To ciekawe, jak wiele człowiek jest w stanie zaryzykować, nawet nie wiadomo do końca dla czego - szczęście ma tyle definicji, ile jest ludzi. Tak więc wchodzimy na to pole minowe nie mając mapy, a gdzieś tam majaczą sylwetki, mieszają się cienie rzucane przez obiekty naszego pożądania. Czasem wchodzimy na miny, doznajemy mniejszych lub większych obrażeń, jakiś odłamek utknie na dobre powodując zakażenie, na które nikt nie ma skutecznego lekarstwa, możemy jedynie tłumić ból. Czasem odnajdujemy coś, co chcemy mieć, posiadać, ładujemy to na plecy i idziemy dalej. Jednak zdarza się, że znajdujemy coś, co nie jest ciężarem - wręcz przeciwnie - uskrzydla nas, daje nadzieję, że dalsza wędrówka ma sens. Niestety z daleka trudno rozpoznać, które "zdobycze" przykują nas do siebie łańcuchami utrudniając podróż, a które dają wolność, pewność, poczucie bezpieczeństwa podczas wspólnej wędrówki. Masz co najmniej dwie opcje do wyboru: iść przed siebie, zbierać doświadczenia, upadać, wstawać, cierpieć, doświadczać, uczyć się, poznawać, cieszyć się, pomagać; albo stać w miejscu, nie ryzykując zranienia, ale płacąc za to wysoką cenę - odbierając sobie możliwość poznawania wszelkich pozytywnych efektów swojego działania oraz pewną przyjemność płynącą z różnorodności. Chodzenie po polu minowym jest na swój sposób... zabawne, ale składanie puzzli z samego siebie niekoniecznie... Chociaż... to ciekawa układanka, za każdym razem inna.















