Zapętliłam się jako czasownik dokonany?
Wypielęgnowałam w sobie mnóstwo lęków, które dopiero staram się identyfikować. Co zrobię z tymi opisanymi, nie wiadomo. Jednak coś mi mówi, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Poprzedni wpis powstał lata temu, przed tym pandemicznym. Zadziwiające, że czuję się podobnie zagubiona jak wtedy. Jednak pojawił się też nowy lęk - zapętlenie.
Chyba czas na to, żeby na nowo być szczera. Boję się powrotu tych przeżyć, o których sądziłam, że zapomniałam. Nawiązując do poprzednich wpisów to zmieniło się tak wiele jestem już inżynierką a właściwie to jak napiszę pracę to magisterką lub panią magister (nawiasem mówiąc feminatywy są super spoko, bardzo mi tego w języku polskim brakuje, jednak czy magisterce mam pewne wątpliwości). A czuję się jak dzieciak nieprzystosowany do życia.
W CV bez trudu wskazuję swoje mocne strony, natomiast gdy u psychologa czy w książce o rozwoju osobistym miałam napisać kilka rzeczy, z kontekstem sytuacyjnym, które w sobie lubię to... ciężko było napisać coś bez wyrzutów sumienia. Przecież odważna osoba nie panikuje w żabce na widok żula bez maseczki nie odkażającego dłoni.
W ogóle to patrzę, że blog o jakże wspaniałej nazwie insanesoulsickbody został usunięty. Świat i ja już nigdy nie przeczytamy anorektycznych wierszy. Czy coś w takim razie straciłam?
Boję się jeszcze... postować w internecie, komentować, dzielić się fajnymi rzeczami. Brzmi to tak samo beznadziejnie jak każdy inny mój lęk. Jednak może nie taki diabeł straszny?













