Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality
Anya is LIVE right now
FREE
Free to watch • No registration required • HD streaming
witam wszystkich na moim tumblrze (chyba dobrze napisałem? :)) nie jest to moje pierwsze konto ale zapewniam, że ostatnie. chce po prostu spróbować normalnie, będę pisał ff :) po wyglądzie tumblra pewnie domyślacie się o kim będzie :) kiedy dodam pierwszy rozdział (a napisanie zajmie trochę czasu) mam nadzieje, że ktoś go przeczyta i zarebloguje aby dowiedzieli się o nim inni :) bo czytelnicy to dla mnie priorytet :) xx
Opis - Narkotyki to życie Harrego, żyje dzięki nim i zapomina o przykrej rzeczywistości. Louis to doświadczony psycholog w miejscowym ośrodku dla osób uzależnionych. Los chce aby to właśnie Lou był opiekunem Harrego i pomógł mu wyjść z uzależnienia. Podczas trwania terapii młody terapeuta i zniszczony przez życie nastolatek poznają swoje słabości, problemy i nawiązują między sobą więź, która z czasem staje się nie do zniszczenia.
Beta: Justyna
Harry zacisnął pięści patrząc na chłopaka. Czuł złość, nienawidził siebie za to co właśnie robi, a jeszcze bardziej darzył tym uczuciem Jake’a. Obrzydliwego skurwiela, dzięki któremu Styles uległ swojej pokusie. Wiedział, że starszy, chce go sprowokować, ale nie mógł sobie pozwolić na utratę resztek opanowania, jakie mu pozostały. Przyszedł tu w konkretnym celu i chciał mieć to jak najszybciej za sobą.
- Nie zadawaj głupich pytań, wpuścisz mnie czy nie? - spytał po chwili.
- Proszę, proszę.. - chłopak otworzył szerzej drzwi i zaprosił go ruchem ręki. - To co? Od razu przechodzimy do rzeczy? – zapytał, odpinając pasek od spodni.
Harry kiwnął nerwowo głową, spuszczając wzrok, nienawidząc siebie w tej chwili jeszcze bardziej. Już nikt nigdy na niego nie spojrzy, jest tylko małą, brudną, nic nie wartą dziwką. Nagle usłyszał dźwięk spodni, które opadły na ziemię i wzdrygnął się.
Chłopak przełknął ciężko ślinę, przymykając przy tym oczy. Sam nie wiedział, co się z nim dzieje i dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego jak bardzo jest uzależniony i co potrafi zrobić dla narkotyków.
- Na kolana mała dziwko. - Jake wskazał palcem na podłogę, śmiejąc się cicho pod nosem. Zrobił to w taki sposób, że młody poczuł się ze sobą jeszcze gorzej.. o ile się dało gorzej.
- Chwila. - Loczek zatrzymał się - Skąd mam mieć pewność, że kiedy to zrobię dostanę dragi i, że w ogóle je masz?
- Odwróć się. - powiedział brunet stanowczym głosem. - I nie radzę podglądać. -
Nie zadając pytań, Harry odwrócił się przodem do ściany. Słyszał szuranie, dźwięk zasuwania i szamotanie w pościeli.
- Możesz patrzeć.
Styles zerknął przez ramię na bruneta, który trzymał z dłoni mały woreczek z białym proszkiem, którym machał na zachętę, a obrzydliwy uśmieszek nie schodził mu przy tym z twarzy.
Na sam widok narkotyków nadmiar śliny zebrał mu się w buzi, a dłonie zaczęły lekko, delirycznie drżeć. Jego potrzeba i determinacja do działania wzrosła. Chciał tego. Już. Teraz. W tym momencie. I nic nie było w stanie go powstrzymać.
- Dobra.. Chcę mieć to już za sobą. -wydusił z siebie, pocierając ręce.
- Dawaj księżniczko. I postaraj się. Za taki towar chcę mieć dobre obciąganie. - Harry przełknął ciężko i podszedł bliżej chłopaka. - Nie mamy całego dnia Styles! Klękaj i do roboty! Dalej mały! -
Loczek upadł na kolana, a przed oczami miał twardniejącego penisa chłopaka.
- Bierz go do buzi piękny - popędzał go.
Loczek wziął go z obrzydzeniem po czym zaczął poruszać głową. Po kilku chwilach zaczęło zbierać mu się na wymioty. Wiedział, że jeśli przerwie nie dostanie narkotyków, dlatego mimo wszystko ssał go z niesmakiem. Jake wplątał palce w jego włosy i zacisnął pięść, jednocześnie ciągnąc chłopaka za loki.
Miał ściśnięte gardło co dodatkowo sprawiało mu ból. Brunet pieprzył mocno jego usta, wpychając penisa coraz głębiej. Harry nawet nie wiedział kiedy łzy popłynęły mu z oczu. Poczuł drżenie członka.
Jake jęknął gardłowo czując przyjemność. Wykonywał coraz głębsze ruchy bioder przez co młodszy chłopak zaczął się dławić i krztusić. Nienawiść do swojej osoby wzrastała z sekundy na sekundę. Można było powiedzieć, że skala nienawiści już dawno się skończyła, bo to co czuł do siebie Styles było nie do opisania.
-Kurwaaaa… - usłyszał i poczuł mocniejsze pchnięcie. Członek w jego ustach drżał spazmatycznie, a po chwili smak spermy zalał jego usta. Chciał umrzeć, w tej chwili. Szybko odsunął się od chłopaka i wypluł zawartość ust do małego kranu.
