Patriarchat a design, czyli jak WSZYSTKO kręci się wokół mężczyzn
Jako społeczeństwo późnego kapitalizmu (w którym feminizm stał się dosyć modny i zaczął się nawet nieźle sprzedawać), teoretycznie także społeczeństwo Zachodu (choć możnaby się kłócić) i jakże zachodniego przeintelektualizowania, oraz bodajże już czwartej (czwartej? czy ja coś pominęłam?) fali feminizmu, powoli zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że żyjemy w patriarchacie - systemie, który działa przede wszystkim na korzyść białych cisheteroseksualnych mężczyzn z klasy średniej. A jednak zdaje się, że dalej nie wiemy dokładnie, na jak szeroką skalę patriarchat wpływa na nasze codzienne funkcjonowanie, i jak tak naprawdę każdy aspekt ludzkiego życia jest nim przesiąknięty.
Osobiście nie zdawałam sobie sprawy na przykład z tego, jak bardzo sam design jako dziedzina sztuki użytkowej spełnia kryteria patriarchalnego narzędzia, dopóki nie natknęłam się na książkę Patriarchat rzeczy napisaną przez Rebekkę Endler. Później wpadłam w tzw. rabbit hole i teraz jak tylko przejdzie mi przez myśl pomysł wysikania się w miejscu publicznym, to od razu wpadam w głęboką irytację.
Na wstępie tego tekstu chciałabym jeszcze przywołać stanowisko Virginii Woolf (love you mommy), która argumentowała, że historyczne wykluczenie kobiet z życia literackiego wynika nie tylko z ich ograniczeń ekonomicznych, ale także z braku prywatnej przestrzeni przeznaczonej do pracy twórczej. Woolf twierdziła, że do uprawiania pisarstwa potrzebne są dwie rzeczy: własne środki finansowe - których kobiety najczęściej nie miały - i własny pokój - którego, rzecz jasna, najczęściej także nie miały. Jak tu pisać, kiedy jedno dziecko siedzi ci na kolanie, drugie gdzieś się plącze pod nogami, trzecie próbuje sobie włożyć tictaca do nosa, czy co tam dzieci robią, a poza tym wszystko jest usyfione, bo nikt poza tobą w tym domu nie sprząta? No nie da się!
Ale rozważania Woolf wykraczają oczywiście poza samą literaturę. Pokazują, że dostęp do własnej przestrzeni i możliwość jej kontrolowania przekłada się na zakres możliwości działania, a co za tym idzie - życiowych szans w ogólności. Mówiąc krótko, kwestia przestrzeni, zarówno tej fizycznej, jak i tej projektowanej społecznie, jest w gruncie rzeczy kwestią feministyczną.
Jedna z wielu trudności, którą przywołuje Rebekka Endler w Patriarchacie rzeczy, spotkała i mnie podczas pobytu w Amsterdamie.
Pamiętam, jak stojąc na granicy katastrofy, z coraz cięższym pęcherzem, krzyczałam na mojego byłego chłopaka, żeby wreszcie znalazł publiczną toaletę na mapach Google, podczas gdy chłopak kręcił się w kółko zdezorientowany, bo mapy pokazywały, że stoimy tuż pod nią - a ewidentnie żadnej toalety na horyzoncie nie było. Potem zaś okazało się, że stoimy w dobrym miejscu, tylko że to była owa “toaleta”:
Powiedzcie, proszę, czy to wam wygląda jak toaleta? Nie! To po prostu zasłona zrobiona z kawałka metalu. Mężczyzna może się tam schować podczas załatwiania swojej potrzeby, tak żeby nikt przypadkiem nie zobaczył jego siusiaka.
Sikanie dla kobiety jest zdecydowanie bardziej skomplikowanym procederem niż dla mężczyzny, ponieważ kobieta musi się do tego najpierw rozebrać - wydawałoby się, że jest to dosyć jasna sprawa. Najwyraźniej jednak osoby projektujące to ustrojstwo nazwane przez mapy Google “toaletą” albo nie wiedziały, że kobiety wypróżniają się w inny sposób niż mężczyźni, albo stwierdziły, że ich to nie interesuje. Osobiście nie jestem w stanie tego pojąć. Czy rzeczywiście tak trudno byłoby uzupełnić tę oto “publiczną toaletę” o jeszcze jeden kawałek metalu na samym dole, tak żeby kobieta mogła sobie chociaż spokojnie kucnąć?
