To by było na tyle. Dzięki, cześć.
PUT YOUR BEARD IN MY MOUTH

Kaledo Art
sheepfilms
styofa doing anything
NASA
taylor price
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ

JBB: An Artblog!
KIROKAZE
art blog(derogatory)

Discoholic 🪩
$LAYYYTER
DEAR READER

Andulka

Product Placement

JVL
occasionally subtle
Lint Roller? I Barely Know Her
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Mauritius

seen from Canada

seen from United States
seen from Canada
seen from United States
seen from United States

seen from Australia
seen from Sweden
seen from Malaysia

seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from Iraq
@sideusz
To by było na tyle. Dzięki, cześć.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Jak sobota to
Tylko do Lidla, do Lidla xD. Serio, powinni mi placic za reklame xD.
Zielona Noc
Jeśli jesteście obyci z naszymi przyjaciółmi Węgrami to pewnie wiecie, że mijając samochód z napisem Rendőrség mijacie się z radiowozem. Ale patrzcie na to:
Tak - to jest zdjęcie z Węgier. I tak - jest znakiem informacyjnym z nazwą miejscowości. Mam nadzieję, że o tym już nie każdy wiedział. Ale o co chodzi? Otóż to całkiem, przynajmniej dla mnie, ciekawe. Otóż Węgrzy w czasach przedchrześcijańskich używali pisma zwanego rowasz. Jest to pismo runopodobne najbardziej podobne do run tureckich. Każda runa (czy też no, litera) odpowiada pewnej literze lub ciągowi liter z alfabetu węgierskiego. I tak właśnie na Węgrzech niektóre miejscowości oprócz nazwy zapisanej alfabetem łacińskim (a czasem dwóm w przypadku przygranicznych miejscowości itp) posiadają tablicę informacyjną z nazwą miejscowości w rowaszu - piśmie nieużywanym od ponad 1000 lat.
Cóż, dziś chyba ostatnia noc w moim małym obwoźnym domu... Urlop się kończy i nie ma innego wyboru - jestem zmuszony wracać.
Powrótowiec
Jeśli widzimy powyższy znak, lub jego odpowiednik cyrylicą (taki bardziej oldschoolowy) to z dużą pewnością możemy założyć, że jesteśmy w Bośni i Hercegowinie. Znaki umieszczane są na skrajach lasów w których zabrakło póki co pieniędzy, żeby pozbyć się wszystkich min po konflikcie bałkańskim. A są to tereny na tyle "bezużyteczne", że mogą w takim stanie jeszcze pozostać. Z racji bardzo wysokich kosztów takiego przedsięwzięcia nie wiadomo, jak długo jeszcze będziemy mieli w BiH taką sytuację.
Cały wczorajszy dzień to podróż przez Bośnię i Hercegowinę oraz odwiedzanie sklepów, żeby kupić sobie piwo na pamiątkę, czy coś. Dzień skończył się jakieś 50km po przekroczeniu granicy z Chorwacją.
Ze smutniejszych wieści mój aparat niestety chyba dostał większy cios, niż sądziłem. Przy ogniskowych większych od 35 ma problemy z automatycznym łapaniem ostrości. Może to tylko kurz, a może uszkodzenie samego aparatu lub obiektywu. Będę drążył pewnie ten temat po powrocie.
Dzisiaj rano nie czekając, aż słońce zacznie mnie grzać ruszyłem na Węgry. Krótka kontrola chorwacka oraz nieco dokładniejsza odprawa węgierska. Czyli na dwa pudła kartonowe padły dwa pytania "co jest w środku?". Uwierzono mi na słowo. Skrupulatna Frau Oficer tak dokładnie sprawdziła dowód rejestracyjny, że ogarnęła, że jest w nim wbity przegląd do maja tego roku. Miałem zaświadczenie z przeglądu po polsku i wystarczyło. Ale Frau Oficer i Herr Oficer pogrozili palcem, że trzeba taki dowodzik wymienić.
A potem zaopatrzyłem się w zestaw małego Węgra
Langosz i batonik twarogowy, symbol Węgier i coś cudownego. Szkoda tylko, że końserwowany, ale kij. Przeżyję. Tak smakują Węgry. No dobra, smakują jeszcze winem, może zahaczę o Tesco...
Dobrodošli u Republike Hrvatske!

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Korona Bałkanów
Dziś nawet nieźle się spało. A jak na fakt spania w lesie w górach, jakieś 15km od cywylizacji to cudownie. Rano coś długo nie wychodziło słońce - okazało się, że winne temu są chmury - nie wyglądające groźnie, ale jednak - były. Zjadłem śniadanie i koło ósmej ruszyłem na szlak.
