Sunshine and Gunpowder - Rozdział Pierwszy
Od Autorki: Więc mamy jedyneczkę, dość komediowa, jak myślicie? :) Zapraszam do zabawy w pytanie postaci :) rozdziały postaram się dodawać kiedy tylko mi się uda :)
- Nie ma, kurwa, mowy! Nie będę pracował z tym kudłaczem! – Wrzasnął dziko Louis. Harry Pierdolony Flirciarz Styles był tak strasznie irytującą paskudą, że Louis nie potrafił na niego spojrzeć bez gniewu w oczach.
- Wciąż cię słyszę, Lou! – Odkrzyknął mu loczek. Louis zwęził oczy i wydał z siebie dźwięk, podobny do warknięcia psa. Już otwierał usta by powiedzieć coś obrzydliwie niegrzecznego, ale przerwał mu Zayn, który był rangę wyżej.
- Louis, to nie mój wybór. – Zaczął lekko rozbawiony z jego frustracji. – To Cowell kazał go umieścić pod twoimi skrzydłami, żebyś mógł go nauczyć więcej, niż w akademii. – Zayn uśmiechnął się lekko i podrapał po karku. W jego oczach było tak wiele rozbawienia że Louis miał wrażenie jakby pisane mu było za chwilę wybuchnąć ze złości. Jakby był jedną, wielką tykającą bombą, czekającą na odpowiedni moment.
- Dlaczego ja? – Spytał zrezygnowany. Odwrócił głowę w stronę Stylesa, który siedział wygodnie na kanapie i gdy tylko złapał jego spojrzenie uśmiechnął się złośliwie. -To jakaś karma? – Powrócił wzrokiem do Zayna. - Bóg mnie nienawidzi że każe z nim pracować?
- Nie, ale Simon sądzi że jesteś irytujący i nieposkromiony. – Mruknął, Zayn. Starszy mężczyzna najwyraźniej tracił cierpliwość. Założył ręce na piersi i westchnął zmęczony. Pokręcił głową a jego idealnie ułożone włosy nawet nie drgnęły.
- Ja ?! To ten kudłacz jest wkurwiający jak nic! – Oburzył się Tomlinson, nagle zdał sobie sprawę że czuje na ramieniu wielką, ciepłą dłoń, od której zrobiło mu się cholernie gorąco.
- Jeżeli nasza współpraca ma polegać na tobie, krytykującym moje włosy to obiecuję ci, Tomlinson, że cię zastrzelę i upozoruję samobójstwo. – A po tych słowach, które brzmiały tak poważnie, uśmiechnął się szeroko i cmoknął do Louisa w powietrzu. Louis gotował się w środku. Miał ochotę wyrwać mu wszystkie włosy, krzycząc przy tym dziko.
- A ja, udam że tego nie słyszałem. – Zayn uśmiechnął się lekko, poruszył znacząco brwiami i wyszedł, klepiąc Louisa po ramieniu. A Louis wiedział, że ta współpraca wyciągnie z niego wszelkie poty.
- Ostrzegam cię Styles, mam broń i naprawdę korci mnie w tej chwili ręka. – Warknął. W zielonych oczach młodego mężczyzny były radosne ogniki, które całkowicie dobijały Louisa. Harry zbliżył się do niego jeszcze bardziej, Louis poczuł się przy nim tak mały. Styles był przynajmniej o głowę wyższy od niego i zdecydowanie szerszy, gdyby tylko chciał, mógłby zmiażdżyć Louisa w swoich ramionach.
Lekkie i eleganckie perfumy kędzierzawego mężczyzny dotarły do Louisa, nęcąc powolnie jego nozdrza aż wreszcie:
- Mnie także, ale do czegoś innego. – Chwilę później Louis poczuł jego wielką łapę na swoim pośladku. Styles klepnął go i po chwili ścisnął jego tyłek wbijając lekko pace, uśmiechnął się złośliwie. – I korciło mnie zbyt bardzo. – Szepnął i po chwili wyszedł. Pozostawiając Louisa osłupiałego i zszokowanego, z wielkimi rumieńcami na twarzy i szeroko otwartymi oczami.
- Tak bardzo go nienawidzę. – Szepnął sam do siebie. Resztę dnia spędził na szukaniu czegokolwiek, co mogło udupić Stylesa, ale jedyne wykroczenie jakie znalazł to skrytykowanie homofobicznego nauczyciela, jeszcze za czasów liceum.
