotelu. 22 godziny drogi mnie wykończyly, jakby ktoś ze mnie wyssał całą energię. rozchorowałam się jeszcze bardziej, gardło boli, głowa też, czuję się okropnie. mimo wszystko powtarzam sobie, że nie jest najgorzej. jem jak normalna, zdrowa osoba. tak też się zachowuję, bo przecież nie wyglądam na chorą. z zewnątrz nic nie widać, więc udaję, że wszystko jest w porządku. przede mną jeszcze pięć dni, gdzie faktycznie cos robimy, a potem kolejne trzy, kiedy już tylko wracamy. bardzo mnie to cieszy. ja się nie nadaję na takie wyjazdy, na tyle dni- za długo, za dużo, za głośno. chciałabym juz móc liczyć każdą zjedzoną kalorię, jeść to, co chcę, a nie to, co muszę. chciałabym robić kilkudniowe głodówki. chciałabym znowu mieć kontrolę nad sobą. teraz czuję się, jakbym nie była sobą, jakbym w tym wszystkim tylko grała rolę kogoś innego. wiem, że to chwilowe, ale jednocześnie boję się, że może juz nigdy nie wrócę do tej wersji siebie, którą miałam kiedyś.
dramat, tragedia i milion innych słów, które pasują do tego tygodnia. przytylam, utylam, nie mieści mi się to w głowie, a jednak ciało to pokazuje. nie mam siły, nie mam chęci. chciałabym być zdrowa, normalna, albo przynajmniej chora w taki sposób, w jaki się czuję- żeby to miało jakieś potwierdzenie, jakieś imię, żeby dało się to nazwać. nie wiem już nawet, czego chcę. przeziębiłam się, nos zatkany, gardło boli, głowa pęka. jutro mam na 7 do 15. myślę, że może wezmę wolne, a może wytrzymam, może wyjdę wcześniej. nie wiem. zaczynam się pakować, odliczać dni do wyjazdu, ktorego tak naprawdę się boję. nie chcę nawet o nim myśleć, bo samą myślą wywołuję w sobie panikę. próbuję się pocieszać na tysiąc sposobów, ale nic już nie działa. nic. czuję się jakby całe moje wnętrze było wadliwe, popsute, jakby nie było na mnie ratunku. jakbym miała zniknąć w tej beznadziejności, w tym poczuciu, że nie ma wyjścia. i najgorsze, że wiem, że sama jestem sobie winna. i co mam zrobić? nie wiem, jak przetrwać, jak przeżyć kolejny dzień, jak udawać normalność, kiedy w środku nic już ze mnie nie zostało.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
za trzy dni wyjeżdżam. no dobra, cztery, licząc dzisiejszy dzień. dzis zrobiłam ostatnie zakupy, od jutra zaczynam się pakować. wydaje mi się, że mam wszystko oprócz mniejszej wagi. w ubrania, o dziwo, się jeszcze mieszczę. spodnie w rozmiarze xs pasują, ale czuję, że muszę schudnąć. dzisiaj w planie było mniej jedzenia, ale na planach się skończyło- wyszło 1800 kalorii. jutro też mam plan, tym razem z większą szansą powodzenia, bo nie będzie mnie w domu. strasznie mi zimno. do pracy wychodzę w trzech warstwach ubrań, bo inaczej czuję się jak kostka lodu. z plusów- moje jelita i brzuch jakby odżyły. nie wiem jak, ale jest dobrze. jeszcze. rudy kot, którego babcia tak bardzo chciała, urósł, aż za bardzo. mimo wszystko nadal jestem na nie. babcia doprowadza mnie do szału, ale całe szczęście wyjeżdżamy bez niej, więc będzie chociaż trochę spokoju. muszę spakować książkę, może nawet dwie, bo nie wiem, czy na miejscu będę miała internet. muszę też wymyślić, jak liczyć kalorie i jak jeść jak najmniej. nie mam pojęcia, jakie ubrania spakować- ma być ciepło, ale deszczowo. zamówiłam pelerynę, oby się nie przydała. pewnie skończy się na tym, że wezmę pół garderoby. zauważam u siebie znaczny spadek dobrych słów we wpisach. trochę mnie to martwi i denerwuje. może staję się głupsza? chyba tak.
wczoraj znów zjadłam o wiele za dużo. klasyka, nic nowego. tydzień skończyłam na 9000 kcal. to nie dramat, ale też nie cud. mogło być lepiej, mogło być gorzej. zawsze to samo. skończyłam pracę, teraz siedzę w kawiarni, piję tylko kawę. czekam na mamę, bo auto się zepsuło. muszę pojechać wymienić spodnie, z nadzieją, że będzie mój rozmiar. oby był, bo jeśli nie- załamię się. coraz częściej płaczę, jakkolwiek to brzmi. przeżywam wszystko na nowo; rzeczy sprzed lat, rzeczy terazniejsze. wypominam sobie najmniejsze błędy, najmniejsze potknięcia. w kółko wracam do tego, że gdy miałam szansę coś zrobić, nie potrafiłam. że nie pomogłam komuś, kiedy powinnam. jej nie pomogłam. sobie też nie umiem. dzis chciałabym nic nie zjeść, ale nie wiem, czy się uda. w głowie mam tylko 1 października, ten wyjazd, to że wtedy będę mogła jeść normalnie, jak zdrowy człowiek. głupie, że to mnie cieszy, a jednak. cieszy i przeraża jednocześnie. boję się, że nie dam rady, że zatęsknię, że dostanę okresu, albo że go nie dostanę. boję się, że mama coś zauważy. właśnie się dowiedziałam, że spodni nie ma w moim rozmiarze. będę musiała zamówić. nieważne. codziennie zaluje, że kiedyś milczałam. że nie powiedziałam, co się działo, jak się czułam, co we mnie siedzi. dziś płacę za to i wiem, że będę płacić do końca życia. ta świadomość mnie wykańcza. ciągle wracam pamięcią do momentów, które powinnam już dawno zakopać. nie potrafię ich odciąć, nie umiem się od nich uwolnić. drobne sytuacje, jedno zdanie, jeden gest- wszystko nagle wraca. widzę to, czuję to, jakby działo się teraz. wraca każdy dotyk, każde spojrzenie, każda myśl, której wtedy się bałam. niby minęły lata, a ja dalej stoję w tamtym miejscu. wciąż się tlumaczę w głowie, wciąż szukam odpowiedzi, wciąż próbuję zrozumieć, choć wiem, że nigdy nie zrozumiem. nie mam siły na podstawowe czynności. nie mam siły, żeby żyć, żeby w ogóle próbować. a jedyne, co mnie trzyma, to zwierzęta. wiem, że nikt inny się nimi nie zajmie. i to jest głupie. jeszcze głupsze jest to, że czekam na moment, aż ich już nie będzie. bo wtedy ja też odejdę. i wtedy będę wolna.