Na straganie w dzien targowy, czyli zakupy w greckim stylu
Wybrałyśmy się dziś z Fru na targ, który raz w tygodniu otwiera się na naszym osiedlu. Fru kocha targi, bazary i wszystkie miejsca, gdzie jest tłok i ścisk. Każdy kto mnie zna, wie, że nienawidzę skupisk ludzi większych niż 30 osób, dlatego też nie jeżdżę na żadne festiwale (wyjątkiem w mojej historii pozostają Basowiszcza). No ale że uwielbiam Fru, to zgodziłam się jej towarzyszyć w tym szalenstwie. Owy targ jest naprawdę olbrzymi, rozpięty między blokami, ciągnie się przez kilka ulic. Można kupić tu wszystko od ubran przez kosmetyki, po jedzenie. Ceny w greckich sklepach są dosyć wysokie, o wiele korzystniej jeść coś na mieście, a najkorzystniej kupić wszystko na bazarze, gdzie ceny są nawet o połowę niższe niż w sklepach. Każdy przedsiębiorczy sprzedawca w Grecji oczywiście krzyczy w niebogłosy, jak korzystne ceny posiada na swoim stoisku. Każdy podkreśla także, że wszystko, co sprzedaje, jest greckie, bo według Greka nasze- najlepsze. A dlatego że nasze najlepsze to w Salonikach nie ma Mcdonalda, ani KFC. No dobra jest jeden, ale daleko daleko za miastem, w wielkim centrum handlowym i chyba nikt nigdy tam nie był. W Atenach znalazłam tylko jeden w centrum miasta. Mnie bardzo raduje taka kolej rzeczy. Grecy mają fioła na punkcie swojego jedzenia i zastąpili amerykanskie fastfoody własnymi. Powiem szczerze, że wolę zjeść gyrosa za eurosa, niż hamburgera. Na bazarze najbardziej podobały mi się stoiska z rybami, oliwkami, a także z serem i tsipuro- greckim mocnym alkoholem, pędzonym po domach, nalewanym kupującym do plastikowych butelek z blaszanych baniaków. Tsipuro ma jakieś 40 % i robi się je z tego co zostało po wyprodukowaniu wina, czyli ze skórek i pestek winogron. Oczywiście wszystkiego można, a nawet trzeba spróbować, do czego zachęcają sprzedawcy. Niezmiernie mi się to podobało.
W sumie to było udane wyjście. Kupiłam kawałek greckiej chałwy, poćwiczyłam mój grecki rozmawiając ze sprzedawcami i zrobiłam trochę zdjęć dla Was.

