Tak czy siak - niepotrzebnie się darłam na byłego chłopaka, taka z tego nauczka.
Mimo że przytoczona przeze mnie sytuacja może wydawać się miałka, może wręcz zabawna - przy czym uwierzcie, mi do śmiechu absolutnie nie było - tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z objawem przeogromnego problemu systemowego.
Istnieje takie określenie jak „gender data gap”, które oznacza brak pełnych i rzetelnych informacji na temat kobiet i ich doświadczeń w różnych dziedzinach życia. Powoduje to, że świat - od technologii po medycynę - jest często projektowany głównie z myślą o mężczyznach, ignorując specyficzne potrzeby kobiet. Cytując artykuł opublikowany na oficjalnym blogu Equality Insights, flagowego programu australijskiej organizacji feministycznej IWDA (International Women’s Development Agency): “data is a feminist issue”.
Termin „gender data gap” wydaje się szczególnie trafny w odniesieniu do obszarów takich jak medycyna, bezpieczeństwo transportu czy inne dziedziny opierające się na badaniach i gromadzeniu danych. W takich przypadkach nieuwzględnianie kobiet w procesach badawczych rzeczywiście prowadzi do powstawania luk informacyjnych, które następnie przekładają się na projektowanie rozwiązań niedostosowanych do ich potrzeb.
Trudniej jednak odwoływać się do tego wyjaśnienia w sytuacjach takich jak opisana przeze mnie historia z Amsterdamu. Nie mamy tu bowiem do czynienia z brakiem wiedzy czy danych na temat kobiecej anatomii, lecz z najzwyklejszym w świecie wykluczeniem - brakiem uwzględnienia tej wiedzy w procesie projektowym. Fakt, że kobiety korzystają z toalet w odmienny sposób niż mężczyźni, nie stanowi specjalistycznej informacji wymagającej dodatkowych badań. Mimo to nawet tak podstawowa różnica okazuje się niewystarczająca, by przestrzeń publiczna została zaprojektowana w sposób równie funkcjonalny dla wszystkich użytkowników/użytkowniczek.
A to oczywiście tylko pierwszy przykład z brzegu.
Inny, zapewne wielu z nas bardzo dobrze znany, niemniej jednak warty przywołania, to słynne crash testy samochodowe.
Crash test jest kontrolowanym eksperymentem, podczas którego samochód jest rozbijany o przeszkodę lub zderzany z innym obiektem, żeby sprawdzić, jak zachowa się podczas wypadku i jak dobrze ochroni pasażerów. W testach wykorzystuje się specjalne manekiny, wyposażone w czujniki mierzące m.in. siły działające na głowę, szyję, klatkę piersiową czy nogi podczas zderzenia. Problem z crash testami polega na tym, że przez długi czas standardowym manekinem był model odpowiadający przeciętnemu mężczyźnie. Zdaje się, że ktoś zapomniał, że kobiety również czasem jeżdżą autem. A jak już sobie w końcu przypomnieli, to jeszcze chwilę zajęło ogarnięcie, że kobieta nie jest po prostu drobniejszym mężczyzną, że jej anatomia od męskiej jednak trochę się różni - co wpływa na to, że gwałtowne hamowanie czy zderzenie z innym autem zadziała na kobietę inaczej niż na niskiego mężczyznę. Kobiety mają średnio inną budowę szyi, miednicy, inny rozkład masy ciała, inaczej reagują na przeciążenia, a także częściej siedzą bliżej kierownicy. Efekt jest taki, że przy tych samych wypadkach kobiety częściej doznają urazów kręgosłupa szyjnego, obrażeń klatki piersiowej i poważniejszych skutków zderzeń czołowych.
