powód dla którego zdecydowałem przeczytać bądź obejrzeć:
niezwykle prosty... stwierdziłem już parę miesięcy temu, że chcę wrócić do czytania książek dla własnej przyjemności. szkoła obrzydziła mi czytanie forsując mi do rąk niesłychanie nudne, nieinteresujące mnie bądź okropnie napisane lektury (EKHEM POTOP) których nie mogłem znieść. jako dziecko kochałem czytać i właściwie było tak dopóki nie poszedłem do liceum z językiem polskim jako rozszerzenia, i nagle spadł na mnie obowiązek czytania tego całego... ciulstwa. ze wstydem muszę przyznać się, że nie przeczytałem ani jednej lektury z liceum do końca aż do czwartej klasy, kiedy jakimś cudem udało mi się przebić przez tango mrożka (które o dziwo nawet mi się spodobało).
dosłownie wczoraj! zacząłem przeglądać jakieś opowiadania czy krótsze książki na pintereście, szukałem czegoś maks 150 stron (wspomniałem parę zdań temu, że do wniosku iż powinienem wrócić do czytania dla własnej przyjemności doszedłem parę miesięcy temu - a dokładnie jakoś tak w grudniu roku dwutysięcznego piątego, i na mikołajki poprosiłem o albo idiotę albo braci karamazow dostojewskiego. no i dostałem od koleżanki przepiękne wydanie! jednakże... książka ta ma prawie 700 stron, co okazało się zbyt ambitne jak na pierwszą od dawna "przyjemną" lekturę. co oznacza, że przebijanie się przez nią idzie mi mozolnie). i dosłownie wczoraj! napatoczył mi się zrzut ekranu z tiktoka z krótkim opisem tego opowiadania:
rozpoznałem nazwisko autora, przecież mistrz i małgorzata to lektura obowiązkowa na rozszerzeniu z polskiego. mimo, że nie przeczytałem całej książki ( [*] ), fragmenty które udało mi się przeczytać spodobały mi się niezmiernie i planuję dokończyć tą książkę w wolnym czasie.
czas który zajęło mi przeczytanie bądź obejrzenie:
zaledwie około 3 i pół godziny, co niesamowicie mnie zdziwiło, bo przez to, że w szkole tak tragicznie szły mi próby zmuszenia się do czytania lektur myślałem, że kompletnie zapomniałem jak się czyta. książkę wypożyczyłem w dzień dzisiejszy po 10:00, zacząłem trochę w autobusie do domu (z tego co pamiętam jakieś 20 stron) o 12:30, a potem od 16:30 do 19:30 (z parominutową przerwą na ostatnich 10 stronach) byłem pochłonięty lekturą.
obszerność:
w moim wydaniu 109 stron, jednak w internecie spotkałem się z 98 bądź 101 stronami. zgaduję, że nie wliczały one epilogu.
recenzja:
Jezus Maria!!! gdzie tu zacząć. bardzo dawno nie czytałem niczego takiego. mam nawyk podkreślania kwestii które interesują mnie bądź wywołały we mnie jakieś emocje czy może narodziły jakieś pytania, gdy pracuję: zwykle robię to długopisem we własnych książkach czy podręcznikach, wiedząc, że zajrzę do nich ponownie, ale to książka wypożyczona, więc nie mam jak... ale nie mogłem się powstrzymać. pierwsze 50 stron zatem jest nadal czyste, potem zaczynają już się moje szalone granitowe komentarze i przypiski.
tak jak wspomniałem w moim poprzednim wpisie ogłaszającym tą "serię" recenzji... nie umiem pisać recenzji. LMAO. nie potrafię ściśle zebrać myśli, więc teraz poopowiadam trochę o wszystkim.
woooow..... wyśmienite. obraz szarika jako psa podoba mi się niezmiernie... ah no tak. specjalnie podkreślałem wszystko w tym opowiadaniu dotyczące jego i szarikowa (którzy co jak co są osobnymi, mimo że złączonymi w mózgu, postaciami!).
to co NIEZWYKLE podoba mi się w tym jak bułhakow opisał szarika kontra szarikowa to fakt, że szarikow często opisany jest o wiele bardziej zwierzęco niż ludzkie postacie. jezu ale to zabrzmiało głupio. no jaki duh... ale dajcie mi się wyjaśnić !!! szarikow zamiast "mówienia", "odpowiadania", "szepczenia", częściej "szczeka", "parska" czy "wyje":
"(...) zaszczekał Szarikow", "(...)zawył Szarikow". jednak ta cecha opisania go pojawia się już chwilę PO eksperymencie z zamieniem psa w człowieka (co, w ogóle nie było celem profesora preobażeńskiego!). w chwili zaraz po eskperymencie, gdy pierwszy raz osobiście widzimy to nowe stworzenie, nie z perspektywy zapisków bormentala, jest opisany WYŁĄCZNIE ludzko, każda zwierzęcość jest pomijana. to przykuło moją uwagę: mimo, że doktor w zapiskach wyraźnie obrazuje nam nadal dzikość ulicznego kundla w tym... czymś... co powstało z psa przygarniętego przez profesora, profesor w tej chwili nie widzi już w nim tego psa, zaakceptował, że pomylił się w swojej hipotezie, że eksperyment wyszedł nie tak. Narrator odnosi się do niego wyłącznie per człowiek - a nawet nie mężczyzna. Tylko człowiek. "stanął założywszy nogę na nogę człowiek (...)", "człowiek zakaszlał chryple". Ah! I jeszcze jak pamiętam o tym. Narrator też zmienia się tu, co zdziwiło mnie i szczerze mówiąc trochę zdezorientowało na samym początku gdy zmienił się z pierwszej osoby (punkt widzenia szarika, kundla jeszcze na moskiewskiej ulicy), na trzecią osobę po tym jak szarik wchodzi do mieszkania filipa filipowicza. ale dobra jeszcze wracając. po tej już pierwszej scenie wprowadzającej... kreację... profesora... to "człowieczeństwo" szarikowa jest umniejszane przez bułhakowa, o czym już wspomniałem powyżej w między innymi te sposoby opisywania jego mowy (szczekanie i wycie zamiast mówienie i płacz, nie będę się już powtarzać) oraz też, jego zachowanie (sytuacja z kotem i łazienką). właśnie! ta sytuacja łazienkowa również była dla mnie niesamowicie interesująca, bo szarikow zachowuje się tam BARDZO jak zbity pies. nie, nie tylko dlatego, że poleciał za kotem, ale dlatego, że nie patrzył na nic gdy to robił - bezmyślnie, dziko, jak ZWIERZĘ ugonił się za nim, rozwalając wszystko na swojej drodze, a następnie w lęku przed konsekwencjami, po tym jak zdał sobie już sprawę, co narobił, zatrzasnął się, skrył i zwił w ciemnej łazience (w której przecież siedział też zamknięty w ciemności przed operacją). ah no tak, przypomniało mi się też - w tej scenie szarikow odnosi się też do filipowicza per tata. Chyba nie pierwszy raz, i w całym opowiadaniu mówi to słowo może jakieś trzy razy, ale. TATA! Szczęka mi opadła gdy wypowiedział je po raz pierwszy. To jego stwórca... Ojciec! Powołał to... Ludzkie coś... do życia, własnymi rękami. Ale przez przypadek.