Syndrom sztokholmski.
Dwa dni spędzone nad liczeniem najniższych napięć w sieci oraz dobieraniem przekrojów poprzecznych przewodów sprawiły, że nawet zacząłem to lubić. Łapię wprawę w sprawnym korzystaniu ze swego megamocnego kalkulatora, który odwala kawał dobrej roboty. Działania na liczbach zespolonych to coś, co powinien umieć każdy szanujący się kalkulator naukowy.
Syndrom sztokholmski polega na tym, że ofiara zaczyna lubić i pomagać swemu porywaczowi i oprawcy. W moim wypadku doszło do tego, że zacząłem sam sobie wymyślać zadania. Widzę w tym sens, liczenie tych rzeczy sprawia mi satysfakcję podszytą przyjemnością posiadania tajemnej wiedzy. Przy okazji też widzę, że owy syndrom z racji bycia syndromem sztokholmskim jest moim kolejnym ukrytym skandynawizmem.
Nie taki diabeł straszny. Niemniej na kolokwium zapewne zostanę zaskoczony czymś kompletnie z kosmosu. Byle zaliczyć !
~Piotruś















