- Może przyjedziemy w kolejny weekend - Josh spojrzał na Matta, nie podejmując samodzielnie tej decyzji. - Zależnie jak się plany ułożą. Mamy gdzie spać - przesunął palcami po dole jego pleców, bardziej nieświadomie niż świadomie szukając kontaktu skóra ze skórą.
Matt musiał to wiedzieć i postanowił, że to był odpowiedni moment do wyjścia. Obaj więc się przywitali, Josh nawet czulej niż sam Matt, a na pewno bardziej ekspresyjnie, machając jeszcze do wszystkich z podjazdu.
- Tęskniłem za twoimi rodzicami. I ta kuchnia - jęknął, odrzucając dramatycznie głowę do tyłu. - Wiedziałem gdzie szukać szczęścia. Zakład, że 5% tego to kuchnia twojej mamy. Wydała cię za mnie, zanim wiedziała co robi - paplał, wyjeżdżając na ulicę i w stronę swojego domu rodzinnego. Dawno nie jechał od Matta do siebie, ale znał trasę na pamięć. Nawet jeśli wcześniej jeździł częściej autobusem albo rowerem - w końcu za dzieciaka nie miał prawa jazdy.
Kto jednak nie znalazłby drogi do domu? Na pewno nie Josh ze swoją instytucją odnajdywania szczęścia tam, gdzie pozornie ktoś mu nie chciał go dać.
Wjeżdżając na znaną drogę, prowadzącą na obrzeża ich rodzinnego domu, zjechał nieco w bok. Stąd było bliżej do miasta - zamierzony efekt, aby jego tata mógł sprawniej dojeżdżać do swojej kliniki. Kiedyś też mieszkali w bliźniaku, za czasów poznania Matta, ale dobrych kilka lat temu, ich rodzice przenieśli się do nieco większego domu.
Josh zaczął na siebie zarabiać, klinika coraz lepiej prosperować i jego mama mogła realnie pracować.
Więc teraz mogli podjechać pod dom z czerwonej cegły i ogrodem w georgiańskim stylu. Josh od razu wyjął ich torbę z bagażnika, domyślając się, że zostaną tutaj na noc. Mimo to, jeśli Matt chciał wrócić, nie zabroni mu tego. Sam go odwiezie, bo nocą jazda rowerem nie była najlepszym pomysłem. Wiedział o tym. To było jak proszenie się o potrącenie.
- Jesteśmy! - krzyknął w głąb domu, rzucając torbę na drewnianą podłogę i odsuwając ją jeszcze stopą pod ścianę.
- W kuchni! - jego mama odpowiedziała mu, a ten uśmiechnął się szerzej i pociągnął Matta pewnie w tamtą stronę.
Z drzwi prowadzących z jadalni na ogród wyłonił się jego tata. Josh od razu uśmiechnął się jeszcze szerzej, nie zauważając w pierwszej chwili spojrzenia na Matta. Zaskoczonego, bo Josh (podobnie jak Matt), nie powiedział nic na temat tego z kim przyjeżdża. Oczywiście było wiadome, że ten romansował z kimś w mieście, żadne zaskoczenie tak naprawdę. Nie było go kilka dni i miał więcej energii i szczęścia w głosie niż wcześniej. To oczywiste, że był zakochany.
- Nie kradnij mi syna - mama Josha licytowała się z kuchni, kiedy ten ściskał mocno swojego tatę. W którymś momencie przerósł go o kilka centymetrów.
- Teraz twój - podrażniła się, wychodząc z kuchni i zatrzymując na moment. - Matt.
- Robicie mi wstyd - Josh zażartował, idąc teraz do swojej mamy. - Moglibyście dać mi chociaż trzydzieści sekund. Dobrze, że Matta znacie, a on was. Chociaż wie jacy jesteście - wywrócił oczami i wyciągnął rękę do Małego, szukając jego palców swoimi.
- Jacy jesteśmy? - tata Josha był rozbawiony i wyciągnął dłoń do Matta, aby go przywitać. Mama była mniej otwarta, a zwykle była kontaktowa. Josh był połączeniem ich obu w wzmocnionym stopniu. - Tak się teraz mówi na kochających rodziców?
- Tak się mówi na każdych rodziców. Szczególnie tych najlepszych - Josh w końcu złapał za dłoń Matta i wciągnął go przed siebie, nie tracąc nawet na moment uśmiechu. Nawet szczerzył się jeszcze bardziej. - Oficjalnie. Tata, mama, Matt. Mój facet.
Gdyby miał ogon ten chodziłby na wszystkie strony z zadowolenia i dumy. Co było kontrastem z grzecznym tonem jego taty i bardziej stonowaną postawą jego mamy.
- Twój facet? To XXI wiek, skarbie.
- Polowałem i upolowałem. Może być mój na moment - Josh odpowiedział swojej mamie, lekkim tonem. Nawet w formie żartu zawarczał, dociskając usta do czubka głowy Matta. Co nie było dobrą odpowiedzią, bo dosłownie łaził i łaził za Mattem, aż ewidentnie wyłaził. To co dla niego było osiągnięciem i gwiazdką z nieba w jednym, którym się chwalił na prawo i lewo, że jego omega go chciała i zaakceptowała, dla niektórych było czymś innym.
Pomijając to, że obecnie na obsesyjne zachowanie alf nie patrzyło się dobrze, tak z drugiej strony, wzięcie kogoś po takim okresie czasu też nie było pozytywne. Jakby Matt przygarnął coś, bo to była najlepsza opcja z najgorszych, prawda? Ujdzie.
A Josh uczepił się Matta, jak rzep psiego ogona. Chodził za nim jak cień. Matta ruja wywołała jego własną. Jeśli ktoś nie rozumiał przyciągania, to na myśl narzucała się obsesja.
“To tylko faza, minie mu.”
“Matt jest starszy, pewnie mu imponuje, bo jest kolegą jego siostry.”
“Josh po prostu chce być częścią ich przyjaźni. W klasie nie traktują go zbyt dobrze.”
Każdy sobie to tłumaczył na swój sposób, z tym, że nie mijało mu, a się nasilało, aż bańka pękła. I zrobiło się przez chwilę bardzo niezręcznie.
To “niezręcznie” obserwowała mama Josha z pierwszego siedzenia, przyjeżdżając po niego na peron, bo nikt nie chciał wpuścić alfę w rui do komunikacji miejskiej, a w najgorszym przypadku wezwałby policję, aby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji.
Więc podjechała autem, zastając nie tylko rozpalonego Josha, ale z zaczerwienioną twarzą i oczami od płaczu. Jego ciało weszło w ruję dla kogoś, kto go nie chciał. To było okrutne na wiele sposobów.
Również dla niej jako dla matki - obserwowanie załamania nerwowego swojego dziecka nie było czymś co miała na liście życzeń.
- Siadajcie, przygotuję herbatę- zmieniła temat, przenosząc wzrok z Matta na Josha. Uśmiechnęła się kącikiem ust, ale jej plecy były proste, a postawa zamknięta.
Josh zmarszczył się, dopiero to zauważając, jakby ostatnie pół minuty wpatrywania się w Matta, nie widział, że nie tylko on go lustrował (z czymś innym niż zachwyt).
-Jesteście głodni? Mamy sałatkę z łososiem i mango. Przepis twojej babci, wszystko świeże.