- Ty, Harry Mała Dziwka Styles, nie połkniesz? - Zarechotał złośliwie pociągając spodnie. Harry spojrzał na niego spod ciemnych loków. Opłukał buzię i wrócił do pokoju.
- Swoje głupie docinki wsadź sobie w dupe- Warknął hardo podchodząc do niego. Jake tylko prychnął pod nosem czując się zwycięzcą.
- Masz czego chciałeś, a teraz dawaj dragi! – Zażądał, wyciągając rękę w stronę chłopaka.
- No nie wiem. - uśmiechnął się chamsko - Masz tak dobre usta, ze może tyłkowi też bym się bliżej przyjrzał - parsknął złośliwie śmiechem.
- Była kurwa umowa, obciąganie za dragi, dawaj je albo pójdę do dyrektora i powiem, że handlujesz. -Na słowa Harrego, mina Jake’a zrzedła.
- Nie zrobiłbyś tego. - zmrużył oczy - Masz.
- Zdziwiłbyś się. - Wziął szybko torebeczkę i schował ją do kieszeni swoich obcisłych, czarnych, spranych już jeansów. Spojrzał na niego po raz ostatni i odwrócił się. Opuścił pokój, głośno trzaskając drzwiami.
Łzy zamazywały mu pole widzenia. Wręcz biegł do swojego pokoju, myśląc tylko o małej torebeczce, którą miał w kieszeni. Otworzył z impetem drzwi i zaraz zaryglował je krzesłem. Drżącymi dłońmi wyciągnął zawiniątko i zaczął się w nie wpatrywać.
Nagle w jego głowie pojawił się Lou. Po prostu stanął mu przed oczami jak żywy, widział każdy detal jego twarzy, wszystko było tak autentyczne i idealne. Widział jak usta chłopaka poruszają się, wydobywały się z nich słowa, które chłopak powtarzał Harremu bardzo często. Formułka była mu znana doskonale, bowiem słyszał ją. kilka razy dziennie, przy każdej wizycie swojego terapeuty. Z momentem, w którym Lou skończył mówić, a wszystkie słowa dudniły w jego głowie upuścił bezwładnie woreczek i usiadł ostrożnie na krześle, chowając twarz w dłonie. Nie wiedział kiedy łzy zaczęły spływać mu po twarzy. Teraz to już nie ma znaczenia, bo jego terapeuta, jego Louis odszedł. Nie przejmując się jego losem i nim nawet odrobinę, po prostu się spakował i wyjechał. Nawet nie pofatygował się, żeby przyjść i się pożegnać.
Uzmysłowił sobie dopiero teraz, że nie może żyć bez pomocy i wsparcia psychologa, że nie potrafi normalnie funkcjonować i albo weźmie się w garść, zaciśnie zęby i dotrwa bez Lou do końca terapii albo zginie w tym pieprzonym ośrodku bez przyszłości, bez perspektyw i bez spełnienia marzeń. W sumie.. Dałby wszystko, choć niewiele posiada, żeby w tym momencie przytulić się do chłopaka z niebieskimi oczami i po prostu móc wypłakać się na jego ramieniu, jednak wiedział dobrze, że nie jest to możliwe. Musiał pogodzić się z tym, że jego prywatnego boga już nie ma i prawdopodobnie nie będzie.
Wziął głęboki oddech i otarł łzy, które samotnie spływały po jego policzkach po czym ścisnął mocno woreczek w swojej dłoni, tak, że mu knykcie pobielały.
Podszedł do łóżka i podniósł skrawek materaca do góry, spojrzał ostatni raz na proszek i schował go pod łóżkiem. Szybko zakrył je i usiadł, uśmiechając się do siebie. Był dumny, że nie poległ, a w duchu dziękował Lou z całego serca, bo tylko i wyłącznie dzięki niemu znalazł siłę by walczyć, tak jak uczył go psycholog.
***
Louis od razu po dotarciu do mieszkania, wyjął pierwszą lepszą torbę i szybko się spakował. Działał pod impulsem, nie chciał już być w tym miejscu. W miejscu, gdzie wszystko kojarzyło mu się z Harrym. Jego skronie pulsowały tępym bólem, a brzuch skręcał z każdym ruchem. Wiedział, że musi odpocząć i wszystko przemyśleć. Wrzucił torbę na tylne siedzenie swojego samochodu i wsiadł za kierownicę. Oparł o nią czoło i wziął kilka głębokich wdechów. Nie był w najlepszym stanie by prowadzić, jednak musiał jak najszybciej uciec.
Po chwili uspokoił oddech, dzięki czemu ból głowy minął. Uspokoił umysł, żeby móc myśleć racjonalnie i, nie daj Boże, nie spowodować wypadku. Odpalił auto po czym wyjechał na drogę. Kiedy znalazł się już na autostradzie odetchnął z ulgą.
Ucieczka Tomlinsona się udała, oddalił się od miejsca, gdzie popełnił błąd. Zawsze to robił. Zawsze uciekał od problemów, nie lubił się narażać. Nie lubił ponosić konsekwencji. Właśnie takie usposobienie chłopaka pozwalało mu jeszcze bardziej docierać do swoich podopiecznych, brał za przykład siebie jako tchórza i pokazywał innym, że to jest złe. Szkoda tylko, że inni to rozumieli, a on sam się do tego nie stosował..
