Ultrafiolet
Kolor uporu ewoluował. Musiał, bo życie zdecydowało po raz kolejny się zmienić. Chciała twierdzić, że na lepsze.
Ten okres, a może bardziej stan umysłu, określiła ultrafioletem. Była to bardzo trafna nazwa, bo mogła oznaczać dwie całkowicie sprzeczne rzeczy.
“Ultra” sugerowało coś ponad, wyjątkowo... no właśnie, jakiego? Było to w gruncie rzeczy parę spraw, ale większość ludzi opisuje je jednym groźnym określeniem: klasa maturalna. Inaczej za dużo: planów, obowiązków, czynności do nabycia i wszechogarniającego stresu. Jak dobrze, że przechodzi się przez to w życiu tylko raz. A przynajmniej powinno.
Jednak druga interpretacja jest dużo bardziej niepokojąca, oczywiście o ile to możliwe. Gdyby ktoś postarał się wniknąć głębiej w to słowo, od razu zauważyłby czyhającą w nim pułapkę. Jest przecież zdefiniowane długością fali poniżej długości światła widzialnego. Czyli dla przeciętnego człowieka go nie ma. Nie istnieje. Nie ma problemu. Jednak w jej przypadku był idealnym określeniem upośledzenia, jakąś wersją niedoboru. Niby jest ale nie. Niby. Ona nie cierpiała tego typu sytuacji. Niby. No określ się!
Zycie stało się serią kompromisów. Owszem będzie spać, ale nie poczuje się przez to lepiej, ba, jakaś cząstka jej osobowości nawet będzie jej mieć to za złe, bo mogłaby coś przecież robić. Tak, ma dwie szkoły, ale dla żadnej nie może się całkowicie poświęcić, bo skończy się to tragicznie dla drugiej. A, no i postępując tak oczywiście coś traci, być może ważnego, a nawet najważniejszego.
Moc paradoksów i podważenia wszystkich istotnych spraw osiągnęła prawdopodobnie swoje ekstremum. Była artystką, no tak, tak bez tego nic nie byłoby takie, jakie jest. Szkoła muzyczna nauczyła ją dostrzegać to, na co się nieraz gapiono, ale nic nie dostrzegano, słuchać tego, co większość wolałaby przemilczeć i szukać kontekstów, kontrastów, analogii, życia i jego sensu lub powodów, dlaczego ich nie ma. I to było piękne. Jednak jedną z największych złośliwości ultrafioletu było to, że tak wiele miała w sobie, tak bardzo nasiąkła tym dziwnym światem, którym chciała się podzielić, którego chciałaby wspólnie obserwować a tak mało było ludzi, którzy zechcieliby to zrobić. Śmiała twierdzić, że nie było w najbliższym otoczeniu żadnej osoby, która by to chociaż zrozumiała. Nie było tam już nikogo choć trochę podobnego do niej. W takich momentach ogarniała ją przytłaczająca tęsknota i przygnębienie.
Z drugiej strony podjęte decyzje, rzucały na to nowe światło. Musiała się przecież zdecydować. Musiała się skupić i dzielnie odhaczać kolejne punkty na swojej to do list. Rozważania o sensach i emocjach zabierały jej cenny czas, który już przecież nigdy się nie powtórzy. Po raz pierwszy przyszły jej do głowy tak bardzo czarne myśli, że może chcąc dostać obie strony, nie mogąc zdecydować do samego końca zostanie z niczym. Co, jeśli decyzje trzeba było podjąć już dawno temu? Wyjechać na dobre z tego miasta i zostawić całą tą płytkość, której z całego serca nie cierpiała lub przejść na drugą stronę mocy, zostawić swoją muzyczną miłość i zostać wzorowym uczniem z ostrym jak stal umysłem, przed którym cały świat stałby otworem?
Jedno było pewne - to w jakiś sposób ją naznaczyło. Podwójne życie przyniesie ze sobą jakieś konsekwencje - stanie się jej błogosławieństwem lub przekleństwem. Takie były prawa ultrafioletu - gdy opuści się mury bezpieczeństwa, tak raz na zawsze, jedno przeciwieństwo zabije drugie. Na razie jednak wszystkie karty były zakryte. Może nawet nie wszystkie położono już na stół. Czas był jeszcze w zawieszeniu. Więzy ultrafioletu płonęły powolutku, lecz nie ulegało żadnym wątpliwościom, że wkrótce znikną na dobre.