Ten początkowo biegł przez las drogą podobną do tej, którą przyjechałem. No ale nie będę wszędzie autem jeździł. Tym bardziej, że do pokonania było w jedną stronę tylko 5,5km oraz 750m przewyższenia. Już po nieco ponad pół godzinie ujrzałem:
I byłem przekonany, że to szczyt. Oczywiście błędnie. Szczyt, jak to zwykle bywa był wyższy i za tą górą wyżej. Po niecałych dwóch godzinach jednak ujrzałem dom Muminków na szczycie:
Widoków zbyt dużych nie było z racji dość niskich chmur. Szczyt zaliczony, korona zdobyta, w domu Muminków wpisałem się w zeszyt no i czas było wracać tą samą drogą.
Przy schronisku szybko się ogarnąłem i ruszyłem pokonać pierwszą część mojego offroadu, tym razem w dół.
Zjeżdżając zasady są trochę inne. Owszem, spięty napęd na cztery koła czy wyłączone ESP jest wciąż przydatne, ale najważniejsze jest - jak najmniej hamulca. Zjeżdżając takim terenem bardzo szybko możemy doprowadzić do przegrzania hamulców. Czym to skutkuje przekonałem się w Albanii w 2015 roku - klocki hamulcowe po prostu zaczynają się ślizgać po tarczy. Jaka na to rada? Po pierwsze oczywista - hamowanie silnikiem na niskim biegu. Nie mam reduktora więc to trochę za mało - no ale do posiłkowania się jest hamulec oraz... klimatyzacja. Tak - klimatyzacja potrzebuje do działania o ile dobrze pamiętam 2kW mocy, więc jest całkiem dobra w roli dodatkowego hamowania samochodu. Oczywiście można by się pokusić o włączenie wszystkich świateł, żeby i alternator stanowił duży opór, ale nie przesadzajmy. Zaraz za "Markov grob" był przystanek na prysznic.
Dzisiaj na drodze był większy ruch - minąłem się z jeepem, jakąś dużą ciężarówką oraz chyba sprawcami jakości drogi którą jechałem. Wygląda na to, że żołnierze, którzy mają poligon "remontują" tę górską drogę. A czym? Pojazdami-bydlakami, niektórymi o napędzie gąsienicowym, więc nie dziwota, że w okresie przejściowym droga nie jest jeszcze taka super. Dobrze, że zjeżdżałem, bo trafiłem na jedno bardzo rozkopane miejsce. Ale jadąc w dół Kijanka je połknęła, więc zrobiliśmy sobie pamiątkowe foto z trudu wyprawy.
Przy tym, czy innym ujęciu do zdjęcia niestety aparat na statywie zaliczył glebę na kamień. Na szczęście między innymi po to mam nakręcony filtr polaryzacyjny - przyjmuje on największy strzał. Rozbił się, nie da się zdjąć pierścienia filtra, ale wygląda na to, że aparat przeżył.
Miałem jeszcze 11 kun w kieszeni (resztę z 50, które trzymałem od 2013 roku, jeśli dobrze pamiętam). W sam raz, żeby w Lidlu kupić burka z mięsem i jogurt za 10,78. Teraz kieruję się w stronę Bośni - a tam nie będzie internetu, więc nie będzie wpisu przez kolejny dzień/dwa. Ale umówmy się - zaczyna się powrót na dobre i zbyt wiele nie będzie się już działo.
Chorwackimi bezdrożami
No więc na wschód nie wstałem. Ale niedługo po nim ruszyłem biegiem w stronę góry Zir, która może ma te osiemset metrów, ale z jej wierzchołka widać wszystko dookoła. Czyli płaskie tereny rozciągające się aż do gór, praktycznie z każdej strony. A to wszystko pokryte mgłą przez którą miejscami przebijały się brązowe barwy... pól pełnych paproci.
Warto wspomnieć jak tutaj wygląda Chorwacja. Otóż jest tu ewidentnie inaczej niż na wybrzeżu. Strzelam, że tutaj przypada kilku mieszkańców na kilometr kwadratowy. Jadąc wzdłuż głównej drogi, czy też z niej odbijając, widać masę opuszczonych domów. Przypomina mi to trochę niektóre rejony Bośni i Hercegowiny i domyślam się, że pustka ma tę samą genezę, czyli konflikt na Bałkanach w latach dziewięćdziesiątych. Niewykluczone jest też, że ludzie migrowali stąc na wybrzeże w celach zarobkowych - mogą tam zarabiać naprawdę niezłą kasę robiąc rzeczy mniej zajmujące niż uprawa roli.
