Kręć się, kręć, wrzeciono (1)
Na wspomnienie Sama w szpitalu Northern Indiana State Deanowi ręce same zaciskały się w pięści. Młodszy brat nie miał już sił, by walczyć, jakby pogodził się z nieuchronnym losem i chciał tylko odpocząć, nawet jeśli oznaczałoby to śmierć. „Wiedzieliśmy, że do tego dojdzie, tak się dzieje, kiedy rzuca się duszę na pożarcie do miski Lucyfera, nic nie możemy na to poradzić, nie ma na to lekarstwa” mówił Sam. Jeszcze czego! Pieprzony Joda. Po jego trupie! Jego, nie Sama.
Siedział na zadupiu w zapuszczonej chacie Rufusa, do towarzystwa mając zbiór rozsypujących się gratów, w tym zapadającą się kanapę z pasiastymi poduszkami, przekrzywioną lampę z burym abażurem, rozchwiany stolik i nieczynną lodówkę, kilka puszek z piwem (część już pustych i zgniecionych) oraz notes Bobby’ego (Boże, jak mu go brakowało) z numerami telefonów, przekreślanych coraz grubszymi i bardziej gniewnymi kreskami. Komórka w dłoni zwilgotniała od potu, kolejne telefony nie odpowiadały lub odpowiadały przecząco i urągliwie, a czas jak zwykle tykał i groził.
Otworzył kolejną puszkę Coorsa i z niesmakiem upił łyk ciepłego piwa, po czym mało jej nie upuścił, kiedy jego telefon oddzwonił, wibrując.
- Tak? – spytał ostrożnie, samemu już nie wiedząc, który ze znajomych Bobby’ego dzwoni.
Dzwonił Mack, kowboj z Kolorado, którego Dean poznał przelotnie w barze Ellen i zapamiętał jedynie, że tamten był wysoki, żylasty, nosił przepaskę na oku jak pirat i wciąż żuł tytoń, plując nim gdzie popadnie. Najpierw Mack wyraził swoje ubolewanie z powodu śmierci Bobby’ego - Dean niechcący mocniej ścisnął puszkę, więc piwo chlapnęło mu na rękę i rękaw koszuli khaki, i tak nieźle poplamiony. Później kowboj wyraził nie mniejsze ubolewanie a propos tego, że Dean szukał uzdrowiciela i to najlepiej duchowego. W tym momencie Dean niemal widział, jak Mack kreśli sobie kółko na czole, myśląc, że któryś z Winchesterów w końcu dostał to, na co zasłużył, czyli zwariował z kretesem. Na koniec wyskoczył z wieścią, że w Louisville w Górach Skalistych mieszka niejaka Mo Koosh, całkiem niezła w te klocki. Choć ciut dziwaczna, bo ino by plotła jakieś kolorowe sznurki, zamiast po bożemu leczyć dotykiem, ale podobno uzdrowiła wielu ludzi, w tym starego Jima Frasera z podagry, Daisy Wright ze skrofułów, rodzinę Boltonów z nawrotów tańca św. Wita, kilka dziewuszek, co nie mogły zaciążyć i niejaką Szaloną Lucy z kuku na muniu. Nieco zdetonowany tajemniczym kuku na muniu Dean nie zdążył spytać o nic więcej, kiedy Mack z ociąganiem wyjawił, że sam był u Mo Kosh, żeby na wszelki wypadekją sprawdzić i ten tego – niby wszystko z nią w porządku, srebra ani żelaza się nie boi, wodę święconą wypije i EMF jej nie łapie, ale człowiek dziwnie przy niej głupieje, ślini się jak pies i ma kosmate myśli. I że po wszystkim odzyskał widzenie w wypalonym oku.
- Że co? – spytał uprzejmie Dean. – Miałeś kosmate myśli i odzyskałeś wzrok?
- No, oko mi odrosło, tak jakby – bąknął Mack. – A myśli to tylko myśli, galanta z niej babka, więc to nie dziwota, nie? Ma czym oddychać i na czym usiąść, nie to co te dzisiejsze chudzinki.
