Jak klimat wpływa na życie na wsi?
Zacznijmy od informacji na temat obrzędów i tradycji na wsiach podlaskich, które są wyznaczane przez klimat- pory roku, pogodę itp. Na wstępie muszę zaznaczyć, że były one związane z rokiem kalendarzowym, pracami polowymi i gospodarskimi, ale także z rokiem liturgicznym cerkwi prawosławnej i cyklem świąt. A było tak, ponieważ kiedyś na wsi wszyscy ludzie byli wierzący, rytm życia wyznaczały natura i religia. Niemniej jednak, zauważalna jest inkorporacja wierzeń i tradycji chrześcijańskich i pogańskich.
W ramach ciekawostki na początku mogę wspomnieć, że w obrządku prawosławnym daty świąt liturgicznych definiuje kalendarz juliański a nie kalendarz gregoriański, tak przyjęto w obrządku katolickim, który dominuje w Polsce. Jest on kalendarzem słonecznym, powstałym na zlecenie Juliusza Cezara, jego wprowadzenie datuje się na 45 rok p.n.e. Co ciekawe, kalendarz juliański, nadal jest używany na świętej górze Athos, która jest domem dla 20 prawosławnych klasztorów, a państwa takie jak Rosja (jako efekt rewolucji bolszewickiej), czy Grecja dokonały zmiany kalendarza dopiero mniej więcej sto lat temu. (pomimo tego, że kalendarz gregoriański jest w użytkowaniu od ponad 400 lat (1582). Powodem zmiany z kalendarza juliańskiego na gregoriański były opóźnienia w stosunku do zjawisk astronomicznych. Kalendarz juliański oparto na roku słonecznym, składał się z 365 dni i 6 godzin (z rokiem przestępnym- 366 dni), a jego problem polegał na braku dokładnych obliczeń dotyczących lat przestępnych. Przez 15 wieków, z tego właśnie powodu pojawiła się 10-dniowa różnica między kalendarzem juliańskim, a rokiem słonecznym. Ustanowienie kalendarza gregoriańskiego jako formalnego odmierzania czasu na świecie wyrównało te niezgodności, aczkolwiek pozostałości po kalendarzu juliańskim nadal są widoczne- najbliższy nam przykład to dwutygodniowa różnica pomiędzy świętami Bożego Narodzenia 24 grudnia- 6 stycznia.
Za wydarzenie graniczne między zimą a wiosną Ukraińcy północnego Podlasia uważali Hrumnyci (15 lutego) w połowie lutego, czyli dużo wcześniej niż w roku kalendarzowym). Oświęcano wtedy własnoręcznie robione z wosku świece, które według wierzeń chroniły przed gwałtownymi letnimi burzami, których bardzo bali się gospodarze (stąd obrzędowy związek zimowej Hrumnyci z latem). Dawniej wierni, zapaloną świecą, czynili znak krzyża na drzwiach, belce sufitowej oraz oknach, aby chronić domostwo i budynki gospodarcze. Osmalało się też płomieniem tej świecy kosmyki włosów dzieci, żeby nie bały się grzmotów i błyskawic.
Właściwe nadejście wiosny związane było w ukraińskiej tradycji z przylotem ptaków. W drugiej połowie Wielkiego Postu poprzedzającego Wielkanoc, najczęściej w okolicy Błahowieszczenija (Zwiastowania Matki Bożej), gospodynie piekły "busłowy łapy" – drożdżowe pieczywo przypominające kształtem łapy bociana. Wiązało się to ze starosłowiańskim wierzeniem, że tupanie (mocne uderzenia stopy o ziemię) przyspieszało wegetację, wpływało na jakość plonów. Przylot bocianów niósł ze sobą radość i nadzieję związaną z rozbudzeniem przyrody. Gospodarze wciągali stare brony na dachy stodół, żeby zachęcić bociany do zakładania na nich gniazd (wierzono, że przynosiło to szczęście całej rodzinie). W folklorze bocian był często bohaterem bajek, przyśpiewek, przysłów. Wróżono sobie z tego, w jaki sposób po raz pierwszy wiosną zobaczyło się bociana: jeśli leciał – oznaczało to szczęśliwy, pełen energii rok, jeśli stał – wróżyło to pecha. Obecnie, w akcie kultywowania dziedzictwa folkloru, warsztaty z wypiekania busłowych łap odbywają się w szkołach, domach kultury itp. Główną grupą ich odbioru są dzieci.