Nie spiesząc się zbytnio dotarłem około dwunastej do Knina. Z jednej strony bardzo wcześniej, jak na to miejsce - jednak nie do końca. Do końca podróży dziś miałem jakieś piętnaście kilometrów. Ale za to jakich. Jak można było przeczytać w opisie - droga nie ma asfaltu i jest bardzo złej jakości, a od połowy wręcz tragicznej. Cóż. Pierwsza część opisu się zgadza - kiedy mając spięty napęd na 4 koła włącza się ESP to oznacza, że droga jest bardzo zła. Ogólnie jest to dość szeroka i wyjeżdżona gruntówka, gdzie co jakiś czas jest do pokonania próba w postaci nieco większych kamieni. I w sumie to stanowi główną jej trudność.
Zatem ze świecącymi się kontrolkami "4WD LOCK" oraz "ESP OFF" ruszyłem pod górę.
Pierwsza to wiadomo - blokada napędu na 4 koła (pre cyzyjniej chyba - na dwie osie). A druga - powoduje, że komputer nie robi nic z tym, że (w tym wypadku) koła się kręcą w miejscu. O ile normalnie następuje np. tłumienie nieco silnika (poprzez zmniejszanie dawki paliwa), żeby temu zapobiec - tu jest raczej niepożądane. Przez większość czasu dało się jechać te 10-15km/h. Czasami trzeba było zwalniać, albo zatrzymać się na moment, by przemyśleć przeszkodę.
Tak też jadąc przez granicę poligonu o nazwie Czerwona Ziemia (Crvena Zemlja - nazwa adekwatna do tego, co można zaobserwować) dotarłem do miejsca o pieszczotliwej nazwie Grób Marka (Markov Grob). Miejsce to zaczyna, o ile dobrze kojarzę wypłaszczenie nazywające się "Sucha ziemia" (to też by się zgadzało). Słońce prażyło niemiłosiernie. Pojechałem kawałek dalej zobaczyć jak wygląda droga i zrobiłem sobie przystanek w lesie. Hamak, jogurt, burek, te sprawy. Z mapy wynikało, że do schroniska Brezovac jest jeszcze 6,5km. A droga wcale nie była taka, jaką rysował ją opis, który czytałem. Mogą być ku temu dwa powody - albo ktoś podsypał ostatnio kamieniem tę drugą część, albo pierwsza tak się zniszczyła. Tak czy siak oprócz może dwóch momentów wydawało mi się, że jest nawet lepsza niż pierwsza część. Kawałek stanowił zwykły drobny szuter czy ubita brązowa pylista gleba, druga kategoria to kamienie nie przekraczające wielkości pięści - trzęsie, ale nie jakoś bardzo. No i co jakiś czas coś większego, co trzeba było ominąć, wziąć między koła, przejechać bardzo ostrożnie itp.
Tak też dotarłem pod samo schronisko mijając się po drodze z jedną tylko terenówką. Na miejscu pusto, bo schronisko jest otwarte "od święta". Poszedłem na wzgórze wysłać SMS, bo nie było zasięgu, a potem na krótki spacer.
I tak z dwunastej, dodając trochę ogarniania, leżenia w hamaku i jedzenia zrobiła się godzina dziewiętnasta. Jeszcze tylko jakiś film i można iść spać. A rano tylko śniadanie, zebrać się i ruszyć na Dinarę - najwyższy szczyt Chorwacji, dotąd przeze mnie omijany. Ignorowałem go dlatego, że ma tylko 1831m, a wejście jest proste. Ponadto z miejsca w którym jestem zajmie mi pewnie z dwie godziny. Warto wspomnieć, że zdobywając go, o ile nie zapomniałem o żadnym szczycie - zdobywam Koronę Bałkanów. Nie ma za to odznak, punktów, ani lansu, ale co mi szkodzi, skoro jestem w pobliżu...
Prozak-życiak
Dziś znów leniwie śniadanie skończyło się o godzinie 11 w hamaku. Odkąd pojawiła się pogoda i sprzyjające miejscówki eksploatuje go jak tylko mogę. Ogólnie wystawiłbym mu pozytywną ocenę, zwłaszcza jak na cenę 45zł. Jedyny minus to te sznurki do wiązania - bardzo średnie - rozwiązanie z hamaka dwuosobowego (z Decathlona, bo o nich tu mówię) jest o niebo lepsze. Ale i cięższe. Coś za coś - mam dwie taśmy rurowe w osłonach i jakoś sobie radzę.