Wszystko to sprowadza się do logiki „default human” - abstrakcyjnego konstruktu, opisującego wyobrażenie o tzw. “przeciętnym człowieku”. Kobieta w patriarchacie nie jest postrzegana jako człowiek w tym samym stopniu, co mężczyzna, dlatego też nigdy nie może stać się “default human”. Bo człowiek to mężczyzna, a kobieta to kobieta.
„Default human” działa subtelnie - nie wygląda jak jawna dyskryminacja. Przejawia się poprzez pewne niewidoczne założenia, na przykład, że typowy użytkownik danego produktu ma tyle i tyle wzrostu, tyle i tyle waży, taki ma głos i taki rozmiar buta. Idąc dalej, „default human” staje się ukrytym założeniem projektowym, a w konsekwencji działaniem marketingowym, decydującym o tym, czyje ciało, czyje doświadczenie i czyje życie są traktowane jako norma, a czyje jako wyjątek wymagający dostosowania.
To z kolei daje furtkę do wprowadzenia kolejnego patriarchalnego mechanizmu. No dobrze, skoro te kobiety rzeczywiście istnieją i mają czelność nie wyglądać jak mężczyźni, to może chociaż spróbujmy na tym w jakiś sposób zarobić! Do czego zmierzam? Oczywiście do „pink it & shrink it”!
„Pink it & shrink it” to krytyczne określenie strategii marketingowej, w której produkt dla kobiet jest tym samym produktem co produkt „męski”, tylko mniejszym i różowym, tudzież w kolorach pastelowych - a przy tym często również droższym. Zakłada się więc, że kobiety nie potrzebują innej funkcjonalności, tylko bardziej estetycznej wersji istniejącego produktu.
Podstawowe założenie za tym jest takie, że istnieje „prawdziwy produkt” (czyli domyślnie męski), a kobieca wersja jest jego adaptacją - nie równorzędnym projektem. To dokładnie logika „default human” w designie. „Pink it” często wzmacnia skojarzenie kobiecości z delikatnością, techniki i narzędzi z męskością oraz przekonanie, że kobieta nie jest „standardowym użytkownikiem” technologii, narzędzi lub sprzętu sportowego (bo z nim także jest dużo zamieszania - np. stworzenie sportowego obuwia dla kobiet przysparza firmom wielu kłopotów).
W efekcie otrzymujemy produkty stworzone bardziej z myślą o wyobrażeniu kobiety niż o jej rzeczywistych potrzebach. Mamy więc narzędzia o ograniczonej funkcjonalności, śmiesznie małe kieszenie i sprzęt, który jest „kobiecy” głównie dlatego, że pomalowano go na różowo.
Fajnie mieć różową golarkę, przyznam. Niefajnie zaś płacić za nią więcej niż za męską tylko dlatego, że jest różowa. Bo z dostosowaniem do kobiecej anatomii różowy kolor ma niewiele wspólnego. A nawet jeśli golarka ta byłaby rzeczywiście perfekcyjnie dostosowana do kobiecej anatomii - skąd pomysł, że powinnam płacić za nią więcej niż mężczyzna za swoją brzydką, czarną golarkę, perfekcyjnie dostosowaną do niego? (Może jest to kwestia tego, że różowy plastik jest droższy niż czarny, tego już nie wiem. Tak czy siak, golę się tak samo dobrze męską golarką - nie mam jednak pojęcia, jak przedstawia się kwestia używania męskich i damskich elektronarzędzi i mogę zaufać tylko danym z drugiej ręki.)
Ale problem oczywiście jest jeszcze szerszy. Nawet wtedy, gdy kobiety zostają uwzględnione w procesie projektowania, zwykle nie chodzi o wszystkie kobiety, lecz o bardzo konkretny ich wycinek. Najczęściej punktem odniesienia stają się kobiety młode, białe, heteroseksualne, sprawne fizycznie i względnie uprzywilejowane ekonomicznie. Potrzeby kobiet starszych, kobiet z niepełnosprawnościami, kobiet nieheteronormatywnych czy należących do mniejszości etnicznych pozostają znacznie słabiej reprezentowane. Innymi słowy, nawet kiedy „kobieta” pojawia się w projektowaniu jako istotna kategoria, często jest to kategoria zbyt wąsko zdefiniowana.