Louis był w ciemnej dziurze i nie potrafił zrobić nic legalnego, by pozbyć się denerwującego partnera. Ostatecznie przed samym spaniem postanowił włączyć komputer, co okazało się błędem bo już po pięciu minutach ktoś postanowił zadzwonić do niego na skype.
- Mamo.. –Jęknął zrezygnowany. Jay uśmiechała się do kamerki a bliźniaczki siedziały na jej kolanach. Strasznie wyrosły, a Louis zdał sobie sprawę z tego, jak długo ich nie widział.
- Boo! – Krzyknęła Pheobe. Zmieniła się okropnie, jej włosy były króciutkie a twarzyczka straciła swój dziecięcy wygląd. Louis zasmucił się trochę, nigdy nie chciał, by jego małe siostrzyczki wyrosły.
- Cześć kochana. – Uśmiechnął się. – Jak u was ? Coś fajnego się wydarzyło?
- Louis, skarbie, nie było cię w domu od dwóch lat. Wiem że masz pracę, ale mógłbyś wrócić do Doncaster raz na jakiś czas, przynajmniej na święta. – W głosie jego matki było wiele żalu i smutku, a oczy Louisa stały się wilgotne. Poczucie winy nagle stało się gorzkie i nieprzyjemne.
- Nie wiem czy Roy by tego chciał, mamo. – Nie chciał, by cała wina poszła na jego konto. Mimo że czuł się podle, oskarżając byłego faceta swojej matki czuł, jak jego wina maleje i dzieli się na pół. - Ostatnio dał mi to dobitnie do zrozumienia.
- To nie jego decyzja. Nie ma prawa zabronić ci przyjechać do twojego domu. Nie ma i nie miał prawa kazać ci się wynosić, gdy był nikim ważnym. – Jay zacisnęła wargi i wzięła głęboki oddech. - Roy to przeszłość Louis, a my za tobą tęsknimy. Nie zamierzam ci kazać wracać, masz dwadzieścia sześć lat i jestem pewna że wiesz, co powinieneś zrobić.
- Louis? – Krzyknął ktoś z boku. Louis wytarł wilgotne oczy a zaraz obok jego mamy i bliźniaczek pojawiła się Lottie. Wyrosła strasznie, wciąż miała swoje piękne, jasne włosy lecz tym razem były lekko falowane i krótkie, a jej niebieskie oczy podkreślała ciemna kredka do oczu a jej usta zdawały się bardziej błyszczące.
- Od kiedy ty się malujesz? – Spytał, zwężając oczy.
- Od jakiegoś roku. – Jej uśmiech był jakiś inny, dziwny i sztuczny. Louis zmarszczył brwi. - Louis mam szesnaście lat, nie jedenaście.
- Nasza mała dziewczynka dorasta. Lottie ma chłopaka Lou. – Powiedziała Jay, z szerokim uśmiechem. Młoda dziewczyna uśmiechnęła się i zarumieniła mocno. Obie zdawały się niezwykle dumne, podczas gdy Louis zastanawiał się jak zdobyć jego namiary.
- Mam z nim porozmawiać? – Zasugerował. Nagle uderzyło do niego jak wiele stracił: bliźniaczki dorastały zbyt szybko, Lottie obcięła swoje włosy i stała się nastolatką, nie dziewczynką, którą zapamiętał ostatnim razem. Bał się, jaka zmiana dotarła do Fizzy.
- Wydaje mi się że mama już to zrobiła, rok temu. – Jej głos był pełny wyrzutu. Louis zagryzł wargi. - Louis przyjedź na święta, wszyscy za tobą tęsknimy. Nigdy nie masz czasu, wiem że pracujesz. – Jej brwi zmarszczyły się w smutku. – Ale nie powinieneś zapomnieć o rodzinie.
- Zawsze tak mówisz, wiesz co? Daruj sobie, jak aż tak bardzo nie chcesz nas widzieć to nie musisz udawać. - Jay zmarszczyła brwi a bliźniaczki poszły za starszą siostrą. Lottie zdawała się dawać przykład im wszystkim, Louis już prawie zapomniał, gdy to on był na jej miejscu.