- Taa – mruknął nieprzekonany Dean, któremu zwizualizowała się, nie przymierzając, cycata, za to niemal pozbawiona twarzy Wenus z Vestonic. – Jesteś pewien, że…
- Przecież chyba wiem, czy widzę, czy nie – obraził się Mack. – I nie, żadnych konszachtów z diabelskim pomiotem przy tym nie wyczyniała. Ot, odcięła mi kosmyk włosów i wplotła w jakiś kilimek, wodą skropiła, coś zanuciła i voila.
Dean pomyślał, że Sam nie byłby zachwycony, gdyby uzdrowicielka zabrała się za przycinanie jego lwiej grzywy. Tak, bo na pewno wolałby umrzeć z wycieńczenia, braku snu i halucynacji Lucyfera w kółko śpiewającego „Schody do nieba”, niż poświęcić pukiel włosów. Cholera, dlaczego on rozmyśla o głupotach, kiedy tam, w szpitalu Sam rozpada się na malutkie kawałeczki i umiera ze zmęczenia.
- Daj mi namiary – poprosił zduszonym głosem. – Proszę.
*
Wbrew przypuszczeniom Mo Koosh nie mieszkała w pustelniczej chacie w głębi lasu na przełęczy w Górach Skalistych, a w niewielkim domu ze spadzistym dachem, werandą i podmurówką z kamieni, podobnym jak dwie krople wody do domów stojących po lewej i prawej stronie. Jedyną różnicą był ogród – mimo wczesnej pory wszystko rosło w nim jak szalone, wybujałe, kwitnące, barwne i owocujące. Dean stał na pomalowanym na biało ganku z ręką przy staromodnym dzwonku i ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się skalniakowi, nad którym – mógłby przysiąc – przycupnęła mała chmurka, z której siąpił deszcz, choć niebo na Louisville było jednym przymglonym błękitem.
- Potrzebują więcej wody – powiedziała tonem wyjaśnienia kobieta, która pojawiła na progu domu, mimo, że nie zdążył zadzwonić do drzwi. – Suszyło je.
- Suszyło je – powtórzył, unosząc brew. – Roślinki suszyło?
- Mhm – potwierdziła, uśmiechając się leciutko i obrzucając go oceniającym spojrzeniem – czarny t-shirt, poplamiona koszula khaki, trzydniowy zarost, zmierzwione włosy, podkrążone, bardzo zielone oczy. – Wydaję mi się, że je doskonale rozumiesz.
Dean przełknął, bo w istocie ilość piwa wypitego poprzedniego dnia przypominała mu się suchością w gardle i lekkim zamętem w żołądku.
- Szukam… zaczął, ale młoda kobietana progu przerwała mu machnięciem ręki. Liczne bransoletki zadźwięczały na przegubie.
- Zapewne mnie – parsknęła, pokazując na małą, zdobioną tabliczkę przy drzwiach - „Mo Koosh – tkactwo, zbieractwo, uzdrowicielstwo, zaciążanie, miłość od pierwszego wejrzenia”. – Sprawy sercowe, czy dola i niedola? Bo na kobietę tęskniącą za dzieciątkiem jakoś nie wyglądasz.
- Niedola – odparł bezwiednie, przyglądając się jej uważniej. Jak to mówił Mack? Ma na czym usiąść i czym oddychać i do tego miewa się przy niej kosmate myśli? Mało powiedziane…
Gospodyni była niewysoka i zgrabna –dzianinowa sukienka w makowym kolorze pięknie podkreślała wszystkie jej smakowite wypukłości i wcięcia, miała orzechowewłosy spięte drewnianą klamrą,zielone jak trawa oczy, w których błyskały iskierki rozbawienia i pełne usta, wdzięcznie wygięte w lekkim, nieświadomie kuszącym uśmiechu. Pachniała skoszoną trawą, opium i gorzkawą nutą ziół. Dean poczuł, że coś w nim drgnęło i zaczerwienił się po czubki uszu.
- Bardzo przepraszam, tak już działam na ludzi – mruknęła, zamaszyście odwracając się na progu i brzęcząc kolorowymi bransoletami. – Wejdź, pogadamy w środku. Zrobię ci coś do picia, żebyś nie wysechł na wiór.
