przyszło wezwanie.
zwykła kartka papieru,
kilka urzędowych słów,
data,
godzina,
podpis.
dla innych to tylko formalność.
dla mnie - powrót do piekła.
od dnia, w którym je przeczytałam,
znowu liczę oddechy.
znowu budzę się w nocy,
zlana potem,
jakbym miała znów być tym małym dzieckiem,
które nie potrafiło się obronić.
29 czerwca.
jedna data.
a we mnie tysiące wspomnień,
które próbowałam zakopać tak głęboko,
żeby już nigdy nie wypowiedzieć ich na głos.
będę musiała wrócić do miejsc,
do słów,
do dotyku,
do strachu,
który przez lata nosiłam pod skórą.
będę musiała opowiedzieć obcym ludziom o tym,
jak wyglądało moje dzieciństwo.
o tym,
że człowiek, który miał być ojcem,
stał się moim koszmarem.
o tym,
że wszyscy widzieli,
a ja i tak zostałam sama.
boję się.
boję się, że głos mi zadrży.
że zabraknie mi tchu.
że znowu poczuję się mała,
bezsilna,
winna.
ale po raz pierwszy
to nie ja będę siedzieć w ciszy.
po raz pierwszy
to nie ja będę dźwigać jego tajemnicę.
i choć trzęsą mi się ręce,
choć serce wali tak mocno,
jakby chciało wyrwać się z piersi,
pójdę.
nie dlatego, że się nie boję.
pójdę,
bo tamta dziewczynka,
która przez tyle lat nie miała głosu,
zasługuje w końcu na to,
żeby ktoś usłyszał jej prawdę.
a jeśli zapytają mnie,
dlaczego mówię dopiero teraz,
odpowiem:
bo dzieci nie powinny nosić cudzej winy.
i już nie będę jej nosić za ciebie.













