Na linie
Canon EOS 77D, Domiplan 50mm f/2.8
[EN] This week I’m on “online mode,” as my colleagues at work decided. They didn’t ask me. They didn’t even tell me — so I drove to an empty building only to realize something was off. And that proverbial rope tightens around my neck. I hate working online. I hate being tethered to a computer by a cable. The stillness. The monotony. I’m sick of it. And there are still two more days to go.
I’ve got two friends at work — and both voted for Grzegorz Braun. Both worship Mentzen and Korwin. They shout “Stop the Ukrainianization of Poland” and “Down with vaccines.” They think Trump is great. These are the only two people at work I regularly talk to, and yet I’d still rather be there, with them, than stuck at home on a wire. That’s how much I hate online classes.
I’m sinking into nothingness. Into the void. Closing in on myself. Eating. Not moving. I know — it’s my fault. It’s all in my head. I’m aware of it, and I’m doing nothing. I have to pull myself together. Maybe tomorrow. If it doesn’t rain. Maybe…
Though probably not, because the truth is, if I start the day motionless, with headphones on, then after eight hours of stagnation I’ll be so drained I won’t even want to exist. So I’ll just drift off into some corner and quietly not exist until tomorrow.
And tomorrow — the same again…
[PL] Jestem w tym tygodniu na „onlajnie” jak to zadecydowali moi koledzy z pracy. Nie pytali mnie. Nawet mnie nie poinformowali, więc przyjechałem do pustego budynku, żeby się zorientować, że coś jest nie tak. I ta przysłowiowa lina zaciska się wokół mojej szyi. Nie znoszę pracy online. Nie znoszę bycia przyspawanym kablem do komputera. Bezruchu. Monotonii. Rzygam tym. A jeszcze dwa dni.
Mam dwoje znajomych w pracy — i oboje głosowali na Grzegorza Brauna. Oboje wielbią Mentzena i Korwina. Krzyczą „Stop ukrainizacji Polski” i „precz szczepionkom”. Uważają, że Trump jest super. To są jedyne dwie osoby w pracy, z którymi na co dzień mam kontakt i mimo wszystko wolałbym być tam, z nimi, niż w domu na kablu. Tak bardzo nienawidzę zajęć online.
Osuwam się w niebyt. W nicość. Zamykam się w sobie. Jem. Nie ruszam się. Wiem, to moja wina. To siedzi w mojej głowie. Mam świadomość i nic z tym nie robię. Muszę się zawziąć. Może jutro. O ile nie będzie padać. Może...
Choć pewnie nie, bo prawda jest taka, że jeśli zacznę dzień od bezruchu, na słuchawkach, to po ośmiu godzinach marazmu będę tak zblazowany, że żyć mi się już nie będzie chciało. Więc usunę się gdzieś w kąt i tak będę sobie nie żył aż do jutra.
A jutro, powtórka...
