- Najlepiej wody – wydusił Dean, odetchnął głębiej, opanował pierwsze wrażenie i ruszył za nią w głąb domu. Pastelowe ściany, sosnowe meble, mnóstwo kilimów i dywaników, ulotny zapach bujnej roślinności i farbowanej wełny.
Zaprowadziła go do obszernej, rustykalnej kuchni, zawieszonej talerzami, miedzianymi rondlami i pękami suszonych ziół i posadziła przy przysadzistym, drewnianym stole, pojąc wodą mineralną wyciągniętą z całkiem nowoczesnej lodówki. Dean z przyzwyczajenia uważnie rozejrzał się dookoła, ale nie wypatrzył niczego podejrzanego, więc ostrożnie upił łyk wody. Oj, chciało mu się pić.
- Zatem kto potrzebuje mojej pomocy? – spytała kobieta, siadając naprzeciwko niego przy stole i bawiąc się kłębkiem czerwonej włóczki (wełny, nici i kolorowe sznurki zalegały pół stołu i kilka wiklinowych koszyków pod oknem). – Oprócz ciebie.
- Ja nie… - zaczął z oburzeniem, ale umilkł pod jej kpiącym spojrzeniem.
- Galopujące poczucie winy, maskowane brawurą i czarnym poczuciem humoru, o nadmiarze alkoholu nie wspominając – wytknęła, mrużąckocio zieloneoczy. – Ale faktycznie, nie jest tak źle. Jeszcze.
Dean zacisnął usta w wąską kreskę.
- Cóż za spostrzegawczość – mruknął. – Prześwietliłaś mnie na wylot.
- Boski dar – zgodziła się nieuważnie, podczas gdy jej palce zaczęły splatać z czerwonej włóczki skomplikowany wzór. Światło wiosennego słońca padające od okna podkreślało jej zmysłową urodę i nietypowy kolor tęczówek, nie do końca ludzki. Chyba, że nosiła wymyślne szkła kontaktowe.
Dean poczuł chłód ogarniający go od stóp do głowy i odsunął się odrobinę, choć nie sięgnął po broń, bo zupełnie nie wiedział, z czym ma do czynienia. Mack sprawdził ją na wszystkie możliwe sposoby, a mimo to nie do końca była człowiekiem.
- Boski? – spytał bardzo ostrożnie, jakby rozmawiał z wariatem, którego nie należy drażnić. – Uważasz się za boginię?
- A ty za łowcę? – odbiła piłeczkę kobieta, przekrzywiając głowę, by mu się lepiej przyjrzeć. Lekkie wydęcie pełnych warg, wdzięczne wygięcie szyi i kuszący dekolt czerwonej sukienki sprawiły, że na nowo zaschło mu gardle i zapomniał, o co pytał. Otrząsnął się z trudem.
- Powinienem coś z tym zrobić? – zapytał ciut ochryple.
Mo zaśmiała się i wzruszyła ramiona, spuszczając go z uwięzi wściekle zielonych oczu.
- Niejeden próbował – prychnęła, wracając do swojej plecionki. – Bez większego powodzenia. Ale ty podobno przyszedłeś do mnie po pomoc, prawda? Zostawmy więc nasze profesje w spokoju i zajmijmy się twoją niedolą. Tak na marginesie, nim powiesz, z czym przychodzisz, mógłbyś się w końcu przedstawić.
- Jestem Dean. Dean Winchester – powiedział, zupełnie niechcący parodiując Bonda. – Szukam pomocy dla brata, który…
- Który? – zachęciła Mo, zawiązując ostatni supełek na plecionce i bez wysiłku odgryzając końcówkę. Przez krótką chwilę, kiedy rozmawiała ze starszym Winchesterm, zdążyła stworzyć wzór przypominający kwiaty wplecione w okrąg słońca, przetykane kłosami zboża. – Jak to im nie pomoże w ogrodzie, to już nie wiem…
- Trochę trudno to wyjaśnić – przyznał Dean, próbując najpierw ułożyć sobie odpowiedź w głowie. –Staliśmy u progu Apokalipsy i Sam, mój młodszy brat, zabrał Lucyfera ze sobą do piekielnej Klatki, ale nim go wyciągnęliśmy, jego dusza…
- Zapewne ucierpiała – podpowiedziała Mo z westchnieniem. – Apokalipsa, Lucyfer, dusza, ech, te wasze chrześcijańskie zabobony. Ale pojmuję, twój brat ma duszę w strzępach i na dobrą sprawę powinien być śliniącym się warzywem.