Droga do rodzinnego miasta była długa i pełna korków. Na szczęście Louis, niczym oaza spokoju zniósł to zwyczajnie i bez nerwów. Po kilku godzinach znalazł się na podjeździe domu. Duży, typowo angielski budynek zbudowany z czerwonej cegły, z białymi drzwiami i oknami. Delikatny uśmiech mimowolnie wkradł się na twarz chłopaka. Poczuł spokój, nic go nie bolało, o niczym nie pamiętał i nic go nie obchodziło. W końcu znalazł się w swojej świątyni.
Wysiadł z samochodu, założył torbę na ramę i zapukał do drzwi. Czekał moment, aż w drzwiach pojawiła się jego rodzicielka z radosnym wyrazem twarzy.
- Louis! Cześć synku. - Obdarzyła chłopaka swoim matczynym i pełnym miłości uściskiem.
- Cześć mamo, tęskniłem.. - Wtulił się w nią i automatycznie zamknął oczy. Tu, właśnie w tych ramionach czuł się najbezpieczniej na świecie i nic nie było w stanie tego zmienić. Stali tak kilka chwil po czym udali się do salonu.
- Na ile przyjechałeś Lou? - Spytała zaciekawiona siadając obok syna.
- Pewnie na tydzień.. Może dwa, jeszcze nie wiem mamo. - Wzruszył ramionami. - Prawdopodobnie do wtedy, kiedy wykopiesz mnie za drzwi, bo będziesz miała mnie dosyć. - Zachichotał pod nosem.
- Skarbie, wiesz, że zawsze jesteś tu mile widziany. Tylko uh.. Dostałeś w końcu urlop? Przecież ledwo dostajesz go na święta. - Spojrzała na niego z niepokojem. - Wszystko w porządku synku?
Chłopak pokrecił głową patrząc na swoje kolana.
- Zawaliłem w pracy mamo, zawaliłem i się zwolniłem.. Znaczy teoretycznie. - Westchnął ciężko i spojrzał na matkę. Ta zmarszczyła czoło patrząc na chłopaka.
- Nie rozumiem.. - Przyznała. - Co się stało Lou? - Złapała go za rękę i pogładziła ją. Dla szatyna było to jak miód na serce, dotyk, uścisk czy miłe słowa matki po prostu były dla niego największym ukojeniem.
Wiedział, że zawsze może na nią liczyć, a po rozmowie wszystko się ułoży. - Uważam, że powinieneś wrócić. - Oznajmiła w końcu. - Odpocznij jakiś czas i wróć jeśli nadal masz taką możliwość. To bardzo dobra posada, blisko twojego mieszkania.. - Odetchnęła. - No i ten chłopiec, on na pewno cię potrzebuje. Przyzwyczaił się do ciebie i trudno będzie mu tak po prostu zaczynać wszystko od nowa, z nowym terapeutą. - Patrzyła na niego z matczyną troską.
- Mamo, nie rozumiesz? On mnie nawet nie słuchał, ledwo co na mnie patrzył. - Jęknął podłamany. Teraz czuł się jeszcze bardziej zamieszany w tym wszystkim. Nie potrafiłby spojrzeć Harremu w oczy i tak po prostu dalej prowadzić z nim terapię. Czułby się z tym źle i Harry na pewno też.
- A może on jest nieśmiały i dlatego się nie odzywa, hm? Pomyślałeś o tym?
- N-nie. Nie pomyślałem. - Przyznał. - Ale mamo to nie jest tak. Ja po prostu nie potrafię nawiązać z nim kontaktu. - Westchnął sfrustrowany.
- W takim razie nie wiem co jeszcze mam ci powiedzieć. Nie znam tego Harrego i nie wiem jaki jest. Mimo to, nadal uważam, że powinieneś wrócić do tej pracy.
Na tym właśnie aspekcie skończyła się rozmowa chłopaka ze swoją mamą. Louis musiał przyznać Jay rację, nie miał innego wyboru. Praca była jedyna i odpowiednia pod każdym względem. Jednak urlop chciał przedłużyć jak najbardziej się to dało.
***
Minęły trzy dni od wyjazdu Lou. Chłopak relaksował się, spędzając czas ze swoją rodziną. Brakowało mu tego wszystkiego. Obiady w gronie mamy i sióstr, wspólne spacery i wyjścia na miasto, czy nawet błahe kłótnie bliźniaczek. Nawet jego dawny pokój działał na niego kojąco, z jego skrzypiącym, starym łóżkiem. Kochał to miejsce ponad wszystko i gdyby tylko mógł, zostałby tu. Niestety, miasto nie dawało mu żadnych możliwości zrobienia kariery z godną płacą.
***
Trzy dni. Trzy pieprzone, martwe dni spędzone w łóżku. Spanie i słuchanie muzyki to jedyne co robił Harry. Nie odezwał się już do nikogo ani słowem, a próbowało porozmawiać z nim wiele osób. Zgodził się jedynie na przeniesienie mu wody krótkim skinięciem głowy. Nie chciał umrzeć, czekał na swojego Lou, na to, aż w końcu wróci i znów zacznie mówić. Miał nadzieję, złudną, ale jednak. Wiele łez wylał przez te kilka dni. Płakał z bezsilności jaka go ogarnęła wraz z wiadomością dyrektora o rezygnacji jego terapeuty.
