No to zaczynam od nowa.
Nowy etap w życiu, kilka lat później… co się zmieniło? Dużo… może nawet za dużo, średnio sobie z tym radę jak mam być szczera. Może to wina ciążowych hormonów, może zwyczajnie charakter mam paskudny albo jeszcze inaczej. Nie tylko ja tutaj mam paskudny charakter. Nie jestem osobą, która szuka winy tylko w sobie. Całe życie tak robiłam i nigdy nic dobrego z tego nie wyszło. W relacjach między ludźmi nie zawsze tylko jedna strona jest winna gdy coś nie wychodzi a nawet w większości przypadków odpowiadają obie strony konfliktu. W moim przypadku jest podobnie. Oczywiście ja zdaje sobie sprawę ze swojej winy. Wiem, że jestem leniwa, czasami trudna i uparta. Czasami roje sobie w głowie jakiś dziwny obraz rzeczywistości, pełen problemów i przy nim trwam. Potrafię się obrazić bo tak mi się ubzdurało a tymczasem wystarczyłoby ustąpić, uśmiechnąć się i zachowywać jak by było wszystko dobrze i byłoby dobrze. Serio to tak działa ale ja tam jak to typowy człowiek z pewnym defektem, czasami nie chce żeby tak to działało. Potrzebuje uwagi, wsparcia i zroumienia. Potrzebuje tego, czego nigdy nie zaznałam w dzieciństwie, jako dorosły człowiek mam zamiar o to zadbać, nie dam się stłamsić… nie można wiecznie zadowalać wszystkich z otoczenia. Kto zadba o mnie lepiej niż ja sama? No, to właśnie z takimi dylematami mierzę się już od jakiegoś czasu. Kuba ma problem ze mną ja mam problem z nim. Rozumiem go, on nie rozumie mnie. Dla niego świat jest zerojedynkowy. A ja mam tak funkcjonować jak on sobie tego życzy. Nie jest tyranem, nie wymaga wiele. Ale czasem serio nie mogę, czasem wystarczyłoby gdyby zmienił podejście. Przyszedł, porozmawiał… wykazał jakieś zainteresowanie a nie tylko żądania kurwa i jak ich nie spełnisz to nara. Obraza majestatu bo przecież to była tylko "prośba" o wstawienie prania. A czy interesowało go czemu nie zeszłam na dół? A czy interesowało go co się ze mną tu dzieje i że przez cały dzień samej… mogło wszystko się stać. Tak trudno było przyjść, zapytać jak się czuję… wykazać trochę empatii kurwa?! Trudno najwidoczniej i to tak trudno w chuj. Więc jak on nie potrafi być empatyczny ja nie będę komunikatywna. To do niczego nie prowadzi, wiem to. Ale w tym momencie nawet nie chcę się godzić, nic to nie zmieni. On nie stanie się kochany a jedynie mniej obrażony. Chciałabym zniknąć. Na cały dzień. Czy to możliwe? Nie. Jestem na wsi odcięta od wszystkiego. Mogę iść do lasu i się zgubić albo iść na polankę aby zjadły mnie robale, to chyba lepsze od siedzenia w domu. Pewnie to zrobię ale nie umiem tak sama ze sobą siedzieć… żebym chociaż miała psa… będę mieć dziecko, więc już nigdy nie będę sama. Ahhh moja Jagienka…