Dean wzdrygnął się nerwowo.
- Śmierć postawił barierę w jego umyśle, ale kiedy została zburzona, wróciły popieprzone wspomnienia – zająknął się, usiłując nie pamiętać, że i on ma za sobą wspomnienia z Piekła. – Jakiś czas dawał sobie radę, ale teraz ma halucynacje, myli sen z jawą, nie sypia, nie je…
Zacisnął ręce w pięści.
- Jest tak zmęczony, że tylko czeka na śmierć.
- Tą samą, co postawiła barierę? – zapytała z krzywym uśmiechem Mo. – To chyba ucieszą się ze spotkania?
Dean spojrzał na nią z mieszaniną bólu i gniewu, więc obronnie uniosła obie ręce, stukając bransoletami.
- Przepraszam, mnie także zdarza się żartować, kiedy nie bardzo wiem, co robić – usprawiedliwiła się. – Naprawdę oczekujesz, że uda mi się poskładać strzępy duszy torturowanej w Piekle w jedną, składną całość? Jeśli nawet Śmierć tego nie potrafił, zadawalając się postawieniem bariery? A kto ją zburzył? Może on…
- Nie żyje – przerwał jej bezceremonialnie. – Castiel. Był aniołem i naszym przyjacielem.
- Niezły przyjaciel – wyrwało się Mo, jednak momentalnie uśmiechnęła się przepraszająco. Z przyjaciółmi różnie bywa, nawet jeśli wierzy im się bez granic. Perun i Weles mieliby w tej sprawie coś do powiedzenia.
- Odpokutował – warknął Dean, choć pamiętał, że mimo skruchy Casa, Lewiatany rozpełzły się po świecie. Gdyby nie wypuścił ich z Czyśćca…
- Ale nie naprawił bariery – wytknęła uzdrowicielka, kapryśnie wydymając usta. – Nie znasz innych aniołów?
- Nie będą skorzy do pomocy i chyba by nie potrafili – przyznał.
- Taaa, zniszczyć coś jest o wiele łatwiej niż odbudować – stwierdziła sentencjonalnie i zapatrzyła się w okno, za którym mała chmurka wciąż podlewała rośliny posadzone na skalniaku. - Zrozum, ja też mam ograniczone moce. Ot, młodym i przyszłym matkom pomogę, uroku miłosnego zadam, urodzaj i deszcz, kiedy trzeba - ześlę, kilimki splotę, ciało i umysł uzdrowię, ale dusza… to delikatna materia.
- Już nie wiem, gdzie szukać pomocy – powiedział głucho Dean, kuląc się w sobie. Nagle poczuł się zmęczony, tak bardzo, że najchętniej sam zwinąłby się w kłębek i nie ruszył z miejsca, czekając na kres. Ile można walczyć? Kiedy pokona się jedno szkaradzieństwo, wyłazi inne, równie paskudne jak Lewiatany. Przyjaciele odchodzą na zawsze. Bobby umarł. Sam umiera. Oszukiwał się, zakładając, że ktoś lub coś będzie w stanie mu pomóc, jakikolwiek uzdrowiciel, święty człowiek, bóg czy diabeł.
- Hej, nie powiedziałam, że nie spróbuję – powiedziała Mo, odrywając wzrok od okna i wbijając w niego zielone spojrzenie. – Lubię wyzwania.
*
Dean nie mógł się dodzwonić do Northern Indiana State Hospital. Zabrali Samowi komórkę, a stacjonarnego na oddziale nie odbierali, skurczybyki. Chodził po werandzie w tę i z powrotem jak wilk w klatce, czekając, aż Mo się spakuje. Wciąż nie wiedział, kim lub czym była, ale zaczynał jej ufać. Odrobinę. Pewnie z desperacji.