Niemoc jaka opanowała Loczka była nie do opisania, a potwierdzeniem na to wszystko była wyprawa do pokoju Jake'a. Okazała się bez sensu, bowiem odkąd Harry schował woreczek nawet nie zajrzał pod łóżko. Jedynie głupie myśli o wyciągnięciu proszku przebiegały mu przez głowę. Mijał kolejny wieczór bez osobistego tlenu chłopaka.
Leżał niespokojnie w łóżku, płakał. Jego ręce trzęsły się. Wpadł w panikę. Nie dawał już rady, nie był na tyle wytrzymały. Ochota rosła, a jego silna wola malała z każdą chwilą. Zacisnął pięści na kołdrze, chciąc się przez to uspokoić, jednak okazał się to zbyt słaby sposób. Łzy z oczu młodego zmoczyły poduszkę, a on sam był niesamowicie spocony. Nie wiedział skąd ma tyle płynów w organizmie. Walczył. Walczył z samym sobą. Był wycieńczony, zmęczony, wyglądał jakby całe życie uszło z niego, jak za pstryknięciem palców. Przełknął głośno ślinę i przetarł spoconą twarz. Podniósł się. Przegrał...
***
Louis siedział w salonie przed ogromnym telewizorem i oglądał film razem z siostrami, był wczesny wieczór. Nagle zadzwonił telefon chłopaka. Szatyn wyjął go z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Westchnął i wstał z fotela.
- Zaraz wrócę dziewczyny. - Oznajmił i wyszedł na taras. - Tak, słucham? - Odebrał i włożył jedną rękę do kieszeni spodni.
- Louis, jak dobrze, że odebrałeś. - Dyrektor odetchnął z ulgą.
- Coś się stało? - Spytał zaniepokojony, a przed jego oczami stanął chłopak w lokach. Wiedział, że jeśli coś sobie zrobił, nie wybaczy sobie tego do końca życia. Bał się, że usłyszy najgorsze.
- Tak.. Znaczy, Louis, słuchaj. Jest problem z Harrym - Na te słowa chłopak wstrzymał oddech i zamknął oczy, a w jego ustach automatycznie zrobiło się sucho. 'Do cholery, co ze mną?' - Jego podświadomość mruknęła mu w głowie.
Dyrektor kontynuował - Odkąd dowiedział się, że jesteś na urlopie kompletnie do nikogo się nie odzywa, nic nie je, ledwo co zgodził się na przyniesione mu wody. Cały czas leży i słucha muzyki. Wszyscy terapeuci próbowali do niego dotrzeć, jednak jedyny jego odzew to odwrócenie się plecami i nakrycie kołdrą. - Odetchnął ciężko. - Mógłbyś wrócić chociaż z nim porozmawiać? Jak tak dalej pójdzie to albo nie daj Boże się jakoś zabije albo trafi do szpitala, co zniszczy renomę ośrodka. Rozumiesz o co mi chodzi.. - Dyrektor skończył swój monolog a Lou tylko wymruczał ciche 'Mhm'. Ścisnął swoi nos u nasady i wziął trzy głębsze wdechy.
- Będę za kilka godzin. Dziękuje za informację. - Rzucił szybko i rozłączył się. - Jasna cholera! - Złapał się za głowę i zacisnął oczy chcąc choć odrobinę się skupić. A jednak. Jednak młody go potrzebował. Zaprotestował przeciw wszystkim, żebym wrócił. Pocieszała go tylko myśl, że faktycznie go słuchał i jego mama miała rację z nieśmiałością chłopaka. Wszedł z powrotem do domu i wszedł do salonu. - Dziewczynki, muszę wracać do pracy. - Spojrzał na nie smutnym wzrokiem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że rani swoje siostry, ale jeśli to zależało od życia tego wariata w lokach, to był gotów się poświęcić.
Po niespełna piętnastu minutach był na autostradzie w drodze powrotnej. Chciał znaleźć się jak najszybciej przy swoim podopiecznym i porozmawiać.. Lub prowadzić monolog jak to miał w zwyczaju, jak najszybciej.
Późnym wieczorem samochód Lou stanął pod budynkiem ośrodka. Wysiadł z niego jak najprędzej i pobiegł do wejścia. Przywitał się z recepcjonistką szybkim skinięciem głowy i potruchtał po schodach na drugie piętro. Wiedział, że Harry jeszcze nie śpi, bo w aktach miał zapisane problemy ze snem. Stanął przed drzwiami i odetchnął ciężko po czym zapukał do pokoju. Odczekał moment i nacisnął na klamkę, jednak miał problem z otwarciem ich. Popchnął je ramieniem i zrobił wielkie oczy, zasłonił usta dłonią patrząc tępo na chłopaka.
- H-Harry? - Wyszeptał nie mogąc wydusić z siebie głośniejszego dźwięku.
Opis - Narkotyki to życie Harrego, żyje dzięki nim i zapomina o przykrej rzeczywistości. Louis to doświadczony psycholog w miejscowym ośrodku dla osób uzależnionych. Los chce aby to właśnie Lou był opiekunem Harrego i pomógł mu wyjść z uzależnienia. Podczas trwania terapii młody terapeuta i zniszczony przez życie nastolatek poznają swoje słabości, problemy i nawiązują między sobą więź, która z czasem staje się nie do zniszczenia.
Późnym wieczorem po całym zdarzeniu Louis siedział w swoim gabinecie. Jego twarz oświetlała jedynie lampka stojąca na dużym dębowym biurku. Tomlinson siedział w jednej pozycji już trzecią godzinę, pogrążając się w rozmyślaniach.