- Po prostu tęsknimy Louis. – Louis czuł się okropnie. Mimo wszystko zaniedbał swoją rodzinę, zrobił coś, czego nie chciał zrobić nigdy. Nie lubił rodzinnych spotkań: za dużo łez, wspominania wszystkiego i ogólnie zbyt osobiste pytania, jakie ZAWSZE zadawała Jay. To nie było tak, że Louis nie kochał swojej rodziny, po prostu zbyt długie spędzanie z nimi czasu miało swoje skutki uboczne.
- Wiem mamo. – Westchnął zrezygnowany, zabawne, że po tylu latach wciąż dało się im wziąć go na poczucie sumienia. - Też za wami tęsknię. Przyjadę. Obiecuję.
- Cieszę się Lou. I kochanie, mam nadzieję że kogoś przywieziesz.
- Nie mam nikogo mamo. I błagam, nie baw się w swatkę jak ostatnio. Kocham cię. Powiedz Lottie że przepraszam.
- Mógłbyś się czasem uczesać. – Mruknął, gdy zapinał pas w samochodzie Harry’ego. Styles podjechał po niego z samego rana, kupił mu jego ulubioną kawę (właściwie, kurwa, skąd niby wiedział, że Louis zawsze pije tą kawę?) i uśmiechając się niewinnie zaprosił go do samochodu. Właściwie Louis spodziewał się że będzie miał jakiś kobiecy samochód, jednak Styles pozbawił go takowej nadziei przyjeżdżając czarnym, smukłym, sportowym autem.
- Nie krytykuj moich włosów. – Oczy Stylesa ciskały błyskawicami. - Ludzie je lubią. I ja, je lubię. – Dodał głębokim głosem.
- Tak, jestem pewny że każdy ulega ich urokowi. – Burknął obrażony. Powolnie wypijał swoją kawę, czując się, jakby Styles, próbował go przekupić czy coś w tym stylu. Spojrzał ukradkiem w jego stronę i dostrzegł, że Harry wpatruje się w niego intensywnie i ostrożnie przysuwa. – Co ty, kurwa, odpierdalasz?
- Powoli uwodzę cię swoimi lokami. – Odparł. Harry przybrał na twarzy uroczy uśmiech.
- Chyba czupiradłem. – Prychnął, Louis. - Wybacz, lecę na facetów z włosami nie czymś martwym na głowie. – Zaczął gestykulować. Potargał jeszcze bardziej włosy Harry’ego i ze zgrozą stwierdził że jakimś cudem wróciły na swoje poprzednie miejsce.
- Więc mam się tylko uczesać i będziesz na mnie leciał? – Oczy kędzierzawego zabłysły.
- Tego nie powiedziałem. – Louis zacisnął ze złości wargi i odwrócił wzrok. Niczego tak bardzo nie pragnął jak uderzyć go w twarz. Jego prawa dłoń zdawała się sama kierować w stronę nosa Stylesa.
- Ale zamierzałeś. – Louis zacisnął ręce razem, odrzucając niedbale pod nogi pusty kubeczek. Może jak pobrudzi mu w aucie poczuje się lepiej? Spojrzał przed siebie i wziął głęboki oddech, chcąc się uspokoić.
- Nie jesteś w moim typie. – Warknął, zagryzając wargi. Ten człowiek był tak bardzo irytujący. Louis był cały czerwony ze złości.
- Jestem zdecydowanie w twoim typie. – Louis automatycznie odwrócił się w jego stronę z morderczym spojrzeniem. Harry uśmiechał się szeroko, co było dość urocze, jednak Louis wmawiał sobie, że ten uśmiech jest obrzydliwy, jak robale.
- Boże, jak się z tobą trudno pracuje! – Krzyknął. - Mam ochotę owinąć swoje ręce wokół twojej szyi i ją kurwa zacisnąć tak mocno, że nie mógłbyś oddychać, chuju! – Harry zaśmiał się głośno podczas gdy Louis sapał ze złości.
- Jesteś taki brutalny, agencie Tomlinson. – A sposób, w jaki wymówił jego nazwisko brzmiał jak obietnica czegoś cholernie nieodpowiedniego i niestosownego. - To groźba karalna.
- Zamknij się i jedź bo to mogą być twoje ostatnie, kurwa, słowa.
Przez całą drogę do centrali Louis był naburmuszony jak nigdy. Siedział z dłońmi założonymi na piersi i co jakiś czas rzucał gniewne spojrzenia w stronę zielonookiego, który w ogóle nie krył się z tym, że rola irytującego partnera mu odpowiada.
