#pojedzone 001 - endorfina foksal / warszawa
pora w końcu ruszyć cykl #POJEDZONE, który jest spisem moich doznań smakowych czy też ogólnych wrażeniem z miejsc, które są związane z kuchnią i jedzeniem. bo jedzenie jest ważne, to każdy wie, a w kuchni można nieźle się zabawić czy też po prostu oderwać od codzienności i się zrelaksować.
na pierwszy ogień, pójdzie moja ostatnia wizyta w warszawskiej restauracji Endorfina Foksal, która znajduje się na tyłach Nowego Światu pod numerkiem 2 ulicy Foksal właśnie, jak nie trudno się domyśleć. pierwsze koty za płoty i od razu złe to było spotkanie. w sumie, to właśnie przez marność tego miejsca - o czym napiszę więcej poniżej, sprowokowało mnie - ba! zmotywowało do pierwszego wpisu z moich kulinarnych wędrówek po mieście. no to zaczynamy.
ENDORFINA Foksal - Warszawa - ul. Foksal 2
niestety miejsce mocno rozczarowuje.
niby krzątający się kelnerzy i wystrój mogą zapowiadać coś ciekawego, niestety powierzchowność to nie wszystko, co wyróżnia (przynajmniej) przyzwoitą restaurację. ale po kolei.
sama przestrzeń i jej aranżacja, to pierwszy zonk. panuje tu chaotyczny układ stołów, niczym w jakimś pijanym śnie architekta. muzyka, która ma towarzyszyć i umilać czas, jest w rezultacie zapętloną tą samą piosenką, gdzie po drugim razie masz ochotę wyjść. przechodząc do konkretów, miejsce zyskało nowego szefa kuchni, a raczej szefową... ale i to nie pomaga. podbicie cen dań, poczynając od lunchu, który kosztuje - uwaga! 55zł (!!!)
gdzie dostajemy trzy dania, chociaż słowo "danie" jest tutaj mocno nad wyraz: zupa, danie główne i deser. z całego zestawu, to zupa wypadła najlepiej, ale z drugiej strony czegoż można chcieć więcej od kremu z ziemniaków. garść liści, pięć kulek wołowiny w temperze i dwa pomidorki cherry, wszystko bez smaku, bez wyrazu, to danie główne, które jest nijakie. deser, który ma być zwieńczeniem naszego spotkania z tym urokliwym miejscem, to... Hmm kruszony herbatnik, wiśnie z kompotu i kulka najzwyklejszych lodów waniliowych? - serio?!
to tylko przykład lunchu, na który akurat ja natrafiłem. ktoś powie: czepiasz się, ja jadłem lepiej. może. ale może w innej restauracji, bo to co mnie spotkało mocno odstrasza, niż raczej zaprasza do kolejnych odwiedzin. do tego cena, która poszybowała o prawie 70% ceny poprzednich lunchy i informacja o tym fakcie na sam koniec spotkania, to już insta karuzela śmiechu. gdyby jeszcze było o co kruszyć kopie albo gdyby ilość przykrywała jakość podawanego jedzenia, to ja rozumiem, ale za ten rozczarowujący zestaw bylejakości i to w racji żywieniowej głodującej modelki... ale raczej z bułgarskich wybiegów (nie umniejszając Bułgarii), to kpina i jawne nabijanie klientów w butelkę.
w mojej ocenie miejsce dostaje 2+