Myślał intensywnie co zrobić ze sobą, swoim podopiecznym i pracą. Lou był już prawie pewny swojej decyzji. Jedyne co musiał zrobić, to iść o poranku do gabinetu dyrektora i oddać swoją plakietkę oraz klucze. Tak, zdecydował się zwolnić z pracy.
Po poznaniu Harrego zmienił zdanie co do swojej umiejętności bycia terapeutą. Wiedział, że mylił się on i wszyscy inni, którzy uważali go za jednego z wybitniejszych w tej branży. Szatyn nie pamiętał, kiedy czuł się bardziej beznadziejnie niż teraz. Sytuacja, której był świadkiem kilka godzin temu przerosła jego wyobrażenia i przybiła go. Nie sądził, że kiedykolwiek coś takiego może zdarzyć się z jego podopiecznemu.
Nie myślał, że przytrafi mu się pacjent, którego nie będzie w stanie wyleczyć. Przecenił swoje możliwości i spadł przez to na same dno. Nie czuł w sobie już żadnej wartości. Przez myśl, przeszła mu już nawet zmiana kierunku pracy, jednak zakpił sam z siebie w duchu, bowiem doskonale wiedział, iż psychologia to jedyne do czego się nadaje i jak mniemał do tej pory, jest dobry.
Odetchnął ciężko przymykając oczy i wstał leniwie ze skórzanego, skrzypiącego krzesła. Poprawił swoje dżinsy i przetarł zmęczoną twarz odchylając głowę. Odsunąwszy krzesło zebrał wszystkie teczki z aktami swoich obecnych i byłych podopiecznych na jeden stos, zostawiając na samym wierzchu akta Harrego. Przetarł kciukiem napis ‘Harry Styles’ i pokręcił głową.
- Co ty ze mną zrobiłeś dzieciaku.. - Mruknął sam do siebie patrząc na malutkie zdjęcie z wizerunkiem młodszego chłopaka, przypięte spinaczem w lewym, górnym rogu zapisanej kartki. Odetchnął i zamknął szybko jego akta chcąc jak najszybciej przestać o nim myśleć. - Kogo ty chcesz oszukać idioto.. - Prychnął zakładając gumkę na szarą teczkę.
Wsadził je wszystkie do pudełka i odłożył w róg biurka. Przełknął z trudem ślinę i zdjął z szyi swój identyfikator, który położył na pudełku. Odwrócił się i założył na siebie ciemną, idealnie skrojoną marynarkę. Zdjął z haczyka klucz i zabrał swoją aktówkę, po czym ostatni raz spojrzał na swój gabinet.
- Ogarnij się Tomlinson - Skarcił się w myślach po czym potrząsnął głową i wyszedł z biura zamykając drzwi.
Następnego ranka niebieskooki udał się samochodem pod zakład. Wbiegł po schodkach i wszedł szybkim krokiem do budynku. Nie witał się z recepcjonistką ani nie wykonywał innych rutynowych dla niego czynności. Czym prędzej udał się pod gabinet dyrektora. Zapukał trzykrotnie, jak miał to w zwyczaju, a po usłyszeniu charakterystycznego, zachrypniętego ‘wejść’, chłopak nadusił klamkę i zrobił krok w przód, jednocześnie wchodząc do niewielkiego gabinetu swojego szefa.
- Tomlinson.. - Jones spojrzał na niego znad papierów. - Co cię do mnie sprowadza tak wcześnie rano? - Spytał z wyraźnym zdziwieniem w głosie.
Louis przeżegnał się w duchu i wziął głęboki oddech. - Ja.. - głos ugrzązł w gardle, przez co nie mógł wymówić dalszej i jednocześnie najważniejszej części zdania. Chłopak odchrząknął zrywając usta dłonią. - Ja odchodzę panie Jones. - Powiedział najszybciej jak potrafił.
Chciał mieć już to za sobą, wyjść i zapomnieć. Jednak doskonale wiedział, że tak dobrze nie będzie. Wiedział, że rozmowa, którą właśnie zaczął będzie trwała jeszcze przez przynajmniej pół godziny.
- Przesłyszałem się? - Starszy mężczyzna zdjął okulary i spojrzał na chłopaka. - Usiądź proszę. - Wystawił dłoń zapraszając go do zajęcia miejsca na przeciwko niego.
- Panie dyrektorze, ja nie chciałbym przedłużać.. - Usiadł na skraju miękkiego fotela. - Proszę, tu moje papiery z rezygnacją - Położył je niepewnie na biurku.
- Louis, ale dlaczego? - Spytał wyraźnie zawiedziony. - Dzięki tobie ośrodek miał dobrą opinię, zupełnie nie rozumiem twojej nagłej decyzji - Pokręcił zdziwiony głową.
- Panie Jones - Zaczął, dyskretnie wycierając swoje spocone dłonie o spodnie. - Myślę, że to będzie najlepsze wyjście dla mnie i ośrodka. Um… - Przerwał na chwilę, chcąc zebrać myśli. - Pewnie pan słyszał o wczorajszym zdarzeniu jakie miało miejsce w trakcie wykładu. Mój podopieczny, Harry Styles - Wypowiedział z trudem - miał atak, mocno się pokaleczył… - Spuścił na moment wzrok przypominając sobie jego niewinną i pełną strachu twarz. - Wszystko przeze mnie, nie dopilnowałem tego, aby nic mu się nie stało. Minęło trochę czasu odkąd się nim zajmuje i szczerze? Niewiele się zmieniło przez te kilka tygodni. - Przełknął ślinę - Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że nie nadaję się na moje obecne stanowisko i odchodzę. - Spojrzał na dyrektora.