Wielki Post zwieńczony był Werbnycioju (Palmową Niedzielą). Wierzba to jeszcze prasłowiańskie symboliczne drzewo, dające zdrowie i siłę, broniące przed złymi duchami. Wierzbowe bazie były pierwszymi oznakami wiosny i budzenia się przyrody do nowego okresu wegetacyjnego. W czasie Werbnyci święcono w cerkwi gałązki wierzby z pączkami liści, po czym następował obrzęd bicia tymi gałązkami ludzi i bydła, co symbolizowało przekazanie im siły, zdrowia i pomyślności. Towarzyszyły temu rymowanki (cytat w ukraińskiej gwarze północnego Podlasia), np.
Oświęcone gałązki po ukorzenieniu sadziło się na podwórzu, w polu lub blisko ogrodu.
Po Werbnyci następował Wielki Tydzień. Jego ostatnie 3 dni to tzw. Żalnyk. Zwyczajem wielkoczwartkowym było przyniesienie z cerkwi zapalonej świecy tak, by nie zgasła, a następnie okrążenie z nią trzykrotnie domostwa dla zapewnienia jego dobrostanu. W Wielką Sobotę natomiast pieczono paschę – okrągły, wielkanocny chleb. Jego kształt związany był z prasłowiańską symboliką solarną – nieskończonością powtarzalności odradzania się przyrody. Oświęcało się go razem z kraszonymi jajkami, symbolizującymi szczęście, radość, odradzającą się wiosną przyrodę. Kolory od żółtego przez czerwień do brązu uzyskiwało się, gotując je w łupinach cebuli.
W tygodniu między Wielkanocą a Prowodami (niedzielą przewodnią) młodzież codziennie zbierała się w innym rogu wsi i śpiewała rohulki (nazwa gatunku obrzędowych pieśni pochodziła prawdopodobnie od miejsca ich wykonywania). Rohulki i śpiewane po nich do końca wiosny wesnianki to archaiczne pieśni, których wykonywanie miało przyspieszyć wzrost trawy i zbóż, zapewnić dobry urodzaj. Wiosenny rozkwit przyrody skojarzony był z rozbudzeniem uczuciowym, stąd wiele wesnianok miało teksty o charakterze romantyczno – erotycznym.
Prowody i następujące po nich dni były nazywane Radunycia i poświęcone były wspominaniu umarłych bliskich. Zanoszono na groby kraszone jajka i spożywano je tam. To piękny sposób splecenia ze sobą wierzeń pogańskich i chrześcijańskich.
Ostatnim niezwykle ważnym świętem był dzień 6 maja - Jurja (św. Jerzego). Według znanego apokryfu św. Jerzy zabił w obronie ludzi smoka. Jest też uznawany w folklorze za personifikację dojrzałej wiosny. W ten dzień otwiera on ziemię, niebo i zsyła deszcz. Znalazło to oddźwięk w rohulce śpiewanej w Dobrowodzie, wsi oddalonej o 3km od mojej.
І випусть випусть травицю
Jest również patronem bydła. Na Jurja pierwszy raz wyganiano je na pastwiska, bijąc święconymi gałązkami wierzby, żeby było zdrowe. Dziewczęta ozdabiały krowy wiankami. Na Jurja następował też uroczysty obchód całej wsi i przyległych pól. Tradycyjny okrągły chleb taczano po zbożu, co miało zapewnić urodzaj. Jurja było jednym z najważniejszych gospodarskich świąt w roku.
