Długo zastanawiałem się nad pierwszym tekstem kultury, jaki miałby się pojawić na tym blogu. W końcu okres Wielkiego Postu, a także sytuacja w jakiej znaleźliśmy się w związku z zarazą, skierowały moje poszukiwania na utwory głębsze, wysoce refleksyjne, aż doprowadziły mnie do filmu, który nie tak dawno dane mi było obejrzeć.
Mowa tu o “Siódmej pieczęci” reżyserii Ingmara Bergmana - produkcji z roku 1957, przedstawiającej historię rycerza powracającego z wyprawy krzyżowej. Tegoż krzyżowca w drodze do domu nawiedza śmierć, a on proponuje jej rozgrywkę partii szachowej, w której wygraną jest jego życie.
Nie jestem pewien, dlaczego tyle zwlekałem z tym wpisem. Może to przez kaliber wybranego filmu, albo charakter tegorocznego Postu. W końcu jednak zdecydowałem się na krótką refleksję, pochylenie się chociaż nad kawałkiem “Siódmej pieczęci” (cały ten utwór jakoś przerasta mnie i moje możliwości).
W produkcji Bergmana wchodzimy w świat ogarnięty zarazą, a w nim napotykamy bohaterów o różnym światopoglądzie i usposobieniu wobec życia w czasach dżumy. To cały przekrój społeczeństwa przedstawionego w sposób wręcz szablonowy, choć i przekrój każdego człowieka, bowiem w każdej postaci można odnaleźć coś swojego. I właśnie o tym aspekcie w jednym z bohaterów chciałem opowiedzieć. Nie jest to Antonius Block (Max von Sydow), ów rycerz powracający z wyprawy, który przedstawia odbiorcy mnogość pytań egzystencjalnych, jakie sobie zadaje stając w obliczu śmierci. Nie jest to też sama Śmierć (Bengt Ekerot), której przedstawienie budzi we mnie niejedną refleksję. To postać Jofa (Nils Poppe), kuglarza.
Jof wraz z żoną Mią i ich małym synem, oraz z Jonasem, który im przewodzi, tworzą trupę kuglarską. Wędrują po kraju wystawiając swoje przedstawienia. Wyłączając Jonasa Skata, są to bohaterowie wnoszący najwięcej światła do całego tego dzieła. Żyjący w realiach każdego człowieka, spotykający się z problemami ówczesnych ludzi, a jednak zdystansowani do nich. Pełni uśmiechu, i ufności, można by rzec, dziecięcy. Sceny, będące ich udziałem, rozładowują napięcie, które raz po raz narasta w filmie.
Sam Jof przejawia też cechy osoby wrażliwej, czujnej wobec otoczenia. Dane jest mu spostrzegać rzeczy niewidoczne dla innych, a jego odbiór rzeczywistości zdaje się do mnie najbardziej przemawiać. Stał się dla mnie pewnym wzorcem na czas Wielkiego Postu przez proste usposobienie z zewnątrz i całkiem refleksyjne wewnątrz. Ma w sobie coś, co zapewne jedni nazwaliby naiwnością, a inni niewinnością. W całej tej wrażliwości i zadumie, połączonej z wyżej wspomnianym uśmiechem i ufnością stworzył receptę zarówno na życie w Wielkim Poście, jak i w czasach pandemii.
Dobrze jest zatrzymać się nad materią Wielkiego Postu i zachować radość. Dobrze jest spojrzeć na dzisiejszy świat i nie stracić nadziei. Zwrócić swoje oblicze ku Bogu i w wielkiej prostocie zaufać. Napełniać się Jego obecnością w każdej sytuacji, w jakiej się znajdziemy. Trochę tak jak Szadrak, Meszak i Abed-Nego, którzy radowali się obecnością Anioła będąc w piecu ognistym. Wszak Anioł ich nie wypuścił, ale był z nimi w ogniu! (por. Dn 3,14-95)
Wprawdzie Wielki Post dobiegł końca i już godziny dzielą nas od Świętego Triduum Paschalnego, jednak idąc za tą wielkopostną refleksją, chciałem życzyć sobie i Wam, Drodzy, właśnie takiej ufnej i pełnej pogody postawy. Zachowajmy też wrażliwość i uważność przeżywając to Święte Misterium w tak nietypowy dla każdego z nas sposób. Nade wszystko nie traćmy wiary! Wszak po Wielkim Piątku nadeszła Niedziela Zmartwychwstania, a otwarcie siódmej pieczęci, choć rozpoczęło się kataklizmami, zostało zwieńczone zwycięstwem Boga i Jego Pomazańca (por. Ap 8-11).