- No cóż, spróbuję negocjować - Westchnął. - Dzięki Twojej osobie renoma ośrodka znacznie wzrosła. Nie ma się co oszukiwać, jesteś najlepszym psychologiem w tym zakładzie i naprawdę jest mi przykro, że chcesz odejść. Jednak chciałbym Ci zaproponować przerwę, na tyle, na ile byś sobie życzył i ile byś potrzebował, a potem o ostateczną decyzję. - wziął łyk czarnej kawy i oblizał usta. - Myślę, że jeden dzień to mało na zdecydowaniu się o rezygnacji z tak dobrego stanowiska. Co pan na to, panie Tomlinson? - Zapytał z nadzieją w głosie. - Tydzień, dwa urlopu i potem podejmie pan ostateczną decyzję.
Louis rozważał i analizował każde słowo dyrektora z dokładnością. - Cholera, nie chcę stąd odchodzić! - Pomyślał po chwili.
- Dobrze panie dyrektorze. - Skinął głową. - Zgadzam się, jednak myślę, że nie zmienię zdania. - Odpowiedział najpoważniej jak tylko umiał.
- Zawsze warto się zastanowić Tomlinson. - Uśmiechnął się delikatnie. - A w takim razie co z panem Styles’em? - Uniósł brwi do góry.
- Myślę.. myślę, że chłopak zasługuje na najlepszą opiekę, niech pan spróbuje przydzielić mu Jasona lub Samante, są naprawdę świetni - Uśmiechnął się i wstał, chcąc jak najszybciej opuścić to pomieszczenie.
- Panie Jones, było mi bardzo miło z panem współpracować - Wyciągnął do niego dłoń. Dyrektor wstał z trudem i uścisnął jego dłoń. - Mi również Louis. I mam nadzieję, że będzie mi się nadal z Tobą dobrze współpracować, naprawdę, przemyśl to, a może nawet porozmawiamy o podwyżce - Puścił mu dyskretnie oczko uśmiechając się.
- To naprawdę nie o to chodzi ale dziękuję. - Skinął głową. - No cóż, czas na mnie - Westchnął. - To do zobaczenia w przyszłym tygodniu najprawdopodobniej. - Wycofał się i złapał za klamkę po czym wyszedł żwawym krokiem z powrotem do wyjścia.
Louis jedyne, co miał teraz w głowie to ‘Wróć się! Wróć się!’ - jego podświadomość krzyczała te słowa, jednak Lou nie dał za wygraną i wyszedł z zakładu, po czym udał się jak najszybciej do domu. Mimo, że myśli związane z młodszym chłopakiem nie dawały mu spokoju, starał się opanować. Jego ‘ojcowska intuicja’, którą jak się okazało, posiadał mimo braku dzieci, nie pozwalała mu normalnie funkcjonować. Nieważne co robił i tak zawsze jego myśli sprowadzały się do chłopaka w lokach. Nie mógł dać sobie spokoju, dlatego postanowił wybrać się do rodziny. Myślał, że dzięki temu chociaż na chwilę zapomni o pracy i przede wszystkim o Harrym, który robił z jego mózgu sieczkę.
Harry leżał w swoim pokoju, drżąc delikatnie z niecierpliwości. Czekał na swojego terapeutę, na swojego Lou. Spojrzał na zegarek. 11:05.
- Zapomniał o mnie.. - Szepnął sam do siebie i odwrócił się w stronę ściany, cały czas mając nadzieję, że szatyn pojawi się jak zwykle z wielkim, zaraźliwym uśmiechem wymalowanym na jego nieskazitelnej twarzy. Usłyszał dźwięk otwierających się drzwi, od razu odwrócił się i spojrzał na nie. Jego oczom ukazał się starszy mężczyzna. Dyrektor ośrodka.
- Harry.. - Zaczął spokojnie. Wewnętrzne szczęście Stylesa od razu zanikło. - Twój terapeuta został zmieniony, zaraz przyjdzie do ciebie inny psycholog, mam nadzieję, że ci się spodoba. - Uśmiechnął się delikatnie.
- C-co?! - Chłopak od razu się podniósł, a jego oczy pociemniały.
- Spokojnie Harry, bez nerwów – Pan Jones wykonał uspokajający ruch ręką, patrząc na chłopaka. - Co się stało z moim Lo.. moim psychologiem? - Spytał oburzony.
- Pan Tomlinson poszedł na zwolnienie na czas nieokreślony, nie wiadomo czy jeszcze wróci do pracy. - Odetchnął ciężko.
‘Został zamieniony… Zwolnił się.. Nie wiadomo czy wróci.. Inny psycholog.” Usłyszane słowa krążyły po głowie Harrego, siejąc totalny mętlik w jego głowie. Podskoczył zaskoczony, kiedy usłyszał dźwięk zamykanych drzwi. Jego wzrok przeniósł się na nie i mógł jeszcze zauważyć ruch, lekko pordzewiałej klamki. Został w pokoju sam. Zapatrzył się w przestrzeń, wypuszczając z siebie świst powietrza.