Po śniadaniu zjechałem zupełnie na dół szukać miejscówki nad morzem. Dzisiaj znalazłem genialną wręcz - przed miejscowością Karlobag (jadąc od północy) wzdłuż drogi jest parking. Potem warstwa lasku kilka-kilkanaście metrów, potem droga gruntowa wzdłuż morza (zastawiona głazami), a następnie wielkogłazowa plaża, ale w ogóle nie stroma i z drzewkami miejscami. I ta "plaża" ciągnie się kilkaset chyba metrów - wypas.
Korzystając z okazji wykąpałem się, tym razem z żelem, co by brud zmyć. Ja wiem, że takie specyfiki słabo lub w ogóle się pienią w wodzie morskiej. Ale obiecuję sobie (bez konsekwencji jak się nie uda), że następnym razem kupię, albo zrobię mydło, które pieni się w słonym morzu (tak, tak - są takie). Dzisiaj musiało wystarczyć bez piany, ale zadziałało.
I tak przyszedł czas żegnać się z morzem i kierować w kierunku Gospićia - tak, znów przez góry. Tam zatankowałem i kupiłem w Lidlu kilka rzeczy.
(Nie, Lidl mnie nie sponsoruje, ale jakby chciał - jestem otwarty na propozycję, chociaż jestem z natury nieprzekupny, a moja silna wola jest mocna jak Spray do kabin przysznicowych marki W5 dostępny w każdym Lidlu!)
Potem kierowałem się na południowy wschód szukając jakiejś miejscówki do spania. Pierwsze dwa strzały były słabe - jeden po prostu, a drugi to co prawda droga w góry na parking parku Paklenica, na wysokości grubo ponad 1000, a nie chciałem tak wysoko spać, więc wróciłem. Na dole było trochę przypałowo i tak skręciłem z głównej drogi na drogowskaz turystyczny na "Zir". I stoję teraz pod tą górką na dość sporym parkingu. Byłaby tu totalna wręcz cisza, gdyby nie to, że 500m ode mnie przebiega autostrada, jest więc szum. Hm, może jutro się zbiorę w sobie i wstanę na wschód, żeby tak codziennie długo nie spać? Znak mówi, że jest tam godzinka, na moje oko góra pół. Zobaczy się.
Na aucie zaczyna być widać dobitnie i dosadnie to co uwielbiam - ślady podróży :).
Poza tym Kijanka spisuje się dzielnie, a ostatnia naprawa wygląda na udaną, gdyż nie mam żadnych problemów, a i silnik jak dotąd nie uronił ani kropli, jak patrzyłem od spodu.
Leniwy i muzyczny dzień wczorajszy
Leniwy, bo po śniadaniu była godzina 11. Zebrałem się więc i ruszyłem ponownie nad morze.
Odwiedziłem Lidla, celem zakupienia ciasteczka. Coś na tym wyjeździe za dużo cukru ładuję. Aha - mam wrażenie, że w Chorwacji jest drożej niż w Polsce jednak (mówię to po spacerze w Lidlu).
Pierwsza piosenką dnia było "(...) już nie ma dzikich plaż (...)". I w rzeczy samej - ciężko było o jakąś ogólnodostępną plażę - większość to jakieś plaże apartmani czy też plaże pól namiotowych. Albo wysoki brzeg. Ale po jakichś fefnastu przystankach udało się znaleźć kawałek plaży dla siebie (i tylko dla siebie).
Kąpiel, czipsy bekonowe (porażka) i ruszyłem w sumie w góry. Pierwszy cel zrealizowałem, a drugi - "znaleźć wodopój" miałem w planie zrealizować w górach.
I tak oto trafiłem w Chorwackie góry przy morzu - okolice parku Velebit. Miejsce, które (wydawało mi się) jest znane ludziom tylko z perspektywy morza. Co ciekawe to takie trochę Beskidy - bardzo zalesione, lasy są wręcz ciemne. Pomimo upału tam było momentami aż chłodno (a wysokość nieco ponad 1000m zaledwie). Tylko tutaj dochodzimy do drugiej piosenki dnia - "(...)nie ma, nie ma wody na pustyni(...)". Podczas, gdy w Bośni i Hercegowinie co kawałek w zbocze góry wbita jest rura i płynie woda - tutaj nie bardzo. Część wodopojów wyschnięta, w jednym woda ledwo leciała. W końcu jednak dotarłem do takiego, w którym wiadro wody napełniłem w 3 sekundy. Ale w sumie zajęło to sporo czasu - droga dwukierunkowa na szerokość jednego samochodu, prowadzona zboczami gór - nie jechało się szybko. Ale było fajnie. Na koniec w nagrodę był kawałek offroadu i nawet podczepiłem się pod jakąś wyprawę na chwilę.
