Moja pierwsza kreska nie była dla ukojenia czy zwrócenia na siebie uwagi. Była zapoczątkowana zabawą w podstawówce. Dziewczyny z klasy odkręciły żyletkę z temperówki i zaczęły się nią bawić a potem zaczęły robić na swoich rękach czerwone kreski, podpatrzyłam to od nich i z paroma innymi dziewczynami zaczęłyśmy się ciąć, potem nie wiadomo kiedy zamieniło się to w rewalidacje. Jak to ja chciałam być najlepsza i na mojej ręce było najwięcej czerwonych kresek i najgłębszych.
Nie czułam ukojenia ani satysfakcji, nie pamiętam czy wtedy sobie zdawałam sprawę, ze to samookaleczanie, a jeśli tak to po prostu miałam to w dupie, ponieważ chciałam być najlepsza.
Było to mniej więcej w piątej klasie.
Parę miesięcy później pokłóciłam się z mamą i wpadłam w szał z którego nie mogłam się wydostać, wrzeszczałam jak to bardzo jej nienawidzę i takie tam. Nagle wpadłam na pomysł "a może zrobimy parę kresek" może to było po to żeby zwrócić na siebie uwagę, a może to był mój kaprys lub durny pomysł. Zaczęłam robić małe kreski tylko, ze nie było krwi co nie było satysfakcjonujące, zaczęłam je robić szybciej i mocniej. Ból mnie zaczął uspokajać, nie w dobry sposób ale uspokajać. Pomyślałam wtedy, ze to chyba nie dla mnie i odłożyłam żyletkę.
Koło dwóch lub jednego tygodnia później znowu wpadłam w ten jebany szał i mimo, że wtedy mi się nie podobało znowu sięgnęłam po żyletkę. Po raz kolejny czerwone kreski zaczęły spływać po mojej jasno kremowej skórze. Nadal mi się to nie podobało, więc znowu ją odłożyłam, ale uspokoiło mnie to.
Były kolejne takie sytuacje i kolejne. Nie widziałam tego jako, że mam z tym problem tylko, ze to ja jestem problemem bo widziałam w sobie tylko atencjuszkę. Często mnie tak wyzywali, czasem przez to co mam na rękach czasem przez to że byłam w centrum uwagi ( specjalnie lub nie ).
Czerwone kreski zaczęły plamić moja skórę już nie tylko gdy wpadłam w szał, ale też wtedy kiedy miałam smuteczki lub źle się czułam, bylam wkurzona, miałam w sobie pustkę, a nawet wtedy gdy nie było powodu.
Przez pierwszy rok nie było tego aż tak widać i nie było to aż tak często, ale z kolejnymi miesiącami zaczęło się to rozwijać. Były okresy w moim życiu gdy codziennie się cięłam, a potem było lepiej.
Pare lat później na terapii wykrzyczałam pod wpływem emocji że jestem od tego uzależniona i, ze mam z tym problem a nikt tego nie widzi tylko mi grożą zakładem, mimo że nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Potem zaczęłam o tym myśleć i zauważyłam, ze nie jestem atencujszką tylko jestem uzależniona od samookaleczania się.
Gdy mama widziała moje ręce była zła i często dostawałam kary. Nie widziała w tym problemu tylko mój głupi wybryk. Około pół roku temu zaczęła mnie wspierać i zauważać że to problem, a ja wcześniej byłam z tym całkiem sama.
Nie samookaleczałam się przez ok. 7 miesięcy, sama w to niedowierzałam, niestety około tydzień temu znowu to zrobiłam. W życiu zdarzają się pięknienia czy upadki ale to nie znaczy że mamy leżeć i zostawać w tym stanie czy upadać jeszcze niżej.
Samookaleczanie się stało się nałogiem i potrzebą. Dusiłam się bez tych jebanych czerwonych kresek i dalej się duszę, ale chce iść dalej i się nie poddawać, nie dla siebie tylko dla swoich bliskich.
Jeśli macie z tym problem nie leżcie bezczynnie i nie upadajcie głębiej, tylko kurwa idźcie dalej by nie krzywdzić swoją krzywdą innych i siebie.
Może macie co innego w głowach, ale ludzie w okół was naprawdę was kochają.