-Jak to zwolnił się? Czemu? - zapytał, nie oczekując na odpowiedzi. - Czemu kiedy coś już zaczynało się układać, kiedy powoli dochodził do siebie, znajdywał powody do życia, to coś zaraz musiało się psuć?
Był taki naiwny, życie przecież już dało mu nauczkę, słowa ‘każdy jest bi, a życie wszystkich pierdoli’, mocno wyryły mu się w pamięci. Dzięki Kurt. A jednak człowiek jest istota dziwną. Masochistyczną. Myślał, że tym razem będzie inaczej? Że będzie słuchał tego lekkiego, podszytego nadzieją, radością i wolnością głosu, żyjąc sobie szczęśliwie w tym klaustrofobicznie małym, brudnym, obcym pokoju, bo W KOŃCU kurwa znalazł na tym pieprzonym świecie osobą, która się o niego martwiła? Gówno Prawda. Bo Louis odszedł, zostawił go jak wszyscy inni, no bo kim on był? Nic nie wartym ćpunem, chorym psychicznie, zniszczonym, nic nie wartym ćpunem. Nie miał za złe Louisowi, że się zwolnił. Sam ze sobą nie wytrzymałby tygodnia, bojąc się, że zwariuje. Co nie zmieniało faktu, że był zawiedziony, co mu teraz pozostało?
Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich postać w białym kitlu. Na pierwszy rzut oka była to drobna, zadbana i ładna kobieta. Burzę czarnych loków miała spiętą wysoko, w postaci nieskładnego koka, co podkreślało jej twarz w kształcie serca. Lekko zadarty nos, duże orzechowe oczy i łagodny uśmiech wręcz mówiły ‘Współczuję Ci i Pomogę’. Czemu miał wrażenie, że jest sztuczna do szpiku kości i wcale nie chce z nim pracować? W sumie co go to interesowało. On nie chciał jej pomocy. Byla zbyt… kobieca i wcale, nie miała niebieskich, roześmianych oczu.
- Cześć Harry, jestem Samanta i od dziś to pod moją opieką jesteś. Wiem, że pewnie mi nie ufasz i przyzwyczaiłeś się już do Lou, ale mam nadzieję, że wyjdziemy na prostą, nasza współpraca okaże się owocna i nie niedługo będziesz mógł opuścić nasz ośrodek. – zakończyła swój monolog i spojrzała na Stylesa wyczekująco.
Patrzył beznamiętnie na ścianę, a w środku gotował się z emocji. Jak ta głupia wywłoka mogła myśleć, że będzie w stanie mu pomóc, że w jakiś sposób zastąpi Louisa. Lou, powiedziała Lou, tylko on może go tak nazywać, nawet jeśli tylko w myślach. I jeszcze ten cieniutki głos, jakby się nawdychała helu, nie to co delikatny, iskrzący głos Tomlinsona.
- Harry? – zapytała ponownie.
Nie odpowiadał w dalszym ciągu, wyjął spod poduszki swojego ipoda, włożył słuchawki i włączył pierwszą lepszą piosenkę, a kiedy usłyszał pierwsze, ostre nuty, całkowicie się wyłączył, nie zaszczycając lekarki nawet jednym spojrzeniem. Zamknął oczy i odciął się od świata.
Stał na środku pomieszczenia, ściany były białe, a żarówki dawały ostre jasne światło. Był nagi, marzł, czuł jak każdy nerw i mięsień rwał ostrym bólem. Miał ostry nóż i lada chwila miał wbić go sobie w klatkę piersiową, ale usłyszał głos. ‘Nie rób tego.’ Zaskoczony podniósł głowę i chciał się obrócić, kiedy..
Poczuł mocny uścisk na nadgarstku, stawiający go do pionowej pozycji, światło poraziło go w oczy, ostatecznie pozbywając resztek snu. Stał przed nim mężczyzna. Był barczysty i wyższy od niego, miał średniej długości ciemne włosy, prosty nos i niebieskie duże oczy, przypominały dwa kawałki lodu. Jego usta były ściśnięte w wąską kreskę. Patrzył na Stylesa surowo.
Harry potrzebował kilku minut, żeby zauważyć biały kitel i plakietkę z napisem Jason Martin.
- Słyszałem, że nie za ładnie przywitałeś się z moją koleżanką Samantą. Twój błąd, bo widzisz teraz ja będę twoim psychologiem. – przemówił, chłodnym i pewnym siebie tonem. – Tylko i wyłącznie od ciebie zależy czy stąd wyjdziesz, czy będziesz tu do końca życia, choć wolałbym nie, szczerze mówiąc. Jestem osobą konkretną i nienawidzę, gdy się mnie ignoruje. Jasne Styles?
Harry patrzył na niego z pogardą, kim on był, żeby mu rozkazywać. Nie zastąpi Louisa i koniec.
-Masz problemy ze słuchem?
Zaśmiał się pod nosem i spojrzał pewnie w oczy lekarza. Niebieskie i duże, złudnie podobne do Lou. Jednak to spojrzenie było chłodne i nieprzyjemne. Chłopak mimo wszystko nie bał się go, nie bał się przeszywającego wzroku mężczyzny. Starał się nawet nie mrugnąć, aby okazać pełną odwagę. Louis.. Jego Lou nauczył go, że trzeba zawsze być odważnym i stawić czoła każdemu, że trzeba walczyć o swoje i nie poddawać się. On walczył, walczył właśnie o niego. Harry oblizał usta, a po krótkiej chwili wypowiedział pierwsze słowa
- Najwyraźniej się nie dogadamy. - Uniósł na moment jedną brew nadal utrzymując z psychologiem kontakt wzrokowy. - Nie obchodzi mnie co mówisz i czego ode mnie oczekujesz. Nie obchodzi mnie co lubisz i w dupie mam czego nienawidzisz. – Syknął, powstrzymując nerwy - Nie uderzysz mnie, bo nie możesz, a jeśli to zrobisz, stracisz pracę - pstryknął palcami. - O tak. - Powiedział ze swobodą w głosie. - Nie boję się Ciebie. Wiem doskonale, że oczekujesz ode mnie respektu, ale przykro mi, na szacunek trzeba sobie najpierw zapracować.