Dalej dojechałem do schroniska Alan, gdzie kawałek dalej był dość duży parking, gdzie zatrzymałem się na noc.
Był jeszcze mały zachodzik.
Cóż, koniec szaleństw, zwłaszcza, że kolejne dni zapowiadają się podobnie - poranne lenistwo w hamaku przy śniadaniu, kąpiel słona, może słodka, jedzonko, jeżdżonko. W pewnym sensie chyba właśnie zaczął się powrót. Powolny, ale jednak.
Skoro tytuł wpisu muzyczny to można i temu się poświęcić. Jak na większość wyjazdów obładowałem się we własną gupjom muzykę. Tyle dni - tyle będzie okazji do słuchania! Jednak, gdy jade sam zazwyczaj słucham lokalnego radia. Robi to pewien klimacik, kiedy np. jedzie się wzdłuż wybrzeża i słucha takich trochę do-kotletowych-mi-amore piosenek po chorwacku. Czy też mijając kolejną Casa Cantoniera przy drodze słucha włoskich hitów pop. No więc musi być jakaś "piosenka wyjazdu". Mogłoby się wydawać, że można sobie wybrać piosenkę wyjazdu. Otóż nie. To piosenka wybiera nas. I tak też czy tego chcę, czy nie - piosenką tego wyjazdu jest "Shawn Mendes, Camila Cabello - Señorita" (https://g.co/kgs/fzqBPq). Utwór był bardzo promowany przez włoskie stacje w momencie, gdy najwięcej czasu spędzałem w samochodzie. A ostatni raz słyszłem go chyba przedwczoraj, również w radiu. I tak oto nie ma innego wyjścia - stał się utworem wyjazdu.
Spontaniczna wycieczka na Bałkany
Wiedziałem to w sumie już od czwartku wieczorem, ale nie uprzedzałem faktów. Rano, gdy tylko wstałem, ruszyłem w stronę Chorwacji, a dokładniej - Rijeki. Dzień zacząłem jednak od zjedzenia chyba najdroższego burka kiedykolwiek. Pod Lubljaną burek w piekarni kosztuje 2,40 euro. I jeszcze nie był to najlepszy burek jakiego jadłem. Co kraj to burek może.
Zupełnie zapomniałem, że Chorwacja nie jest w Schengen - spędziłem na granicy z pół godziny. Ale na szczęście tylko w kolejce - w pierwszym okienku pan tylko na mnie popatrzył i kazał jechać, a w drugim już miałem pecha trochę i trafiłem na przesłuchanie - gdzie? A gdzie dokładnie? A to wszystko przy wnikliwym gapieniu się w dowód. Ale zdałem.
Cóż - nad morzem dziś sezon w pełni - parkingi prawie pozapychane, masa ludzi, no ale - jest jeszcze letnia pogoda i mamy dzisiaj sobotę. Więc ludzie korzystają. I ja skorzystałem kąpiąc się nieco. Potem chciałem poszukać jakiejś bardziej zadrzewionej plaży z parkingiem, ale średnio mi się to udało. By nie narażać się na problemy z nocowaniem na dziko nad morzem (przy braku jakiejś znanej miejscówki) podjechałem kilka kilometrów w stronę lądu - na góry.
Tutaj drogi mają mnóstwo gruntowych odnóg, więc zjechałem w jedną i zaszyłem się mam nadzieję niezauważon. Znalazło się nawet miejsce na hamak:
Jestem 500 metrów od asfaltu, więc mam tu bardzo fajny wieczorny klimat bez dźwięku aut. No może oprócz krowy, która się zgubiła i ryczy gdzieś niedaleko. Dźwięk sugeruje, że się oddala, więc może nie będzie przeszkadzała w spaniu.
No i na miejscu tego noclegu przypomniałem sobie w końcu dokładny smak Bałkanów. Czyli gruntowe, kamieniste, spalone słońcem drogi gruntowe:
A podczas manewrów unoszący się w powietrzu zapach tego:
Nigdy nie mogę wyczuć co to jest. Chyba oregano.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
https://youtu.be/V1bFr2SWP1I
Wyprawa na słoweński Giewont
Jeśli pomimo momentami dość obleganych parkingów we Włoszech mógłbym przyznać, że widać schyłek sezonu, a z Dolomitów korzysta się przyjemnie to w Słowenii cóż. Tak jakoś polsko mi się skojarzyło.