Przepuścił w drzwiach młode małżeństwo, które przyszło po sznurkowe błogosławieństwo w intencji dziecka i znowu próbował się dodzwonić. Z uchem przyklejonym do słuchawki niemal przeoczył brzęk szkła i odgłos przewracanych mebli w głębi domu, ale kątem oka zobaczył, jak dziewczyna, która dopiero co lękliwie dopytywała się o Mo, wypada przez kuchenne okno w wirze potrzaskanego szkła, drzazg z okiennic i wachlarza krwi. W pierwszej chwili nie był pewien, czy kobieta nie jest ofiarą, a Mo nie pokazała właśnie swojej prawdziwej twarzy, ale błysk czarnych jak noc oczu upewnił go, że demony Crowley’a siedziały mu na ogonie. Królowi Piekła chyba nie w smak było ratowanie młodszego Winchestera.
Zaklął, przeskakując przez werandę do ogrodu i rzucił się na zbierającą się z ziemi dziewczynę w kwiecistej sukience, mając absurdalną nadzieję, że jeszcze nie została pobłogosławiona macierzyństwem. Przydusił ją do poletka maków (Mo musiała mieć słabość do maków, bo rosły wszędzie dookoła domu), ale zrzuciła go z siebie i poderwała się na nogi szybciej,niż by się tego spodziewał. Brudząc brudnawą koszulę wilgotną ziemią i strzępami czerwonych kwiatów, rzucił się na nią szczupakiem, chwytając wpół i ponownie rzucając o glebę, jakby brał udział w zwariowanym meczu rugby. Oczywiście, nie miał przy sobie noża na demony.
Dziewczyna była silniejsza niż wskazywałaby na to jest wątła postura, więc nieźle oberwał w szczękę, żebra i miejsce, w które wolałby nie obrywać. Rozjuszony przyłożył jej kamieniem wyrwanym z ogrodowej ścieżki i zapewne powtórzyłby cios kilka razy, roztrzaskując jej czaszkę na krwawą miazgę, całkowicie niepomny na to, że w środku wciąż była człowiekiem, lecz orzeźwił go zimny prysznic. Mała chmurka zraszająca rośliny na skalniaku przesunęła się tuż nad nich i skąpała w ulewnym deszczu, zalewając hektolitrami wody, których nie miała prawa pomieścić. Dean zachłysnął się, jakby zalała go fala powodziowa, a opętana dziewczyna wrzasnęła wściekle, zaczynając się dymić. Deszcz wody święconej? Z jeszcze bardziej wilgotnej ziemi wystrzeliły zielone pędy i owinęły się wokół opętanej, więżąc ją ciasno i skutecznie, a obłok odżeglował w stronę skalniaka i znowu zaczął delikatnie mżyć.
Mokry Dean wstał, odkaszlnął, ścierając wodę z włosów i twarzy i upewniwszy się, że opętana dziewczyna nie może ruszyć ani ręką ani nogą, przedostał się przez wybite okno do kuchni domu Mo. Jeśli myślał, że przybędzie jej na ratunek niczym rycerz na białym koniu, srodze się przeliczył. Uzdrowicielka siedziała przy stole i z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądała się mężczyźnie oplecionemu kolorową włóczką i przygwożdżonemu do podłogi przez gromadkę maciupeńkich postaci w czerwonych czapeczkach, które okładały go malutkimi piąstkami, obsypywały mąką i cukrem i polewały wodą. Na widok Deana skrzaty pisnęły i rzuciły się do panicznej ucieczki, błyskawicznie chowając pod szafkami. Na podłodze, wciąż zawinięty w kokon z kolorowych nici został sponiewierany demon w ludzkiej skórze, który wyglądał jak ofiara kuchennej bitwy.
- Cóż, w końcu to one tutaj sprzątają – westchnęła Mo, poprawiając włosy i delikatnie pobrzękując bransoletami.
- One? – powtórzył Dean, otrząsając się z nadmiaru wody niczym pies. Widać halucynacje Sama były zaraźliwe, brat widywał Lucyfera, a on skrzaty w czerwonych czapeczkach.
- Bożęta – wyjaśniła Mo, uśmiechając się leciutko. – Skrzaty. Krasnoludki. Gnomy. Zależy od tego, w co wierzysz i czy zostawiasz im okruszki i miseczki ze śmietaną.
