Tydzień przed lutowym wypadem do Zwardonia (opisanym w poprzedniej Migawce) pogoda w Krakowie była już tak mocno wiosenna, że trudno było wysiedzieć spokojnie w pracy w oczekiwaniu na weekend. Korzystając więc ze słonecznej niedzieli, razem z przyjaciółmi z Adventure Globe poeksplorowaliśmy sobie okolice zbiorników osadowych w Nowej Hucie.
Zdarzyło mi się już szperać po okolicach Kombinatu kilka razy, odkąd parę lat temu pokazał mi ten rejon mieszkający w Nowej Hucie kolega Piotr, ale jeszcze nigdy tam nie byłem ze Zmorą. Z Podgórza na pętlę Pleszów można dość dojechać tramwajem, choć trzeba uzbroić się w cierpliwość :)
Od rana w Podgórzu niepodzielnie rządziła mgła, ale na szczęście zdążyła opaść zanim dotarliśmy do celu.
Pierwszym celem był pomost na największym czynnym zbiorniku.
Pomost zakończony jest platformą nad swego rodzaju studnią do której z kilkumetrowej wysokości spada z hukiem woda do ciągu rur łączących ten zbiornik z kolejnymi. Trzeba mocno uważać, bo albo z powodu starości, albo złomiarzy, brakuje w podeście jednej z klap zabezpieczających.
Większa część pozostałego terenu to osuszone zbiorniki, pokryte odradzającą się roślinnością i poprzecinane rurami, których przeznaczenia jedynie się domyślam.
[Kuba i Monika]
Światło było na tyle rewelacyjne, że grzechem byłoby nieskorzystanie z niego :)
Po ominięciu starego kanału prowadzącego do portu barek rzecznych (?), z którego obecnie korzystają jedynie wędkarze, dodreptaliśmy do Wisły i wzdłuż niej po sporym łuku doszliśmy do Fortu Mogiła i Kopca Wandy.
[Stopień zadowolenia Pioruna ze spaceru był wprost proporcjonalny do stopnia ubłocenia]
Całą trasę naniosłem na poniższą mapkę:
Na koniec dodam tylko, że obaj z Kubą żywimy do tej okolicy sentyment, jako że jest związana z czasami naszej edukacji fotograficznej. Kuba jedno ze swoich dyplomowych zdjęć zrobił na skrzyżowaniu które minęliśmy na samym początku spaceru, ja zaś jedno ze swoich robiłem w nocy na terenie osuszonego zbiornika (fota poniżej).
To był ostatni wpis na tym blogu. Jeszcze w tym miesiącu światło dzienne ujrzy nowa strona, na własnej domenie :-)
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality
Anya is LIVE right now
FREE
Free to watch • No registration required • HD streaming
Mam takie szczęście, że otaczają mnie przyjaciele którzy dają się czasem namówić na różne dziwne eskapady. Tym razem wywiało nas aż do Zwardonia, do cichej drewnianej chatki rzut beretem od słowackiej granicy.
W sumie sześciu ludzi i cztery psy, które musiały znaleźć jakiś wspólny język w krótkim czasie i ograniczonej przestrzeni. Można powiedzieć, że prawie się udało :)
Kuba planuje trasę trailrunningu z Piorunem.
Pogoda dopisała nam w stu procentach, słoneczko, bezwietrznie. Nie było nawet w połowie tak mroźnie jak się spodziewałem, wyjeżdżając z Krakowa.
