Niedawno otrzymałem do swojej skrzynki pocztowej pierwszy w swoim życiu zaprenumerowany magazyn. Przyjemność dostawania gazety do domu w Polsce zawsze mnie omijała. Tutaj w Norwegii z kolei prenumerowanie jest sprawą bardzo normalną. Ludzie prenumerują ochoczo nie tylko magazyny, ale i codzienne gazety, które o godzinie szóstej rano już leżą na ich wycieraczkach (nie pytajcie nawet, o której do pracy ruszają roznosiciele gazet). Tak czy siak, popularność tej formy dystrybucji prasy jest zastanawiająca. Dziwi ona jednak tylko na pierwszy rzut oka. Jej przyczyny są dwie. Pierwsza – Norwegia to szereg mniejszych i większych, bardziej lub mniej odizolowanych od siebie dolinek i wysp. W dolinkach tych często nie ma prawdziwego sklepu, który miałby wszystko, czego czytająca gazety dusza zapragnie. Izolacja sprawiła, że aby dostać jakąś gazetę, trzeba było ją zaprenumerować. I tak już zostało – wbiło się w tradycję i tkwi. Druga przyczyna jest dużo bardziej prozaiczna i ufam, że gdyby w Polsce było podobnie – prenumeraty też stałyby się popularne. Magazyn, który zaprenumerowałem w kiosku kosztuje 69 kr. Jak łatwo obliczyć, dwanaście wydań tegoż miesięcznika to koszt 828 kr. Ja za roczną prenumeratę zapłaciłem... 379 kr. Jakieś pytania?