Szczawnica stała się miejscem specyficznym - opuszczoną, choć wypełnioną turystami miejscowością.
Promenada nad Grajcarkiem, gdzie co kilka kroków kupisz lody, kebaba albo zapiekankę. Ulica Główna w podobnym stanie, choć do powyższego kulinarnego zestawienia dodać jeszcze można piekielnie drogie oscypki i piwo. I kiczowate pamiątki jako bonus.
Nawet w kierunku Placu Dietla, idąc wzdłuż Zdrojowej, może i można zawiesić oko na fontannie i sztucznie puszczonym przez człowieka strumyku, ale zaraz obok straszy opuszczony przez Boga i ludzi budynek uzdrowiska. Kilka lat temu okna zakryto banerami Thermaleo, które prawdopodobnie funduje sporo zmian na dobre i renowacji w okolicy, ale teraz już nawet te banery zszarzały, poodrywały się i tylko dodają do wszechogarniającej obskurności.
Po drugiej stronie ulicy, wśród nieźle prezentujących się obiektów Nawigatora i Solar Spa (jeszcze wyżej: Budowlanych), niszczeje Willa Boży Dar i kilka innych tradycyjnych budynków, które umilić pobyt mogą chyba wyłącznie miłośnikom Silent Hill i urbexu.
Park Dolny po rewitalizacji, która miała miejsce kilka lat temu, faktycznie trzyma poziom, natomiast Park Górny...
O Parku Górnym ewidentnie powszechnie zapomniano. Nic się w nim nie zmieniło, od kiedy byłem dzieckiem, a już w tamtym momencie leżał odłogiem prawdopodobnie kilkadziesiąt lat. Na chwilę obecną - nawet nikogo tak nie ma. Zobaczyć za to można popękane ścieżki, samotne rzeźby sowicie przykryte mchem, niektóre co prawda unowocześnione o grafitti. Puste budynki, w których ja jeszcze pamiętam sklepy, pusty Hotel Modrzewie (ponoć w remoncie, choć remontu nie widać) wśród pustych uliczek i ciemnej leśnej osnowy. W zasięgu wzroku ani żywej duszy, podczas gdy po przejściu kilku minut w kierunku pijalni - tłok rodem z Krupówek.
Z kolei idąc w stronę ulicy św. Krzyża, mija się elegancki Dworek Gościnny, a zaraz za nim opuszczony, acz monitorowany przez jakąś firmę ochroniarską, kolejny znacznej wielkości budynek, który niegdyś podlegał pod NFZ. Na moje niewprawione architektonicznie oko, strzelałbym, że powstał w PRLu. Na jego balkonach zdążyły powyrastać niewielkie krzaczki lub drzewka, więc jakiś walor zdrowotny wciąż oddaje społeczeństwu.
Spacerując po Szczawnicy, mam wrażenie, że połowa tej miejscowości gości wyłącznie zatęchłe powietrze i pająki na próchniejących drewnianych zabytkowych werandach. Budynki w trakcie rozbiórki, która nie nadchodzi. Tereny prywatne, których właściciele chyba czekają na samoistny rozpad poprzez rozkład i wandalizm.
Wśród porzuconych reliktów historii z niemal każdego zakrętu i okna krzyczą na przechodnia efekty braku ustawy krajobrazowej w formie obrzydliwych kolorowych banerów.
Mam przejmujące poczucie znajdowania się w dziwnej hybrydzie zamkniętego lata temu skansenu i turystycznej oazy dla emerytów i rodzin z rozwydrzonymi bachorami, które co dziesięć minut krzyczą, że mają ochotę na lody albo kolejny plastikowy bibelot, który nazajutrz rzucą w kąt.