Twarz terapeuty poczerwieniała i zacisnął dłonie w pięści.
-Ty cholerny smarkaczu, myślisz, że możesz się do mnie tak odzywać? Grubo się mylisz, jesteś nikim! Nikim więcej jak ostro popieprzonym dzieciakiem, domagającym się uwagi od kogokolwiek. – dźgnął Harrego palcem w klatkę piersiową. - Widziałem już gorszych od ciebie i powiem Ci, że prędzej czy później ulegniesz, będziesz miał dość tego ośrodka, już ja o to zadbam, skończą się dni dobroci dla popaprańców! – wysyczał, opluwając twarz Loczka. – To był twój wielki błąd Styles, ogromny błąd. Obiecuję Ci, że w przeciągu miesiąca, będziesz błagał o chwilę spokoju i mojej uwagi. – zakończył, trzymając za włosy zielonookiego i przyciskając jego głowę do ściany. – Co do niemożliwości skrzywdzenia Cię, nie był bym na twoim miejscu taki pewien siebie. W końcu jesteś tylko świrniętym niedoszłym samobójcą, a ja jestem szanowanym psychologiem. – wyszeptał do ucha Stylesa, a ten lekko zadrżał. – Jak myślisz kogo posłuchają? – zapytał lodowatym tonem głosu i zamaszyście obrócił się, wychodząc z pokoju i trzaskając drzwiami, zostawiając podopiecznego z szybko bijącym sercem i łzami napływającymi do oczu.
- Lou. Gdzie jesteś kiedy Cię potrzebuję?- Szepnął sam do siebie opadając na łóżko. Odetchnął ciężko i zakrył twarz dłońmi chcąc powstrzymać łzy, jednak bezskutecznie. To, co teraz przeżywał było nie do opisania. Sam nie wiedział co robić, potrzebował Lou jak powietrza. Dusił się przez brak chłopaka. Nie mógł przywyknąć do tego, że to już koniec znajomości jego i szatyna. Znajomości.. jeśli w ogóle można było to tak nazwać.
Harry poczuł nagłą potrzebę ulżenia sobie poprzez swoje uzależnienie. Poczuł, że musi wciągnąć swój zbawczy proszek i zapomnieć na moment o otaczającym go świecie. W głębi walczył sam ze sobą. Leżał prosto, a łzy spływały po jego skroniach, mocząc delikatnie jego włosy. Źrenice się powiększyły, a tęczówki pociemniały. Walczył. Jednak z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej uległy swojej nagłej potrzebie.
Przed oczyma miał tylko widok małej torebeczki ze swoim ‘zbawieniem’. Zacisnął pięści, chcąc powstrzymać potrzebę. Po chwili zaczął delikatnie drżeć. Już dawno nie był w takim stanie potrzeby znarkotyzowania się. Tak naprawdę odkąd znalazł się w ośrodku i poznał Lou, usłyszał jego głos i zaczął wsłuchiwać się w jego historie, to on stał się jego narkotykiem. Budził się z nim i zasypiał.
Teraz nie było Lou, pozostawało mu więc tylko jedno. Nie chciał tego, z całych sił bronił się przed uzależnieniem. Przegrał.. Otarł łzy i usiadł na łóżku. Pociągnął nosem i przetarł rękoma twarz.
- Przepraszam Lou.. – Szepnął, patrząc na swoje stopy. Wziął głęboki oddech i wstał niczym w transie. Wyszedł z pokoju, cicho zamykając drzwi. Od razu odwrócił się w prawo, a w myślach powtarzał tylko ‘350..350..350..’ jak mantrę, aż do momentu, kiedy znalazł się pod drzwiami z tym właśnie numerem. Uniósł rękę i zapukał kilkakrotnie. Po kilku sekundach drzwi się otworzyły, a przed nim stanął nikt inny, jak czarnowłosy chłopak o imieniu Jake.
- Jednak się zdecydowałeś? - Spytał z cwaniackim uśmieszkiem.
Opis - Narkotyki to życie Harrego, żyje dzięki nim i zapomina o przykrej rzeczywistości. Louis to doświadczony psycholog w miejscowym ośrodku dla osób uzależnionych. Los chce aby to właśnie Lou był opiekunem Harrego i pomógł mu wyjść z uzależnienia. Podczas trwania terapii młody terapeuta i zniszczony przez życie nastolatek poznają swoje słabości, problemy i nawiązują między sobą więź, która z czasem staje się nie do zniszczenia.
Au - alternatywna rzeczywistość, One Direction nie istnieje.
Paring - Larry Stylinson
Ostrzeżenie - Zawiera treści dotyczące zaburzeń psychicznych i uzależnienia od narkotyków.
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality
Anya is LIVE right now
FREE
Free to watch • No registration required • HD streaming