Koko koko POKO spoko?
Słowa 'Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam" przypisuje się Armandowi Jeanowi Richelieu, ale nie ma większego znaczenia, czy faktycznie je wypowiedział. Istotne, iż – choć rzecz jasna przejaskrawiając – wyrażają one pewną prawdę. Tę mianowicie, że często największym zagrożeniem dla naszych przedsięwzięć są ludzie przekonani, że wiedzą lepiej jak – oczywiście dla własnego dobra - powinniśmy działać. Niejednokrotnie są przy tym pełni szczerych intencji oraz wiary, że dzieląc się bezinteresownie swoją mądrością czynią nam przysługę, ale to bzdury. Po pierwsze nie są bezinteresowni, gdyż zawsze oczekują – różnych, niekoniecznie finansowych - udziałów w ewentualnym sukcesie, który przecież wtedy będzie także ich zasługą, a po drugie – i ważniejsze – nie są wcale przyjaciółmi. Przyjaciel bowiem to ktoś, kto w ciebie wierzy i jeżeli się potkniesz, bez słowa pomoże się podnieść.
Wspominam o tym dzisiaj, gdyż chciałbym sparafrazować zacytowane na początku powiedzenie uzupełniając, że Boga należałoby raczej prosić o ochronę przed fantastami.
Przyszło mi to do głowy, gdy po raz kolejny przeczytałem całą litanię skarg na Prawo i Sprawiedliwość zakończonych puentą, że najbliższych wyborach nie można już tej partii popierać. Kaczyński bowiem zawiódł na całej linii, gdyż zamiast ple, ple, ple, nie zrobił nic lub wręcz ble, ble, ble, a takiej aberracji nie można tolerować.
Oczywiście szydzę i spłycam, gdyż – nawet jeżeli się z niektórymi z nich nie zgadzam – potrafię przyznać, iż faktycznie zaniechań jest co niemiara i obiektywnie rzecz biorąc jest za co PiS krytykować. Czepiam się więc nie samych żalów lub wręcz ich formy, ale wyłącznie wniosku końcowego. Jeżeli bowiem spojrzymy możliwie obiektywnie na polską scenę polityczną AD2019, musimy uznać, że nadchodzące wybory parlamentarne rozstrzygną się między POKO, a partią Kaczyńskiego.
Jasne, wiele się może jeszcze wydarzyć, ale z bardzo wysokim prawdopodobieństwem, walka o władzę rozegra się właśnie miedzy nimi. Czego zatem może oczekiwać znajdująca się w opozycji i ciesząca się mniejszym poparciem od PiS Platforma? Jeżeli już nie bezpośredniego poparcia, to przynajmniej tego, by ludzie gotowi zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość zabrali sami sobie dowód zostając w domu lub postawili krzyżyk przy jakimś planktonie politycznym, który w najlepszym razie będzie strzelał korkami z Sowietskoje Igristoje na wieść, że całe dwa miejsca w ławach sejmowych czekają na niego otworem.
Można więc napawać się swoją wyższością moralną i z grymasem słusznego obrzydzenia na twarzy wymieniać, dlaczego PiS zawiódł i co powinien był zrobić, by nie stracić zaufania ludzi prawych i uświadomionych, a skoro jednak zaprzepaścił pokładane w nim szczere nadzieje stwierdzić, że pozostaje już tylko – wiadomo, z żalem – olać wybory albo zagłosować na Prawdziwie Propolski Patriotyczny Plankton Bogoojczyźniano -Narodowy. Można, ale w gruncie rzeczy jest to nic innego jak stwierdzenie: po nas choćby potop, ale duma i miłość własna naprawdę nie pozwalają, by w imię jakiegoś ździebko wyższego celu iść na kompromis z fantasmagoriami o partii godnej tego, byśmy ją popierali.
Znów drwię i przerysowuję, a nawet zaraz się powtórzę, ale prawda jest właśnie taka: wybieramy wyłącznie między PiS a POKO i – tu ukłon w stronę fantastów i miłośników wyświechtanych do porzygania pseudomądrości ludowych w jednym – trzeba się określić, czy wolimy dżumę czy cholerę. Trzecia opcja bowiem – gorączka krwotoczna – gdzieś tam na zapleczu sceny politycznej pod czujnym okiem wytrawnych demiurgów dopiero powoli mutuje. http://przemsa.szkolanawigatorow.pl/koko-koko-poko-spoko