Dobrze wybiegane psy są znacznie mniej awanturujące się ;-)
W sobotę chcieliśmy zrobić nieco dłuższą trasę, zahaczającą o Wielką Raczę i Przegibek. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie na zdrowy sen wzięło górę i plan wycieczki przez to zdążyliśmy zrealizować tylko w 50% ;-)
W takiej chatce to ja mógłbym mieszkać :-)
Patrzę teraz na zapełniony kalendarz i wygląda na to, że raczej nie dam rady tej zimy poszwędać się jeszcze ze Zmorą w śniegu (Chyba że będzie jeszcze jakieś jej nagłe uderzenie w końcu marca). Ale nic to, wyglądamy wiosny i nowych okazji do zrzucenia zimowego futerka i sadełka ;-)
Po powrocie ze Słowacji nie zwolniliśmy ze Zmorą tempa, już kilka dni później szwędaliśmy się pomiędzy Cisną i Komańczą. Tym razem jednak nie samotnie, ale w towarzystwie Moniki i Foresta :-)
| Monika & Forest |
| Forest w poprzednim wcieleniu był wydrą :) |
| Nagła burza zmusiła nas do noclegu w lesie |
| Zmora przed... |
| ... Zmora po :) |
| Tak, to oznacza, że nie tylko Zmora polubiła się z Forestem ;) |
Kolejny (po Węgrzech) wypad pt. “daleko i bez mapy”, chyba wejdzie mi to w nawyk :-) Zmora po raz pierwszy zobaczyła morze i choć nie popluskała się się zbyt dużo, to i tak miała sporo frajdy :-)
| Bar mleczny “Poranek” w Słupsku - nie miałem okazji się tam stołować, ale plakaty reklamowe dają radę :) |
| Ustka |
| Trasę Ustka - Jarosławiec musieliśmy pokonać z dala od plaży ze względu na zamknięty teren poligonu w Wicku Morskim |
| W trakcie 3 dni marszu zahaczyliśmy m.in. o cztery różne przybrzeżne jeziora |
| Z Jarosławca do Mielna sunęliśmy już to trochę plażą, to trochę nadmorskim lasem |
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality
Anya is LIVE right now
FREE
Free to watch • No registration required • HD streaming
Mój pierwszy film ze Zmorą :-) Dziękuję za wsparcie projektu "Korsykańska Zmora" w konkursie Portalu Górskiego i uchylam rąbka tajemnicy nt. następnego pomysłu.
Po dwóch średnioudanych próbach, udało mi się wreszcie tej zimy doświadczyć jakichś fajnych widoczków, a przy okazji pomóc parze turystów :-)
Tytułem wstępu: Poniższe oraz inne fotki z tego spaceru, w lepszej jakości i rozmiarze, znajdziecie tu: KLIK!
Zapraszam też do obejrzenia fotek z innych spacerów! KLIK!
Jak każdy fajny pomysł na spacer, tak i ten pojawił się spontanicznie. Paulina z siostrą jechały na narty do Czorsztyn Ski w Kluszkowcach, zabrałem się więc z nimi i wysiadłem po drodze w Harklowej. Bo na narty niespecjalnie miałem ochotę, natomiast na spacer z psem - zawsze :-)
| Harklowa z widokiem na Tatry |
Zapowiadała się całkiem niezła pogoda, pochmurna, ale z nienajgorszą widocznością. Nie tracąc zbędnie czasu ruszyliśmy więc w kierunku stacji turystycznej Studzionki.
| Chodź tu Zmora! |
| Siła argumentu ;-) |
Po wspięciu się na grań nie pozostawało nic innego, jak cisnąć do celu dzisiejszej wycieczki, czyli szczytu Lubania (nie Lubonia!). Czerwony szlak nie jest jakiś szczególnie widokowy, ale co jakiś czas z prawej strony zerkały na nas pochmurne Tatry (a my zerkaliśmy na nie).
| I fucking love snow! |
Po drodze trzykrotnie natknąłem się na samotnych turystów idących z naprzeciwka. Każdy z nich był albo na nartach, albo rakietach śnieżnych i każdy odradzał mi dalszą wędrówkę - że za trudno bez wspomagaczy i że pies też nie da rady. Pierwszym dwóm podziękowałem, ale po trzecim zacząłem myśleć. Było sporo kopnego śniegu, owszem, ale to nic czemu byśmy nie sprostali. Szybkie sprawdzenie czasu do zmierzchu, pozycji na mapie, telefon do znajomych w Kluszkowcach (żeby wiedzieć czy jest opcja podebrania mnie z Maniów gdybym zdecydował, że schodzimy), inspekcja stanu łapek i samopoczucia Zmory i podejmuję decyzję że idziemy dalej.
Okazało się, że to była dobra decyzja, zwłaszcza że mimo głębokiego śniegu mogłem iść po śladzie tych napotkanych turystów. Docieramy na szczyt jeszcze przed zachodem słońca.
| Krzyż Papieski na Luboniu |
|W tle widać przysypaną puchem bazę namiotową |
Postanawiam nie czekać aż słońce zejdzie całkowicie, tylko zacząć schodzić z góry póki jest widno. WTEM! Spotykam parę turystów, którzy wychodzą na szczyt, właśnie na zachód słońca. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że nie mają latarki, ale wcale nie zamierzają rezygnować ze swojego planu. Sprawdzam na mapie gdzie jesteśmy, oszacowuje czy uda mi się zejść przed ćmą chociaż do granicy lasu nad stokiem w Kluszkowcach i proponuję im wzięcie mojej czołówki. Wymieniamy się kontaktami, dziękują, obiecują odesłać latarkę po powrocie z weekendu i się rozchodzimy. A w zasadzie ja się “rozbiegam”, bo cisnę ze Zmorusem na dół na pełnej prędkości żeby zdążyć zanim zrobi się ciemno. Zmora myśli, że przechodzimy w tryb biegu i ciągnie mnie w dół z mocą wilczura :-)
Na dół docieramy akurat gdy na stoku włącza się nocne oświetlenie, co funduje nam sympatyczny widoczek z Tatrami i pobłyskiem zachodzącego słońca w tle.
