Przez całe trzy tygodnie próbowałam zdać relację z pamiętnego wieczoru lepienia pierogów, ale brakło mi weny. Do tego te zawirowania w naszych durnych, władziowych głowach. Ale jako że wszystko już jest idealne, jak całe nasze życie - czas na relację (prawie na żywo) z pierwszego w naszym życiu pierogowego wieczoru.
Lekko nie było - zdążyliśmy się pokłócić o konsystencję i lepkość ciasta oraz radośnie porywalizować robiąc dwa oddzielne farsze. Tak czy siak później pierogi były niespodziankami, bo gotowanie przypadło na godzinę po 23, także było nam wszystko jedno, które gotują się z którymi.
Zaczęło się niewinnie około 18-tej od siekania składników. Farsze z założenia był dwa - kasza gryczana z pieczarkami, boczkiem i cebulą (Stasiu) i mięso mielone, pieczarki, cebula i sos paprykowy (moje) - oczywiście, że mój był lepszy! ;-)
Wyszło nam tego trochę za dużo, co widać poniżej:
Ten mały pojemnik to czosnek, który dodajemy namiętnie do każdej przyrządzanej potrawy.
Najpierw przesmażyliśmy wszystko ze sobą, dodając przyprawy według uznania, na oko - między innymi paprykę słodką i ostrą, zioła prowansalskie, bazylię, oregano, biały pieprz, przyprawę do szaszłyków (polecam, pasuje do wszystkiego).
Po lewej widać nasze ziółka, które na pewno (!) mają myśli samobójcze od tego podlewania gorącą wodą...
Po zrobieniu farszu Stasiu zabrał się za ciasto - sam chciał, a lekka to praca nie była, mimo że wyglądało całkiem ładnie:
Ciasto nie chciało się kleić, więc brzegi smarowaliśmy wodą. Jako że żadne z nas nie chciało ręcznie sklejać pierogów (kółka wycinaliśmy wcześniej szklanką), korzystaliśmy z takiego oto urządzenia (zdjęcie z internetu):
Nasza, a raczej mojej Mamy, jest czerwona.
Minęła godzina 23, nastąpiło gotowanie i ogólne zmęczenie materiału, ale efekt był zadowalający. 51 pierogów, które miały nam starczyć na czarną godzinę niechęci do gotowania zostało rozdane między Rodzicami i znajomymi, co sprawiło, że jedliśmy je tylko jeden dzień (a nie ponad tydzień, jak zakładaliśmy na początku).
Z wniosków na przyszłość - za robienie pierogów warto wziąć się jednak w wolny dzień, z rana, a nie tak, jak my, po pracy... Zabawa skończyła się jednak zbyt późno ;-)