Zbiorczo o kilku filmach, które obejrzałem w ostatnim czasie.
Taksówkarz (1976) - pierwszy raz widziałem ten film mając z 17 lat i niewiele z niego zrozumiałem. Teraz rozumiem go lepiej, ale nadal daleki jestem od powszechnych zachwytów. To solidny, stylowy film, nieźle oddający poczucie bezcelowości i zasługuje na status kultowego dzieła, ale to nie znaczy, że zasługuje na miano arcydzieła. Jest wiele lepszych filmów z lat 70.
Czekając na wyrok (2001) - jest sobie rodzinka rasistów zajmujących się egzekucjami skazanych na śmierć. Nie ma to jak połączyć pasję z pracą, nie? Z tym że niekoniecznie. Główny bohater Billy Bob Thornton może i jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, ale tego samego nie można powiedzieć o jego synu Heathu Ledgerze. Heath w końcu ma pierwszy raz samodzielnie dokonać egzekucji (nacisnąć przycisk uruchamiający krzesło elektryczne. Chyba nie myślałeś, że każą mu machać toporem?), ale ten nie wytrzymuje napięcia (dobór słów zupełnie przypadkowy) i nie bierze udziału w egzekucji. Potem dochodzi do ostrych sprzeczek z ojcem, z których ta druga kończy się tragicznie. Billy Bob Thornton musi dalej żyć z ciężarem, że doprowadził do śmierci syna i przy okazji wdaje się w romans z wdową po ostatnim skazańcu. Tak, śmierć najbliższych i romans wyleczą człowieka z rasizmu.
Ostatni smok: Zemsta (2020) - rodzinka biednych wieśniaków żyje sobie beztrosko. Aż tu nagle zostają zabici przez złych bandytów! Jeden chłopak wychodzi z tego cało i poprzysięga zemstę na mordercach jego rodziny. W tym celu prosi o pomoc smoczycę o głosie Heleny Bonham Carter. Smoczyca okazuje się być pacyfistką i weganką, ale zabiera się z nim, żeby przekonać go, że zemsta nie uczyni go szczęśliwszym. Film bywa pocieszny, a nawet solidny (brawo aktorzy i goście od kostiumów), ale ogólnie sprawia wrażenie, jakby scenarzysta nigdy nie wychodził z domu i z nikim nie rozmawiał.
K-popowe łowczynie demonów (2025) - pamiętają taką okropną, padaczkową animację Netflixa Mitchellowie kontra maszyny (2021)? K-popowe łowczynie są dokładnie z tej samej gliny ulepione. Film jest impulsywny, napakowany drobnymi śmieszkami (takich jak pop cornowe oczy), stylizowany na poklatkowy, ale przez to wyglądający na niedopracowany. Piosenki? Jedna nawet wpadła mi w ucho: Soda pop. Pozostałe po prostu sobie są. Nie czuję się bardziej zainteresowany k-popem, niż wcześniej. Na pewno jest to charakterystyczny film naszych czasów, ale to nie czyni go automatycznie filmem oskarowym, a niestety na to się zanosi. Jeśli kogoś odstręczały grafiki promocyjne i przykładowe klipy, potwierdzam, że prawie cały film jest dokładnie taki, więc nie warto sprawdzać czy finalne wrażenie będzie inne. Ale warto przynajmniej przekonać się, czy jest się częścią mainstreamowego targetu. Ja nie jestem.