10 Najlepszych Wałków Ostatniej Dekady
Top 10 ma to do siebie, że proces tworzenia listy łatwo i prędko wymusza przejście w top 50 i chwilę potem w top 500. Nietrudno przy tym zapomnieć o jedzeniu i piciu, by po tygodniu zostać znalezionym w fotelu z pogryzionym ołówkiem w ustach i notesem na kolanach, gdzie wszystko jest skreślone, poza napisem “pomocy”.
Dzieje się tak, ponieważ, na przykład, w mojej pierwszej dziesiątce 08-18 nie zmieścili się artyści, których spodziewałem się tam zobaczyć, ale ostatecznie musieli ustąpić konkretnym utworom, które były o jakąś nano-wartość bardziej błyskotliwe. I tutaj właśnie nadarza się okazja nazwania jedynego racjonalnego kryterium jakim się posłużyłem w parze z emocjonalnym “robi mi mniej / bardziej niż tamto”. Otóż, owym kryterium jest właśnie błyskotliwość. Definiuję to jako zrobienie czegoś choć trochę nowego, pokazanie oklepanego tematu w nowy sposób, wyprodukowanie numeru, który nie tylko angażuje emocjonalnie, ale też inspiruje swoją świeżością i niepowtarzalnością. Umówmy się, że po roku dwutysięcznym jest to szczególnie ważne. Być może nawet ważniejsze niż to, czy stają wam włosy na przedramieniu.
10. St. Vincent - Bring Me Your Loves (2014)
No, już czuję, że właśnie połowę z was straciłem. “Więc to taka lista jest? Na której będą rzeczy, których nie znam?? Żegnam szanownego pana!”
Miejsce dziesiąte było chyba najtrudniejsze do ustalenia. Annie Clark (mój rocznik!) zdetronizowała tutaj takich poważnych, świętych wręcz, zawodników jak Bowie, Dillinger Escape Plan, czy Björk, której Crystalline prawie wylądował na tym miejscu. Sugerowałem się jednak kryterium wyżej wspomnianym, które ma za zadanie choć trochę zakwestionować uczuciową reakcję, czyli to, że końcowy beat w Crystalline miota mną na prawo i lewo i miażdży mi mózg. Bring me your Loves, podobnie jak cała self-titled płyta St. Vincent to niezaprzeczalnie nowe, świeże i odkrywcze spojrzenie na muzykę, nawet jeśli muza ta kultywuje tradycje ustanowione przez Bowiego i podobnych mu świrów. Ta płyta zaskakuje, buja i tarmosi, a ten numer miecie. Zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy ostatnich dziesięciu lat.
9. Deftones - Rocket Skates (2010)
uOmatko, jak ja bardzo chciałem żeby ich tu nie było. Jakaś część mnie ma już po dziury w twarzy klepanie od dwudziestu lat tematu jacy to oni są zajebiści i genialni. Serio, wolałbym stwierdzić że po czwartej płycie już zaczęli zjadać swój ogon jak jakiś KoRn czy Willie Nelson. Ale nie. Musieli przypierdolić numerem, który z jakiegoś powodu znowu targnął mną bezlitośnie a do tego, czysto racjonalnie patrząc, jest jakimś takim nieprzyzwoicie pięknym mutantem, w którym bezboleśnie łączą się strzępki pozornie niepasujących do siebie rzeczy. Do tego jest jeszcze jeszcze klip, który, choć poza konkursem, jest wisieną na torciorze.
8. Daughters - The Theatre Goer (2010)
Trudno jest odseparować coś z tej płyty i wybrać jako najlepsze. Ten album służy do wciśnięcia play, odkręcenia wzmacniacza i siedzenia w bezruchu do końca.
Niemniej jednak, Chadzacz do Teatru to moja pierwsza miłość i mimo, że jest to najprostszy numer jaki kiedykolwiek chłopcy spłodzili - jest wręcz instant radiowym hiciorem - to stawiam na niego wszystkie pieniądze, których nie mam.
7. Benga & Kano - Forefather (2013)
Blüp! Ja się absolutnie zgodzę, że dapstepy w pewnym momencie zaczęły mdlić jak wszechobecny zapach zepsutego mięsa, ale arcymistrz Benga to jest typ z klasą, piękną fryzurą, który wie co robi. Poza tym, że jest autorem absolutnie genialnego hiciora Katy B, Katy on a Mission i pomagał Magnetikowi Menowi w rzeczach, nie ma takiej imprezy na której w końcu nie dopcham się do sprzętu, żeby puścić Forefather i otwarcie wymagać od wszystkich pełnej uwagi. A jak to słusznie zauważył jeden z moich ziomów, conajmniej połowę roboty robi tu wokal Kano, który, jak mnie jeszcze raz ktoś w życiu mnie zapyta dlaczego uważam, że O.S.T.R. jest słaby, będzie mi pięknym przykładem.
Lights. Action. Kapomobaosfodemandem!