Około szóstej rano jechałem wyboistą drogą do miejsca zwanego Krma. Widziałem gdzieś-tam przebłyski świateł i "o, nie będę sam jednak". Ewidentnie nie - podjechałem na pierwszy po drodze parking, który był już prawie zapełniony. Zapytałem, losową osobę czy dalej jest drugi - "tak, za dwa kilometry". To by się zgadzało - na jakiejś mapce widziałem trzy parkingi przy tej drodze. Na drugim zapytałem o to samo - "jest, ale żeby tam znaleźć miejsce...". Nic - jadę - auta zaparkowane już w zatoczkach, ogólnie byle-gdzie. dojeżdżam do jakiegoś offroadu - samochody tutaj koślawo zawracają. Na szczęście jakiś koleś za mną powiedział temu przede mną, że "spoko luz i tam jest jeszcze parking". No i faktycznie - trochę wybojów konkretnych (bo ogólnie droga gruntowa od czterech kilometrów). I byliśmy, i miejsce każdy znalazł. A gdy gotowałem śniadanie na parkingu zebrała się gdzieś pięćdziesięcioosobowa grupa turystów. Inni w mniejszych grupach, niektórzy pojedynczo, już startowali. Było przed siódmą. "Fiu fiu" - pomyślałem i postanowiłem ruszyć przed tłumem.
Nie udało się, ale szybko dość ich dogoniłem i wyprzedziłem. Postanowiłem też udać się bezpośrednio do Domu Planika (schroniska przed podejściem na Triglav), pomimo, że miałem jeden szlak naokoło, gdzie miały być "fajne ferraty dla początkujących". To mogłem zawsze zrobić później.
Przy Domu Planika byłem już po dwóch godzinach, ale przyznaję - to było bardzo szybkie tempo. Ze schroniska było widać Triglav (ta górka po lewej):
Droga na szczyt prowadzi przez niższy szczyt - Mali Triglav, opisana jest na 1:30h. Zabatoniłem się i w drogę. Byłem już ponad 1400 metrów wyżej od punktu startu, a czekało mnie jeszcze coś koło 450 metrów. Sporo.
Jeśli chodzi o drogę na sam szczyt. Czytałem przed wejściem jakieś blogi, fragmenty. Na przykład: "O ile ferraty ze schroniska [które ja ominąłem] są idealne dla początkujących to droga na Triglav jest regularną ferratą (...)" oraz kontrastowo: "Na szczyt weszliśmy bez sprzętu". I wiecie co? Skłaniam się ku tej drugiej wypowiedzi. Faktycznie od Malego Triglava na szczyt przez większość drogi jest poprowadzona ferrata o tyle korzystanie z niej było nudne. W zupełności w większości wypadków wystarczyło trzymać się jej jak poręczy. Osobiście bym nie przesadzał z tą trudnością wejścia na Triglav. Owszem, sprawia on trudność ale głównie małym szkrabom (około 7-letnim), których rodzice zabrali na Triglav, czy siedemdziesięciolatkom. W kategorii "ferrata" - szlak jest średnio zrobiony (ciągłość, długości sekcji, stan lin).
Jest jeszcze drugie "ale". To popularność szczytu i turystyczny duch Słoweńców. Do niektórych podejść, gdzie ciężko było się minąć trzeba było czekać, aż całe grupy wejdą/zejdą (część startowała rano ze schroniska). Dodatkowo w tempie delikatnie mówiąc bardzo słabym. Część drogi na górę udało się pokonać idąc z drugiej strony liny (i w tym wypadku trzeba było się wpinać jednak). Żeby jednak nie narzekać - bardzo fajny widok z drogi na schronisko Dom Planika:
Na samym szczycie tłum. Ale pomijając to - widoczki ładne:
Wejście ze schroniska zajęło około godzinę włączając stanie w kolejkach. Wracając - nie poszedłem drogą naokoło z dwóch powodów - swoje w nogach już miałem oraz jeśli tamtejsze "odcinki ferrat" miały być dużo słabsze od tej na Triglav - nie było sensu.
Będzie, że tak narzekam i cwaniakuję, a w Polsce nie mamy ani jednej ferraty. A szkoda. Na pewno dałoby się w Tatrach coś wytyczyć. Chociaż jak pomyślę jak byłaby oblegana taka ferrata... Nie wiem.