Letni cykl obrzędowy rozpoczyna się najczęściej pod koniec maja i związany jest z dniem św. Jana Teologa (21 maja), kończy się natomiast żniwami i dożynkami jako podsumowaniem agrarno-gospodarskiego roku.
Na letniego Iwana trzeba było koniecznie rano sadzić ogórki, wtedy na pewno wzejdą i obrodzą. Tego dnia wróżono również czas rozpoczęcia żniw. - „Як на Івана колус, то на Петра жніва.” (jeśli na Jana pokaże się kłos, to żniwa zaczną się na Piotra i Pawła – 12 lipca w kalendarzu juliańskim).
Pierwsze strzyżenie owiec i sianie gryki następowało po 22 maja (św. Mikołaja) - tepłoho Mykoły (w odróżnieniu od zimowego dnia św. Mykoły).
50 dni po Wielkanocy świętuje się Trujciu (zesłanie św. Ducha), powiązane czasowo z przedchrześcijańskimi Zielonymi Świątkami - ostatecznym nastąpieniem dojrzałego lata. Dom i całe obejście upiększano wtedy gałązkami lipy, brzozy oaz tatarakiem. To znów nawiązanie i przenikanie się świąt chrześcijańskich i pogańskich (związanych z kultem drzew). Według pradawnych wierzeń w tym czasie rusałki wychodziły z wody i trzeba było zdobyć ich przychylność, żeby strzegły urodzaju zbóż i nie zbijały kłosów.
Tuż po Zełenych Swiatach zaczynała się petriwka – post przed świętem Piotra i Pawła. W tym czasie trwały sianokosy, którym towarzyszyły pieśni, dzięki którym robota szła szybciej i weselej, np. “Kosiary kosiat”. Pieśni żniwne często podejmowały tematykę ciężkiego losu kobiet i sierot na wsi, ukazywały ich perspektywę, żmudną pracę.
Lokalnym świętem, związanym z miejscami, gdzie są źródła wody, uznawanej za uzdrawiającą i oczyszczającą (na Podlasiu św. Góra Grabarka, Knorydy), jest Piationka (piątek w 10 tygodniu od Wielkanocy). Poświęcone zostało Matce Bożej i jest swoiście związane z Mokoszą (słowiańską boginią płodności, urodzaju, opiekunką kobiet), której dniem był piątek. Święto to pokazuje, jak w naturalny sposób przenikają się obrzędy chrześcijańskie i przedchrześcijańskie. Na świętej Górze Grabarce przez cały dzień odbywają się celebracje postaci Matki Bożej, ludzie przychodzą się pomodlić, zapalić świecę w podziękowaniu.
Iwana Kupała - święto przesilenia letniego – ma zdecydowanie pogańskie konotacje. Młodzież zbierała się w najkrótszą noc w roku, chłopcy skakali przez ognisko, a dziewczęta puszczały na wodę wianki, które starali się wyłowić ich wybrańcy. Obrzęd kupalskiej nocy odgrywany jest obecnie w czasie corocznego festiwalu “Na Iwana kupała” w Dubiczach Cerkiewnych w powiecie hajnowskim.
Jak już wcześniej napomknęłam, Św. Piotra i Pawła to zwykle początek żniwa. Obaj święci uważni byli za patronów rolników. Po zżęciu zbóż i ustawieniu snopów w laszki i mydle, suszyły się one na słońcu. Na ostatnim polu, gdzie kończono żniwa, ustawiano perepelycię (przepiórka)- kępkę niezżętego zboża, związaną przy kłosach. Między źdźbła wstawiano gałęzie z jarzębiną, polnymi kwiatami. Dookoła pielono ziemię z rżyska, a dzieci szukały płaskiego kamienia, który zaściełano białą szmatką i wkładano do środka “domku”. Służył za stolik, na którym kładziono kawałek chleba. Pielenie bruzdy dookoła perepełyci było swoistym odcięciem jej od zwykłej przestrzeni i przeniesieniem do sfery sacrum, złożeniem ofiary ziemi. Z ostatnich kłosów, makówek ozdobionych kwiatami robiło się kwitkę - rodzaj bukietu, poświęcanego w cerkwi na Splinie (28.08 święto Zaśnięcia Matki Bożej). Kiedy gospodarz siał pod koniec września żyto, pierwsze zasiewane ziarna pochodziły właśnie z kwitki.
