Dzień 13:
Rano szybko pobierałem się ze sprzętem bo na polu powoli zaczęli pokazywać się ludzie. Misja na poranek, wypłacić kasę z bankomatu i kupić coś wege do jedzenia. Pierwsze się udało a z drugim nie było lekko. W sakwie zostało mi około 100 g orzeszków solonych. W sklepie zero pieczywa, zero Oreo o Pringlesach w ogóle nie marzyłem. Kupiłem wodę, dwie butle Fanty i w nadziei na kolejne sklepy pojechałem dalej. Droga za miastem szybko zmieniła nawierzchnię z asfaltu na szuter. Mijały kolejne kilometry, na szczęście było zazwyczaj z górki, choć na szutrowo-kamienistej drodze ciało dostaje popalić od wibracji. Niestety nadal nie miałem nic konkretnego do jedzenia. W międzyczasie natrafiłem na plac budowy i musiałem skorzystać z objazdu który wiązał się ze wspinaczką piaskowymi serpentynami. Po 8o km dojechałem do miasta Gramsh, był supermarket w którym też była bieda jeśli chodzi o wegańskie produkty. Kupiłem dwie paczki solonych chipsów i jakieś ciastka do herbaty. Na kolejnym postoju na spokojnie doczytałem skład i okazało się, że było tam białko w proszku. Od tego momentu już ich nie jadłem. Na 120 kilometrze zaczynam kolejny podjazd, szybko okazuje się, że boczna droga którą chciałem dojechać do Tirany to piach, kamienie i mordęga w upale :D Oprócz tego, że znowu nie miałem nic do jedzenia i powoli kończyła mi się woda i Fanta to był to najlepszy odcinek, na zjeździe bałem się czy Awol to wszystko wytrzyma, koła mają już przejechane ponad 30 tyś km więc nie jestem już ich taki pewien. Szutry skończyły się niedaleko stolicy. W nagrodę za ten najbardziej męczący dzień znalazłem mega wielki market ze wszystkimi pysznościami :D Zrobiłem spore zapasy. Pozostał problem z noclegiem bo do centrum Tirany miałem 4-5 km. Namiot rozbiłem już w totalnej ciemności na jakimś osiedlu domków jednorodzinnych w okolicach jeziora. Usnąłem jak dziecko. Kilometrów mało bo 164 ale jak wezmę pod uwagę że większość nie po asfalcie i na głodniaka to chyba całkiem nieźle :) Tour Divide - nadchodzę :P haha