6. Run the Jewels - Run the Jewels (2013)
Ey! Ja nigdy wcześniej nie wątpiłem, że EL-P to koleżka który robi dobre rzeczy, ale dopiero w RTJ, mam wrażenie, rozwinął skrzydła. Może bez Killer Majka był samotny i przez to gorzej lepił. Tak czy inaczej, ten numer to nie tylko doskonałe otwarcie nowego rozdziału, ale też hicior, który nie pozostawi na imprezie żadnej nóżki niebujającą się. Do tego, końcówka nadaje tym swoim modularnym arpedżiem bardzo ważny komunikat: tu się robi muzykę a nie tylko podkłady.
Śmiało peem, jest to jedna z najlepszych hip-hopowych rzeczy jakie słyszałem w życiu.
5. Exotic Animal Petting Zoo - Thorough.Modern (2012)
Długo czekałem na tak piękną płytę w klimatach szeroko pojętego progresywnego najebiania. I gdybym nie znał życia, to otwarcie dziwiłbym się dlaczego nie są ci panowie równie sławni i wielbieni jak Deftones albo chociaż Dilińdżer.
Nie chce mi się tłumaczyć dlaczego ten numer jest taki zajebisty - jesteśmy już na tyle wysoko na liście, że powoli zaczyna brakować mi słów. I’ve got a much, much better plan than that: słuchafony na ryj, wzrok wlepiony w klip i jedziemy do końca.
4. Moderat - Les Grandes Marches
Po pięciu minutach gapienia się w biel ekranu, stwierdzam, że nic nie napiszę o tym numerze. Szkoda moich wysiłków.
Albo dobra, chociaż spróbuję.
Czy potrafię racjonalnie wytłumaczyć co się dzieje ze mną kiedy zaczyna się ten numer? To tak samo łatwe jak wyjaśnienie, dlaczego nie ma go na podstawowej wersji płyty i jest tylko na wydaniu deluxe*.
Do dziś nie do końca nie rozumiem, jakim cudem te obleśne, post-rockowe wiosła, w połączeniu z jednym z tłustszych beatów jakie wyprodukowano w historii ludzkości, powodują u mnie tak wielkie uniesienie. Widocznie dokładnie ta mieszanka była konieczna, żeby mógł ten wałek działać na mnie aż tak intensywnie.
Jest to utwór, od którego wciąż szklą mi się oczy i nie potrafi mi się znudzić.
*edit: Tak się właśnie rodzą mity o autyźmie poszczepionkowym. Coś sobie ubzdurałem, nie sprawdziłem i plotę androny. LGM jest na zwykłej płycie, nie ma zaś Beats Way Sick z Kierowcą Autobusu.
3. Phantogram - Funeral Pyre (2016)
Nie wiem czy to nie podczas katowania tego numeru z żoną w samochodzie, nie pomyślałem o zredagowaniu tej listy. To poetyckie otwarcie dosyć popowej płyty Three, unosi mnie i każe na chwilę zapomnieć o świecie.
Dziwnie się robi kiedy się ten wałek kończy i kolejne dwa numery bezkompromisowo bujają i robią to bez kiszonki à la Beyoncé. Ten oto, nieznany mi wcześniej, duet producenta z wokalistką, wypluł utwór, który w moim mniemaniu wyprzedza kilkanaście do kilkudziesięciu pozornych oczywistości zarówno rockowych, hard n’ heavy jak i elektronicznych. W tym wałku wydarza się coś, czego nie potrafię uchwycić i nazwać, ale ociera się to o geniusz.
Serio, z całkowitą świadomością tego co robię, w pełni władz umysłowych (plus-minus), stawiam ten numer przed wszystkimi Karnivoolami tego świata.
2. Jon Hopkins - Open Eye Signal (2013)
W czasach, kiedy Dżon jeszcze nie zakupił Abletona i działał na nakładce Windows 98 postawionej na Maku i kleił coś z konfliktu systemu plików SoundForge'a i Logica, napisałem do kumpla sms'a kiedy jeździłem po Wrocławiu autobusem i słuchałem Open Eye Signal na loopie: “Ten numer to chyba jakaś wyższa forma muzyki. Ociera się o absolut.”
Znowu inny znajomy, muzyk i DJ, stwierdził, gdy mu to puściłem, “nic takiego, on tylko kręci gałkami”, po czym dźgnąłem go w wyobraźni nożem.
1. Glassjaw - Black Nurse (2011)
Kto wygrał jakieś pieniądze u bukmachera stawiając na ten numer? To chyba w miarę oczywisty wybór. Onegdaj, obudziła mnie ta pieśń z długiego letargu, dała do zrozumienia, że jeszcze nie trzeba umierać, jeszcze coś się w tym życiu wydarzy i jest nadzieja dla niewielkiej części ludzkości. Zróbcie sobie przysługę i odpalcie Coloring Book na słuchawach, jest to bowiem arcydzieło.
Dziękuję, dobranoc.
A tutaj mały, oczywisty bonusik, czyli tak zwana poczekalnia:
Playlista, która zawiera wszystko oprócz GlassJaw (EPki Coloring Book nie ma na Spotifuju) znajduje się tu: bit.do/ihradio