- W nic nie wierzę i nie zostawiam – burknął Dean, ociekający wodą, zbity z tropu i szukający odpowiednich słów, by wyrazić, co myśli o latających deszczowych chmurkach, kurduplach w czerwonych czapeczkach i oplątywaniu opętanych a to nićmi, a to pędami. Już kiedyś walczył z wróżkami i wcale nie uśmiechał mu się powrót do baśniowego koszmaru.
Leżący na podłodze wymamrotał coś niewyraźnie, bezskutecznie próbując się uwolnić.
- W takim razie sam posprzątaj ten bałagan – prychnęła Mo, rozglądając się po kuchni, po której walały się skorupy z porozbijanych talerzy i na pół rozwinięte kłębki włóczki, by wreszcie skupić wzrok na spętanym sznurkami mężczyźnie. – A przedtem zrób coś z tymi chrześcijańskimi potępieńcami, w końcu przyszli tutaj za tobą.
Dean niemal zazgrzytał zębami, ale posłusznie stanął nad opętanym – co za wygoda z unieruchomieniem, nawet nie trzeba było rysować pułapki na demony, i zabrał się za egzorcyzmowanie. Odkąd pewna demonica przyłapała go na nieznajomości egzorcyzmu, wykuł go na blachę i potrafił wyskandować obudzony w środku nocy.
Exorcizamuste, omnisimmundusspiritus
omnissatanicapotestas, omnisincursio
infernalisadversarii, omnislegio,
omniscongregatio et sectadiabolica.
*
Wyjeżdżali z pasma Gór Skalistych, zostawiając je coraz dalej za sobą. Zapadła noc. Dean lubił jeździć nocą, gdy droga rozwijała się przed maską Impali jak dywan, a obrazy po bokach zlewały w jedną smugę, przetykaną światłami mijających ich samochodów, domów na poboczach i fosforyzujących ślepi zwierzaków, które zastanawiały się, czy już przeskoczyć na drugą stronę drogi, czy też przeczekać to wielkie, warkotliwe coś. Czasem gdzieś w górze świeciły gwiazdy. Przeważnie udawało się znaleźć stację radiową nadającą starego, dobrego rocka – tak jak teraz, gdy Mo ustawiła The Fox Rocks i nadawany na żywo koncert zespołu Kansas. Droga, noc, Impala, „Carry on, my waywardson”, czegóż chcieć więcej?
Jednak tym razem czegoś mu brakowało – zapewne Sama drzemiącego na siedzeniu pasażera, który jak zwykle bezskutecznie usiłowałby znaleźć wygodniejszą pozycję dla swoich długich nóg. Mo była niewysoka i gibka, miała miejsca aż nadto. Długie włosy spięła w koński ogon, a na kolanach rozłożyła kilka sznurków, próbując różnych połączeń i szepcząc do siebie w dziwnie szeleszczącym, ani chybi słowiańskim języku. Co gorsza, sama jej obecność sprawiała, że Dean nie mógł się skupić na jeździe. Wciąż na nią zerkał, a w środku burzyły mu się wszystkie hormony.
- Mówiłam ci, nie przejmuj się, tak działam na ludzi – mruknęła Mo, odkładając robótkę i przyjacielsko kładąc mu rękę na udzie, co nie było najlepszym pomysłem, o ile nie chcieli zjechać z drogi. – Wiesz, magia płodności i takie tam, trudno mi to wyłączyć.
- Ależ nie musisz wyłączać – powiedział bohatersko Dean, przygryzając wargi. – Tylko może mnie nie dotykaj, co?
- Kiedy lubię – zaśmiała się, przysuwając się bliżej. – Jesteś śliczny jak budyń z soczkiem. Miałabym na ciebie ochotę, a wierz mi – nieczęsto mi się to zdarza. Zwykle tylko inni mają ochotę na mnie.
- Budyń z soczkiem – Dean zmełł te słowa w ustach jak przekleństwo. – Ha, widać ja też tak działam na ludzi.
- I nieludzi? – podpowiedziała przekornie, od niechcenia przesuwając dłoń wyżej i wyżej i mrużąc kocie oczy, w których zatańczyły iskierki pożądania. – Mam nadzieję, że masz podzielność uwagi…
Drgnął, chociaż nie szarpnął kierownicą, więc samochodem nie zarzuciło.
