Otwiera galerię łęczyńskich osobowości. Kilka dni temu, podczas odwiedzin u babci, moja mama spotkała ją w małej osiedlowej kolekturze, bo, jak się okazuje, mimo 20 lat przegranych w Dużego Lotka, wciąż się nie poddaje.
Sąsiadka z pierwszej klatki. Wtedy wydawała mi się szczupła, dość wysoka, w nieodłącznym bordo na głowie i paznokciach, zawsze po „łęczyńsku”, ale elegancka. Najatrakcyjniejsza szkolna woźna na Lubelszczyźnie, to pewne!
Wpadała do nas zawsze wczesnym popołudniem, kiedy wszystkie sale były już wypucowane, a moi pracujący głównie w oświacie domownicy po pracy. Rozbrzmiewający dzwonek do drzwi mógł o tej porze oznaczać jedynie Panią Kochaną albo… zawsze dysponujących czasem świadków Jehowy. Zresztą miała z nimi jeszcze jedną wspólną cechę. Tak jak ze świadkami Jehowy, od początku wiadomo było po co przychodzi. Jednak oczywisty fakt kolejnej pożyczki musiał być okraszony soczystym prologiem o zbliżającej się wizycie u dentysty, czy urodzinach wnuka.
Uwielbiałam wsłuchiwać się w ten wartki potok słów, który zdawał się trwać wiecznie i zawsze rozbijał się o szafy w przedpokoju współgrając z rytmicznym kiwaniem głowy stojącej w progu wejściowych drzwi mamy. Dlaczego w progu? Bo choć te dwie kobiety łączyły więzy wstydliwej w Polsce, zdawałoby się, tematyki finansowej, to kredytobiorczyni zachowywała ten delikatny dystans, jakby kawa na wysiedzianej kanapie wraz ze stówą do oddania za dwa tygodnie przekraczała już możliwości oferowanych przez mamę usług.
Czasem miałam okazję sama odbierać dług w imieniu mamy, zawsze w dokładnie zapowiedzianym podczas pożyczki terminie! Dorotka, jak ją pani Kochana nazywała, nie chcąc tracić kolejnej godziny tuż po przyjściu z pracy na słuchanie podziękowań i relacji o powodzeniu misji, udawała w swoim pokoju, że jej nie ma, a ja licząc na zwierzenia i przygotowana na przytakiwanie, ku mojemu niezadowoleniu dostawałam kasę w garść i byłam spławiana.
Pani Kochana miała to, czego mojej rodzinie brakuje do tej pory. Odwagę w zabieganiu o pomoc i stuprocentowego optymizm, nawet gdy w portfelu najbardziej wypchane było miejsce na zdjęcia najbliższych.
Ostatni raz widziałam ją kiedy razem z mamą pakowałyśmy ostatnie pudła do, o ironio, dostawczego lublina, podczas przeprowadzki w Tatry. Szła wtedy w odwiedziny do koleżanki ze „starego bloku”. Bo w pewnym momencie Pani Kochana zmieniła adres. W życiu Pani Kochanej pojawił się mężczyzna. A wraz z mężczyzną skończyły się pożyczki.
Opens the gallery of Leczna’s personalities. A few days ago, while visiting grandmother, my mom met her in a small lottery office, because, as it turned out, despite the 20 years of losing in Lotto, she still does not give up.
A neighbor from the first block staircase. Then she seemed to be slim, quite tall, having a burgundy on her head and nails, always elegant, even though according to Łęczna canons. The most attractive school caretaker in the Lublin region, that's for sure!
She stepped by always in the early afternoon, when all classrooms were already squeaky clean, and my working mainly in education field household members were right after work. Resounding doorbell could at that time only mean Miss Dear or ... always having time Jehovah's Witnesses. Besides, she had one thing in common with them. As with Jehovah's Witnesses, from the beginning it was known what she is coming for. But the obvious fact of another loan had to be begun with juicy prelude about the upcoming visit at the dentist, or grandson’s birthday.
I loved to listen to the rapid flow of words that seemed to go on forever and ever, the words that shattered by the hall closets with rhythmic nodding of the mom’s head, standing at the threshold of the front door. Why the threshold? Because even though the two women were bound together with shameful financial ties in Poland, Miss Dear always kept this delicate distance, like a little cup of coffee on the old couch with hundred zlotys that would be given back in two weeks was already exceeding the possibilities offered by service of my mother.
Sometimes I had the opportunity to receive debt on behalf of my mother, always paid back in exactly announced day! Dorotka, as Miss Dear called my mom, sometimes didn’t want to waste another hour just after returning from work to listen to thank and reports of the success of the mission, so she was pretending in her room, that she’s not there. And when I was ready to acquiescence, to my displeasure I was receiving money immediately and was floated.
Miss Dear had those things, which are missing in my family. Courage in asking for help and one hundred percent optimistic approach, even though for the majority of the month her wallet was the thickest in the place prepared for family photos.
The last time I saw her when me and my mom were packing last boxes to, ironically, “lublin” truck, when we were moving in the mountains. She was going to visit a friend from the "old block". Because at some point, Miss Dear has changed the address. The man appeared in her life. And with a man the loans time was gone.