Podsumowując - widoki wspaniałe. Popularność góry zbyt duża. A cały mit trudności góry wynika wydaje mi się z tego, że niczym na Giewont - każdy kto tu przyjeżdża chce tu wyjść. Przez co mamy cały przekrój ludzi - od tych którzy się naczytali i szli poubierani jak na wojnę po zęby uzbrojeni w sprzęt (to byłem też ja, nawet raki targałem...) po ludzi, którzy nawet kasku nie mieli. I każdy parł na szczyt.
Potem była kąpiel i pranie w miejscu, gdzie wczoraj spałem, ale z racji tego, że dwóch rolników zdemaskowało moją miejscówkę (byli zupełnie niewzruszeni co prawda) uznałem, że jednak poszukam czegoś innego. Po drodze machnąłem sobie Lidla i znalazłem bardzo fajne miejsce na nocleg (lepsze niż bym się mógł spodziewać).
Zostaje kwestia "codaleja". Otóż dzisiaj wysłałem do pracy informację, że jednak potrzebuję 3 tygodni (nie dostałem żadnej informacji zwrotnej, ale trudno). I tak, jeśli ktokolwiek tęskni to sobie jeszcze tydzień potęskni. Gdyż w mojej głowie narysowała się trasa powrotna. Jednak (nie)stety w najbliżych dniach nie będzie raczej szczytów. Ale poradzę sobie.
A gdyby w tym nakazywaniu i zakazywaniu wszystkiego nakazać prostą rzecz - żeby wielkość tekstu była proporcjonalna do udziału składników o których mowa? Wówczas "drobiowe" miałyby wielkość niezauważalnie większą niż "wieprzowiny" (60 do 59).
Triglav, korki na ferracie przy szczycie.
Dmęwbobry, 1450 na śniadanie, jeszcze 460!

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Pożegnanie z Cortiną
Hrabia Baunsula miał piękne porównanie co do "kończenia", ale nie przytoczę. Tak oto dzisiaj rano po ściadaniu przyszło mi pożegnać się z Cortiną (w skrócie - chodzi mi o całą okolicę od Cortiny d'Ampezzo po Marmoladę).
Nie dość, że pogoda dzisiaj piękna, to po zjechaniu na wysokości mniejsze niż 1000 metrów okazało się, że lato w pełni. W związku z tym nie omieszkałem zrobić pełnego prania przy wodopoju, który miał taką przepustowość, że trzeba było uważać, żeby rąk nie urwało przy nabieraniu wody.
Gdy pranie obciekło kierowałem się dalej na wschód. Zahaczyłem po drodze o Lidla. Cóż - nie sprawdzałem wszystkich cen, ale miałem wrażenie, że są porównywalne z polskimi. Co może świadczyć o tym, że w Polsce jest dziś drogo (lub odwrotnie - we Włoszech tanio). Przy kasie jakiś gość próbował wmówić kasjerce, że na taśmie leżało jego 1,4 euro, potem teatralnie rzucił zakupami, gdy ta się nie zgodziła i wyszedł. Bałem się trochę, że jeszcze mnie uwikła w tę intrygę, bo stałem za nim. Z ciekawych rzeczy w Lidlu kupiłem chipsy rozmarynowe oraz bułkę-paluch z oliwkami. To już drugie kupione pieczywo z oliwkami i nie powiem - nie żałują ich. No i żelki lukrecjowe - szkoda, że kupiłem tylko paczkę. Albo dobrze - zeżarłem dzisiaj w trasie chyba pół - cudo. Wyglądają jak guwno, a smakują jeszcze lepiej:
Następnie udałem się zatankować na stację. A tam w budce pusto, a na pistolecie LPG łańcuch. Pojechałem więc do oddalonej o 6km drugiej stacji (jedyne w promieniu chyba 50km), tam zobaczyłem słynną kartkę o sjeście. Siesta trwała tam od 12:00-14:30. Była 14:20 więc czekałem. Dobrze, że podjechał jakiś gość Dusterem i po dziesięciominutowym czekaniu zaczął drążyć. Na drzwiach stacji była druga kartka - że urlop. Wróciłem więc na tę pierwszą, a tam już powoli robiła się kolejka - "oho - coś się dzieje". Tutaj była kartka, że przerwa jest do 15:00, a była 14:55. I tak oto kończy się fascynująca historia jazdy od stacji do stacji.