- Nie mam – jęknął, kiedy jej palce musnęły napięty materiał dżinsów, by zabrać się za pasek, napy i zamek błyskawiczny. – Zwolnij.
- Lepiej ty zwolnij – zaśmiała się. – Odrobinę, bo za chwilę znajdziemy się w rowie.
- Żeby w rowie – wymamrotał, jako że jechali przez las, w którym o rów było niełatwo, za to o drzewa wszelkiej grubości o wiele łatwiej. – Mo…
- Cii – uciszyła go, poczynając sobie coraz śmielej. Odruchowo wciągnął brzuch, kiedy jej palce wsunęły się między spodnie i slipy, by zająć się męskością, szczerze tym zainteresowaną. Chwyciła delikatnie, lecz stanowczo, rozpoczynając posuwisty ruch, który wyrwał mu z gardła pomruk przyjemności.
- Żartujesz – sapnął.
- Nie – upewniła go, lekko przyspieszając i przy każdym kolejnym przesunięciu naciskając kciukiem wędzidełko. Męskość posłusznie prężyła się jej w dłoni, zaczynając nie mieścić się w rozpiętych dżinsach, a oddech Deana zmienił się, załamując się w najmniej oczekiwanych momentach. Mocniej zacisnął palce na kierownicy, wyraźnie czując jej fakturę.
Droga przez las biegła w miarę prosto, choć lekkimi zakrętami, biała linia na szosie znikała pod maską samochodu jak wciągana niewidzialnym kołowrotkiem, uciekające na boki drzewa zlewały się w ciemniejszą smugę, w świetle reflektorów wirowały drobinki i owady, plaśnięciem rozbijając się o przednią szybę, a serce kierowcy biło w nierównym rytmie, podskakując za każdym razem, gdy dłoń Mo zaciskała się w odpowiednim miejscu. Zwilgotniał jak napalony nastolatek.
- Przesuń się – burknęła, nurkując mu pod rękę kurczowo zaciśniętą na kierownicy i obejmując ustami to, ci już pieściła jej dłoń. Był rozgrzany, gładki, mokry i już na granicy wybuchu. Mimowolnie uniósł biodra, jednocześnie mocniej naciskając na gaz, by po sekundzie zluzować jedno i drugie, mamrocząc przy tym nieskładne przeprosiny. Nie chciał jej zadławić. Ani zjechać z drogi.
Bardziej poczuł, niż usłyszał, że kobieta się śmieje. Nie przerwała pieszczot, wprost przeciwnie – jej dłoń objęła nasadę męskości, przy okazji muskając wciąż uwięzione w spodniach jądra, rozluźnione gardło przyjęło tyle, ile zdołało, a rozzuchwalony język podrażnił szparkę. Trochę za dużo tego dobrego. Przecież nie był z kamienia.
- Mo – jęknął, hamując. Jako, że nie mógł przerzucić biegu, w skrzyni coś zazgrzytało. Dla odmiany przycisnął pedał gazu. Świat za przednią szybą zlał się w jeden szaro-czarny, niewyraźny obraz, drzewa po bokach śmignęły jak groty strzał. Wbił palce w kierownicę i na sekundę zamknął oczy, choć nie powinien. Jądra napięły się boleśnie i eksplodował w jej ustach słodko-gorzkim ładunkiem spermy.
Chwila rozkoszy trwała o chwilę za długo. Dean stracił panowanie nad kierownicąi skręcił zbyt gwałtownie. Impalą zarzuciło jakby była żywym zwierzęciem. Z impetem zjechała z drogi, szorując po poboczu porośniętym wysoką trawą i gęstwiną kolczastych krzaków, przeorała po zagajniku młodych brzózek i – wciąż się obracając, grzmotnęła bokiem w solidny dąb. Zgrzyt wgniatanego metalu, pisk gałęzi drapiących o dach, syk przebitej opony, ucięte w pół słowa „Carry on my waywardson” i rzężenie silnika, pracującego na najwyższych obrotach, a później cisza, dzwoniąca w uszach niczym najgłośniejszy wystrzał.
Ból i ciemność.