Splinie było ostatnim świętem w roku gospodarskim i liturgicznym jednocześnie. Wiązało się z obrzędem dożynek. Perepełyciu ścinano i wplatano w diducha - ostatni snopek żniwny, trzymany w chacie do wiosny lub w wieniec dożynkowy. Koniec lata był jednocześnie końcem roku obrzędowego i liturgicznego (trwały one od września do sierpnia) w opozycji do roku kalendarzowego. To dwa odmienne sposoby liczenia czasu, mające inne znaczenie w życiu społeczno-religijnym i urzędowym.
Przeniesiemy się teraz centralnie na drugi koniec Polski, do pięknego regionu Orawy. Okres między wrześniem a lutym jest okresem dość niewdzięcznym dla wsi w rejonach górskich. Warunki pogodowe są ciężkie, co powoduje okresowe uwięzienie w domu. Koniec lata nie wiąże się z żadną celebracją. Pory roku przechodzą między sobą płynnie, dlatego też jesień zaczyna się dość wcześnie. Już początkiem września na wsi rozpoczynają się przygotowania do zimy.
Wykopki są procesem kopania ziemniaków. Jak już wspomniałam, początkiem września dzieci zaczynają szkołę, a starszyzna wychodzi w pole kopać rzepę na zimę. Oprócz tego, że rzepa została zebrana, cały proces wykopków służył temu by przygotować pole pod nową uprawę. Czynność kopania była bardzo ciężka i mozolna. Ta aktywność to jedna z niewielu aktywności, w czasie których nie odbywały się tańce i zabawa. Owszem, pracę wykonywało się wspólnie po kolei w każdym gospodarstwie, ale jej ilość nie pozwalała na nadmierną celebrację. Gdy wszystkie ziemniaki były już zebrane, a ziemia przekopana i gotowa na wiosnę, przychodził czas na puszczenie krów samopas. Krowy się pasły, gdzie chciały, a gospodarze nie narzekali, że się bydło pasie “nie po swoim”.
Bardzo ważnym elementem całego okresu wegetacyjnego było obrabianie lnu. Proces ten rozpoczynał się już końcem lata, kiedy z pól zbierało się len. Tworzono z niego snopki, które później przeczekiwały ostatnie ciepłe dni, czekając na swoją kolej obrobienia. Pierwszy etap obróbki lnu to rafanie. Za pomocą szczotek z gwoździ wytrzepywało się główki lniane ze snopków, aby uzyskać czyste siano. Taki zrafany len moczono w rzece i suszono na polach. Po oczyszczeniu i osuszeniu lnu trzeba było porządnie wytłuc paździerze. W tym miejscu wtrącę ciekawostkę - nazwa dziesiątego miesiąca roku pochodzi właśnie od czynności tłuczenia lnu, gdyż paździerze wypadały ze snopków lnu i rozlatywały się po podłodze. To był właśnie symbol nadchodzącego miesiąca - października. Z takiego wytrzepanego lnu tworzyło się głowę lnianą, z której później powstawały worki na ziemniaki, koszule oraz prześcieradła. Cały proces obrabiania lnu był bardzo towarzyską aktywnością. Prawie nigdy nie robiło się tego samemu, bo cały sens nie leżał w tym by zrobić, ale żeby pobyć wspólnie, zintegrować się, pośpiewać i potańczyć.
