Pieniny
Chodzenie po górach nic nie kosztuje. No prawie. Parking dwie dyszki. Mam to szczęście, że moim dzieciakom podoba się ta forma spędzania czasu. Jako, że w niedzielę parkingi wokół tatr są zawsze pełne to wsiedliśmy auto i przejechaliśmy jakieś 40 kilometrów do wsi Jaworki. A więc Pieniny. No to na co się wspiąć? Oczywiście, że na najwyższy szczyt w Pieninach. Czyli Wysoka. 1050 metrów nad poziomem morza. Tylko sam szczyt niewiele mówi. Liczy się punkt startowy. Według zegarka całkowity wznios to 512 metrów.
Kurczę. Albo wspięcie się na wielką sowę było łatwiejsze albo dużo straciłem na kondycji. Z resztą na pewno było łatwiejsze. Tu ostatni odcinek był bardzo stromy. Chłopaki wspinali się za pomocą rąk i nóg. Na sowę wlazło się spacerując. A gorsza kondycja to fakt. Ponad sto dwadzieścia kilo wagi. No cóż.
Ale warto było się wdrapać. Widoki niesamowite. Z Sowy guzik było widać. Tu wrażenia nie do opisania. Widok na słowacką część gór robił wrażenie. Ale oczywiście nie pamiętałem, żeby robić fotki telefonem.
Mam wrażenie, że ogólnie mało zdjęć i mało filmów. Mimo 10 kilometrów marszu. Zobaczymy po powrocie.
To był udany dzień. Jutro ma lać. Tak czy srak kupiliśmy bilety do term. Trzeba odpocząć po dzisiejszej wspinaczce i przygotować się na ewentualną kolejną. Tymczasem.