- Potrzebujesz porządnego jebania. – Stwierdził Styles, gdy Louis z całej siły trzasnął drzwiami.
- A ty porządnie dostać w ryj. – Warknął oburzony. To, co robił kędzierzawy było wręcz niemożliwe. Ignorując jego dalszą wypowiedź popędził do windy i chcąc się jego pozbyć nacisnął szybko guzik z numerem piętra. Uśmiechnął się złośliwie, gdy Harry nie zdążył, ponieważ drzwi, zatrzasnęły się przed nim.
Mógł wreszcie odetchnąć z ulgą. Styles irytował jeszcze bardziej niż Louis myślał że będzie. Po jednym dniu (a raczej niecałej godzinie) był tak wykończony, jak po jakiejś trudnej, czasochłonnej akcji. Jakby nie spał kilka godzin lub musiał użerać się z jakimś denerwującym dzieciakiem.
Gdy winda się zatrzymała, Louis wyszedł z niej szybko. Simon stał przed nim, z kamienną miną.
- Dobry szefie. – Mruknął cicho. Przełknął ślinę i chciał go minąć.
- Spóźniłeś się, panie Tomlinson. – Powiedział groźnie. Niektórzy ludzie są straszni jedynie, gdy mają broń, a inni, są straszni nawet jak śpią. Do takich osób należał Simon, który najprawdopodobniej mógłby zabić jednym palcem. – Możesz mi wyjaśnić, dlaczego ponownie się spóźniłeś ? – Uniósł prawą brew a Louis miał ochotę uciec. Simon był jedyną osobą, której tak panicznie się bał, jednak przynajmniej nie był jeden, ponieważ on, budził postrach w całym biurze.
- Były korki. – Odrzekł cicho. Cowell beznamiętnie zbył go dłonią.
- To kolejny raz w tym miesiącu, jeszcze jedno takie zgranie a cię zawieszę. Zrozumiano ?
- Dobrze, wracaj do pracy. – I minął go, wchodząc do windy. Louis wziął głęboki oddech i ruszył przed siebie, po drodze mijając Liama, który podał mu jakieś dokumenty i uśmiechnął się współczująco. Louis usiał przy swoim biurku i westchnął błogo, nie dostrzegając obok obecności Harry’ego.
- Louis! – Krzyknął ktoś, piskliwym głosem. Louis rozejrzał się i po chwili został zmiażdżony w uścisku ciemnowłosej dziewczyny.
- Co ty odpierdalasz, Pinnock ? – Warknął.
- Oddaje ci swoją siłę życiową, do pracy ze Stylesem, słyszałam że chciałeś go zastrzelić. – Louis skinął. – Nie martw się, przyzwyczaisz się do niego.
- Styles to irytujący gówniarz. – Prychnął. - Nie sądzę, że się przyzwyczaję.
- Partnerze. – Usłyszał za sobą ochrypnięty głos, jęknął zrezygnowany. – Jesteś złym człowiekiem, Tomlinson. – Louis odwrócił się w jego kierunku i gdyby jego oczy mogły zabijać, Styles już dawno leżałby trupem. – Ale ci wybaczę.
- Cudownie. – Mruknął sarkastycznie.
- Musicie się dogadać, Simon robi ci na złość, za te spóźnienia i inne, Lou. – Mruknęła Eleanor i klepiąc Louisa po ramieniu pobiegła do siebie, ciągnąc Leigh za sobą. Louis otworzył szafkę, w której schowana była czekoladowa babeczka. Z rozmarzeniem przysunął ją sobie do ust.
- Nie radzę. – Wyrwał mu babeczkę a Louis spojrzał zszokowany jak ląduje ona w śmietniku. - Tyłek ci urośnie. – Rzekł bezczelnie uśmiechając się w jego stronę. – Robię to dla twojego dobra.
- Styles! – Ryknął. – Tak bardzo cię nienawidzę!
- Wiesz, że kłamiesz. Przyniosę ci coś do zjedzenia, coś, od czego nie urośnie ci dupa. – Uśmiechnął się uroczo i wyszedł, pozwalając Louisowi rozpaczać nad słodyczą, która była w śmietniku. Nieobecność Harry’ego była cudownym lekiem, który pozwolił Louisowi odpocząć i docenić spokój.