Kolejną czynnością, która była wykonywana w okolicach października była młócka (potocznie omłoty). Cały proces polegał na przygotowaniu plonów na zimę. Zebrane w lecie owies, jęczmień i żyto przechodziło przez maszynę i tam było obrabiane. Proces mógłby wydawać się prosty, gdyby nie fakt, że młóckarni (maszyn) we wsi było niewiele. Aby skorzystać z takiej maszyny w większości przypadków trzeba było się umówić z gospodarzem, który takową maszynę posiadał. Mało tego, trzeba było zorganizować ekipę pomocniczą. Cały proces składał się z kilku etapów - zrzucanie siana ze stodoły, rozkładanie, omłoty, rozłożenie na polu, zebranie i na koniec wyłożenie na stodołę. Nie była to aktywność słynąca z celebracji i zabawy, ale bardzo ważnym elementem był wspólny posiłek złożony z dóbr, które każdy z pracujących przynosił ze sobą.
Obowiązkiem każdej gospodyni w czasie jesieni było ukiszenie kapusty. Co roku kisiło się obowiązkowo 2 beczki - jedną dla domowników, drugą dla świń, żeby je dobrze wykarmić na święta. Kapusty kisiły się w drewnianych beczkach przyłożone deskami i kamieniami. Co dwa tygodnie trzeba było przepłukać zarówno beczkę jak i jej zawartość, ze względu na zapach.
Środkiem listopada obchodzono zaduszki. Święto zmarłych było momentem wspominania bliskich, a najważniejszą chwilą były odwiedziny na grobach. Gospodynie tworzyły wieńce z jodły lub świerku, przetykały je kwiatami z bibuły i zatapiały w wosku, żeby zapewnić trwałość. Taki wieniec zanosiło się dokładnie w Dzień Świętych - nie wcześniej ani nie później. Obecnie na Orawie w ramach zaduszków, odbywa się wieczór wspominek zasłużonych zmarłych Orawian. Przy akompaniamencie muzycznym opowiadane są historie biograficzne oraz anegdoty związane ze zmarłym bohaterem.
Rytm dnia w czasie jesieni i zimy był kontrolowany przez gazdówkę. Gazdówka to po prostu gospodarstwo domowe, ale dawniej było bardzo bogate w porównaniu do dzisiejszych gospodarstw wiejskich. Każda gazdówka musiała się składać z minimum jednej świni, kilku krów, kaczek, kur i gęsi. Codziennie od świtu do nocy zajmowano się obrabianiem gazdówki - kidaniem, karmieniem, pojeniem i dojeniem. Nim się człowiek obejrzał, cały dzień minął i te czynności trzeba było wykonać jeszcze raz, zanim zapadła noc.
Zima na Orawie – nawet do niedawna - była owszem urokliwa, ale bardzo niewdzięczna i ciężka. Pierwszy śnieg spadał już końcem października, a miesiąc później świat był cały pogrążony w białym puchu aż po pas. Nikt wtedy nie odśnieżał, więc zasypana droga to była codzienność. Warunki atmosferyczne zatrzymywały ludzi w domu i to był właśnie moment, w którym wracano do kłębków lnu i tkało się koszule, worki na ziemniaki oraz prześcieradła.
Jedynym momentem integracji i celebracji w czasie zimy były skubarki. Był to proces darcia, skubania gęsiego pierza, z którego później tworzono zagłówki i pościele do posagów młodych panien. Do skubarek przygotowywano się już w lecie, gdy pasano gęsi na rzeką. Tę czynność zazwyczaj przekazywało się najmłodszym dzieciom, które i tak całe dnie spędzały na zewnątrz. Całe wydarzenie było organizowane przez gospodynię, która zapraszała kobiety z wioski do siebie do gospody oraz przygotowywała poczęstunek. Skubarki to był moment zarówno na pracę jak i celebrację, choć impreza zaczynała się dopiero gdy przychodziły chłopy z instrumentami – a to zazwyczaj następowało jak cała robota była już wykonana.