Dobrym przykładem jest przestrzeń miejska. Kobiety, jak i osoby starsze, częściej poruszają się pieszo, częściej sprawują obowiązki opiekuńcze i częściej wykonują tzw. trip chaining, czyli pokonują wiele krótkich tras w ciągu dnia zamiast jednej prostej drogi między domem a miejscem pracy.
“Domyślnym” człowiekiem w kontekście projektowania miasta jest człowiek przemieszczający się szybko, samodzielnie i bez dodatkowych obowiązków. Skutkuje to między innymi długimi dystansami między punktami usługowymi, niedoborem ławek i miejsc odpoczynku, sygnalizacją dostosowaną do szybkiego tempa chodzenia i brakiem wind lub podjazdów w kluczowych punktach komunikacyjnych miasta.
Projektowanie miast często przedstawiane jest jako proces neutralny, podczas gdy w praktyce kwestie bezpieczeństwa są rozłożone bardzo nierównomiernie. Wystarczy przypomnieć sobie, jak wiele kobiet już od dzieciństwa słyszy od swoich matek, że powinny wracać do domu jedną konkretną trasą, bo jest, chociażby, lepiej oświetlona. Konkretne decyzje projektowe sprawiają, że część miasta staje się dla wielu kobiet miejscem potencjalnego zagrożenia. W konsekwencji kobiety często muszą planować swoje trasy z uwzględnieniem bezpieczeństwa w sposób, o którym wielu mężczyzn nigdy nie musi nawet myśleć.
Sama doskonale wiem, jak kojąco działa na moją mamę wiadomość, że wracam skądś z chłopakiem - który będzie mnie mógł obronić przed wszelkim złem, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. I trudno uznać to za całkowicie nieracjonalne.
Na myśl nasuwa mi się od razu filmik, który stał się popularny na TikToku - dziewczyna zapytała, co by zrobiły inne kobiety, gdyby obudziły się w świecie bez mężczyzn. Jedną z najczęściej padających odpowiedzi było pójście w nocy na spacer. Oczywiście, nieobecność mężczyzn byłaby w tym kontekście (aż się ciśnie na usta, żeby dodać, że nie tylko w tym) świetnym rozwiązaniem, niemniej jednak istnieją sposoby, żeby sprawić, że przemieszczanie się w nocy będzie dla kobiet bezpieczniejsze, i są to rozwiązania dotyczące - po prostu - sposobów projektowania przestrzeni miejskiej.
Oczywiście trzeba pamiętać, że napisany przeze mnie tekst stanowi jedynie pobieżne przytoczenie tematu, a podane przykłady to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawda jest taka, że patriarchalne struktury są zakorzenione w naszych głowach tak głęboko, że nawet jako kobiety często nie zdajemy sobie z nich sprawy - chyba, że akurat przystępujemy z nogi na nogę, szukając odpowiedniego miejsca do wysikania się.
Mam jednak nadzieję, że będzie lepiej, że idziemy w dobrym kierunku; że może kiedyś nie będziemy już nerwowo ściskać kluczy w dłoni, wracając w nocy do domu. Poza tym jestem świadoma mojego uprzywilejowania - jestem biała, młoda, zdrowa, mieszkam w najlepszym mieście w Polsce, a na dodatek otaczam się ludźmi, którzy rozumieją lub przynajmniej starają się zrozumieć problemy, które poruszam w tym tekście. Mimo że oczywiście samo rozmawianie o trudnościach, z którymi spotykają się na co dzień kobiety, jak również wszystkie osoby przynależące do jakiegoś rodzaju mniejszości, nie jest i nigdy nie będzie wystarczająco dużym krokiem do zmiany tego patologicznego systemu, to jednak bardzo chcę wierzyć, że każdy z podejmowanych przez nas kroków ma znaczenie.