Postanowił przejrzeć akta, które podał mu uprzednio Payne. Beznamiętnie otworzył teczkę.
Marley Wand, 24 lata, skazany za posiadanie i handel narkotykami.Oskarżony o morderstwo, ostatecznie został uniewinniony z braku dowodów.
Louis miał sporo do roboty. Zwłaszcza że kiedy był widziany w Detroit sprawa automatycznie trafiła do jego wydziału, a Cowell postanowił być cudownym szefem i go wymęczyć.
Louis rozłożył się wygodnie na fotelu i westchnął, brak Harry’ego w pobliżu był naprawdę piękny. Louis był oazą spokoju, gdy kudłacza nie było w pobliżu.
- Cowell mówi, że mamy coś nowego. – Zaświergotał wiecznie radosny Niall. Usiadł na biurku Louisa i wziął teczkę, szybko ją czytając. – Podobno masz nowego partnera? – Zagadał, wciąż nie odrywając wzroku od tekstu. Louis jęknął ponownie.
- Nie przypominaj, błagam. – Od tego wszystkiego rozbolała go głowa. Przyłożył dłoń do swojego czoła i przymknął oczy.
- Słyszałem, że to arogant, ale że aż tak? – Głos Nialla zdawał się być tak rozbawiony, albo to Louis był tak przewrażliwiony, jak nastolatka podczas okresu.
- Zabrał mi pączka i już zdążył zmacać mój tyłek, mogę go pozwać o molestowanie. – Mruknął, w zamian uzyskał tylko parsknięcie śmiechem, ale właściwie, niczego innego nie mógł się po nim spodziewać.
- Ale nie zrobisz tego. – Odpowiedział, pewnym siebie głosem. Louis z każdą chwilą robił się jeszcze bardziej poirytowany.
- Bo jest dobry w łóżku, a ty, mój drogi przyjacielu, chcesz go przelecieć. – Louis zadławił się powietrzem, i nie ośmielił spytać skąd Niall posiada takowe informacje.
- Wal się Horan. – Pisnął niemalże.
- Musisz się do niego przyzwyczaić.
- Wal się bardzo mocno. – Louis usłyszał otwierane drzwi windy, a w głowie modlił się, aby to nie był jego znienawidzony współpracownik. To zabawne, jak coś, czego nie chcemy najbardziej nas zaskakuje. Zaszlochał sztucznie i uderzył głową o biurko.
- Nie wiem jakie sałatki lubisz, Lou, dlatego kupiłem ci najzwyczajniejszą. – Harry położył zieloną mieszankę czegoś, co Louis widział pierwszy raz w życiu i uśmiechnął się. - Smacznego.
- Nie zjem tego. – Zaprotestował walecznie. Odsunął sałatkę od siebie, jakby co najmniej gryzła.
- To jest zdrowsze od głupich pączków i babeczek. – Czyżby w jego głosie było poirytowanie? Jeśli tak, to Louis był dumny z siebie, a raczej byłby, gdyby nie złość, która zatykała jego uszy.
- To jest żarcie dla królików, ja jestem wojownikiem i potrzebuję mięsa! – Po chwili dodał szybko: - I pieprzonych pączków!
- Nie, nie potrzebujesz. – Twarz Harry’ego przypominała czerwonego pomidora, który był w sałatce, Louis uśmiechnął się pod nosem, lecz po chwili jego twarz była blada i gdyby tylko mógł, puszczałby parą z uszu i nosa. - Chyba że lubisz hodować swój wielki tyłek.
- Zabiję cię! – Nim mógł kontrolować samego siebie, w jednej chwili siedział na krześle, w drugiej zaciskał swoje dłonie na koszuli Harry’ego, dziko szarpiąc nim. Styles zdawał się być co najmniej dumny z siebie a Louis chciał go zastrzelić. Szybko przemieścił ręce na jego szyję i szarpał jeszcze mocniej.
- Louis! – Wrzasnął Niall, odciągając go. Louis trząsł się ze złości, po chwili odwrócił się i wyszedł, po drodze wrzucając królicze żarcie do śmietniczka przy biurku. Był tak przeraźliwie poirytowany i wściekły. Musiał zapalić, mimo iż obiecał El że przestanie. To była sytuacja wyjątkowa, Louis po prostu musiał.