Dawniej, gdy zimy jeszcze były srogie, obowiązkowo co roku odbywał się kulig. Zanim ta aktywność stała się komercyjną atrakcją trwającą 15 minut, kuligi potrafiły trwać nawet i kilka tygodni. Gospodarze tworzyli zaprzęgi konne i podróżowali od wsi do wsi. Sanie musiały być odpowiednio dostosowane do warunków pogodowych, dlatego każdy zaprzęg był wyposażony w baranice i kożuchy. Obowiązkowo zabierano ze sobą muzyków oraz panny. Poza dobrą zabawą kulig miał służyć także nawiązaniu nowych znajomości - młodzi kawalerzy szukali panien w okolicznych wioskach, a młode panny czekały na tego jedynego kawalera.
Okres świąt Bożego Narodzenia wiązał się głównie z postem oraz roratami o 6 rano. Mimo ciężkiego mrozu i częstych śnieżyc codziennie trzeba było pójść na 6 do kościoła w ramach oczyszczenia duszy. Nie prowadzono żadnych specjalnych kuchennych przygotowań, głównie ze względu na to, że była straszna bieda, ale też ze względu na pracę, która pochłaniała większość czasu. Dbano także o ciało, ale w bardzo barbarzyńskim akcie mordowania świni, z której robiono później potrawy świąteczne. Wyjątkową tradycją było pieczenie opłatków, ale nie każdy posiadał formy opłatkowe, dokładny przepis i przede wszystkim umiejętność i cierpliwość do pieczenia. Często wypiekanie opłatków odbywało się w kilku domostwach we wsi i później następowała wymiana dóbr w celu uzyskania opłatków. Jak święta w grudniu to wiadomo, że choinka, która była ubierana dopiero w wigilię rano. Tradycja wiążąca się z choinką to przede wszystkim fakt, że była ona ubierana przez dziadków z wnukami. Zawsze, co roku, bez wyjątku dziadkowie wraz z wnuczętami ubierali choinkę tym, co mieli. Zazwyczaj były to sopelki cukrowe, ozdoby ręczne, bardzo rzadko bombki, a czasem nawet i świeczki. Nie w każdym domostwie była taka tradycja, ale czasem wieszano choinkę u powały - pod sufitem do góry nogami. U niektórych powodem były małe dzieci, które uwielbiały rozbierać choinkę, ale dawniej miało to sens głównie z tego względu, że cała gazdówka i rodzina mieszkała w jednym pomieszczeniu. Dlatego powieszenie choinki u powały było bardzo dobrym sposobem na zagospodarowanie miejsca, ale także na doświadczenie magicznego klimatu choinki. Z choinką żegnano się dopiero w dzień Matki Boskiej Gromniczej – 2 lutego, a rozebranie choinki wcześniej było okropnym skandalem.
Nierozłącznym elementem świąt było kolędowanie. Zazwyczaj odwiedzało się najbliższych sąsiadów i razem z nimi spędzało się wieczór na śpiewaniu, graniu oraz wspólnym posiłku. Kolędowanie trwało aż do Święta Trzech Króli, do dnia, w którym ksiądz chodził po kolędzie i święcił domy. Zwyczaj czekania na księdza utrzymał się aż do dzisiaj i gdy już wiadomo, którego dnia ksiądz odwiedzi dane domostwo, od rana się na niego czeka, dzwoni i pyta – kiedy będzie i gdzie jest obecnie.
Po długim celebrowaniu świąt i Nowego Roku świat powoli zaczynał odtajać, a to mogło znaczyć tylko jedno - powrót na rolę. Przede wszystkim wyciągało się ziemniaki z piwnicy i robiło się łokrawki. Rzepa pokrojona na mniejsze kawałki służyła jako sadzonka nowych ziemniaków. W momencie, gdy śnieg już cały stopniał, a ziemia zdążyła odrobinę ożyć, wywożono gnój i przekopywano grządki. Nie było żadnej dużej celebracji związanej z powrotem na rolę ani powrotem wiosny. Wodą święconą święciło się gospodarza, zaprzęg konny i szło się w pole “z Bogiem”, z nadzieją, że nowy sezon plonowy będzie bogaty.