Wspominałem, że chciałbym zjeść prawdziwą pizzę w prawdziwej pizzeri. Korzystając z tripadvisora znalazłem w jednym z większych miast przy granicy słoweńskiej wysoko ocenianą pizzerię. Była na pierwszym miejscu - Pizzeria Alpino. Przyszedłem, wziąłem kartę i gapię się w pizze klasyczne, szukając hawajskiej. No dobra, nie do końca. Ciężko było się zdecydować, bo wybór całkiem spory. Ceny od 7 euro za najtańsze pizze klasyczne do około 13 euro za specjalne. Pomyślałem, że zaszaleję - pizza Fromaggio, czyli chyba nasza 4 sery. No i tutaj krótka tylko recenzja żarcia - pyszna. I tyle. Wśród 4 serów była między innymi gorgonzola i było to czuć. Super. Oczywiście nadal podtrzymuję, że w Polsce też można zjeść pyszną pizzę i nie trzeba specjalnie do Włoch jechać. Za całość dałem 11,70 euro - 9 euro za pizzę, 1,7 euro za kapuczyne oraz 1 euro za nakrycie stolika. W sumie oceniam, że było warto.
Travisio, gdzie jadłem pizzę znajduje się kilka kilometrów od Słowenii. A po przekroczeniu granicy jest kilka kilometrów do Planicy. Postanowiłem rzucić okiem i cóż - tego się nie spodziewałem. W telewizji to jest potężna skocznia, taka wow wow wow, a tutaj, cały kompleks, bez śniegu, kamer i kibiców wydaje się malutki (największa skocznia po lewej):
Był mały problem z ogarnięciem noclegu - z racji tego, że już dostałem żółtą kartkę w Triglavskim (czyt. dowiedziałem się na własnej skórze, że istnieje i działa straż parku) - unikałem jego terenu. Zamiast tego znalazłem miejsce gdzieś niedaleko drogi przy łąkach, na kawałku ugoru. Zagadką pewną tylko jest to co tu robią krokusy we wrześniu:
No chyba, że to nie są krokusy - w każdym razie bardzo podobne.
Dobra, czas na podsumowanie Włoch - takie totalnie losowe rzeczy, które zauważyłem, a byłem tam pierwszy raz:
znaki drogowe są dość luźno ustawiane - często brakuje znaków odwołujących np. ograniczenia prędkości, informujących o końcu terenu zabudowanego, itp.
ograniczenia są często przesadzone
jest wiele informacji o pomiarach prędkości, których nie ma, co usypia czujność, ponieważ...
są miejsca, gdzie jest stosunkowo sporo fotoradarów, są słabo oznaczone i wyglądają jak pomarańczowe śmietniki (lub umieszczone są na słupie) - nie zdziwiłbym się, gdyby któryś mnie capnął
przy tym wszystkim Włosi jeżdżą szybko jak Polacy, albo i jeszcze szybciej (łamiąc oczywiście ograniczenia)
okolice Cortiny to górskie drogi z serpentynami - momementami miałem wrażenie, że bogatsi Włosi przyjeżdżają tutaj urządzać sobie wyścigi w drogich, sportowych autach (może stąd ilość fotoradarów w wioskach)
Cortina i okolice bardzo mi się spodobały, pomimo "turystyczności" można sobie poradzić prowadząc koczowniczy tryb życia, chociaż jest to nieco trudniejsze do realizacji
jednak być może możliwe jest to tylko we wrześniu - ilość i wielkość niektórych parkingów sugeruje, że może tu być tłoczno - gdy na ferracie jest kolejka to przypomina to Giewont w wakacje...
włoska pizza jest faktycznie bardzo dobra, niemniej my też potrafimy robić dobre pizze
Via ferraty, czyli główny cel wyjazdu - strzał w dziesiątkę. Idealny poziom trudności jak dla mnie - można czerpać frajdę ze wspinania nie posiadając zbyt dużego doświadczenia, ponieważ trasy do wspinania są stosunkowo łatwe, a te najcięższe fragmenty można pokonywać posiłkując się liną. Można się również na nich całkiem zmęczyć.
we Włoskich sklepach papierowa torba na zakupy to nie jest "hurr durr bądź eko za jedyne 4zł + vat" tylko jest to najtańsza siatka na zakupy i kosztuje 15 eurocentów, z kolei foliowe cienkie siateczki są oznaczone jako kompostowalne i są z wyczuwalnie innego tworzywa
pieczywo (nawet w Lidlu) pomimo podanej ceny za sztukę jest sprzedawane na wagę
bondziorno, gracje, si, no, ćao to słowa, które wystarczyły, aby przetrwać ponad tydzień
Dolomity są piękne i można tu uprawiać bardzo wiele form aktywności (o czym już wspominałem)
i tysiąc innych rzeczy o których nie wspomniałem
Jutro ma być ładna pogoda, a ja mam niewyjaśnione porachunki z pewnym pagórkiem...
Buahaha, jednak urlop. Ale stacja na ktorej poprzednio bylem jest od 15 xD