Generalnie gdyby nie Zmora i jej siła pociągowa, to szłoby się dużo trudniej z powodu tego głębokiego śniegu, nie mówiąc już o finalnym zejściu, a w zasadzie zbiegu. Chapeau bas!
| Większa wersja: KLIK! |
W sumie spacer zamknął się w około 19 kilometrach. Latarka do mnie wróciła kurierem. Z winem :-)
Od dłuższego czasu biegam regularnie z psem, idzie nam na tyle dobrze, że doszedłem do wniosku, że czas na jakieś poważniejsze wyzwanie. Celem stało się ukończenie “Koniczynka Trail Marathon” w pięknym otoczeniu Ojcowskiego Parku Narodowego. Pełna relacja już się robi :-)
Tak naprawdę nie liczył się dla mnie sam udział w zawodach i wynik - nie zostałem wylosowany do listy startowej i w dodatku biegłem z psem. Na Koniczynkę pojechaliśmy więc ze Zmorą na pełnym lajcie - żeby pobiec sobie bez spiny na końcu peletonu, poruszać się, pooddychać świeżym powietrzem, a przede wszystkim - spotkać się z niesamowitymi ludźmi. Niesamowici ludzie, jeśli to czytacie - dziękuję Wam za wspaniałą Koniczynkę :-)
| Niestety, nie mój! :-P |
| Zmora przed biegiem |
| Trasa była naprawdę cudna |
| Pobiegowe tarzanko! |
No i parę zdjęć tego, co było tak naprawdę najważniejsze...
Choć wydawałoby się to niemożliwe - wszak po Beskidzie Sądeckim chodzę bez mała od kilkunastu lat - udało nam się wybrać na spacer do jakiegoś nieznanego miejsca :-)
Tytułem wstępu: Poniższe oraz inne fotki z tego spaceru, w lepszej jakości i rozmiarze, znajdziecie tu: KLIK!
Zapraszam też do obejrzenia fotek z innych spacerów! KLIK!
Miejscem tym była Chatka Magury, bardzo przytulne prywatne schronisko położone na zielonym szlaku granicznym między Piwniczną i Obidzą (więcej informacji znajdziecie na jej stronie: http://www.chatkamagory.pl/ ). Tak się jakoś złożyło, że działa już parę ładnych lat, a jeszcze nigdy w niej nie byłem, nie mówiąc już o Zmorze.
Po szybkim upewnieniu się czy akceptują obecność psów, zapakowaliśmy Zmorę i Corteza do wozu i śmignęliśmy z Moną i Kubą do Jaworek, zahaczając po drodze o gościnny dom tego ostatniego :-)
| Zmora & Cortez |
| Zmora uwielbia robić “aniołki” na śniegu :-) |
| Dom Nigela Kennedy’ego w Jaworkach |
Szybkim marszem przez Rezerwat Białej Wody, ograniczonym jedynie przez śliskość zmarzniętej nawierzchni, zaczęliśmy wspinać się na przełęcz Rozdziele.
| Pogoda w pewnym momencie zaczęła nieco straszyć, na szczęście tego dnia na straszeniu się skończyło |
| “No co tam Maciu?” |
Po drodze zanotowałem sobie kilka miejsc do których warto byłoby wrócić latem na lightpainting (co to jest? https://www.facebook.com/media/set/?set=a.504735412941486.1073741825.191059974309033&type=3 :-) ) jak niesamowite drzewa-bliźniaki, czy niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia blaszany “hangar” po słowackiej stronie granicy.
Im wyżej, tym mroźniej, co widać było zarówno po mijanych drzewach, jak i wieży widokowej, na którą natknęliśmy się dość niespodziewanie (nie miałem jej na mapie).
| Rewelacyjny widok z wieży |
| Jeszcze bardziej rewelacyjna panorama :-) |
W końcu docieramy do chatki, na szczęście udało nam się to zrobić jeszcze przed zmierzchem, bo przy tej widoczności po zmroku mogłoby być kiepsko, zwłaszcza że skręt ze szlaku na chatkę łatwo przegapić, a zanim się do niej zejdzie, mija się inne zabudowania.
| Główna część Chatki Magury |
| Wnętrze jej ogólnodostępnej kuchni |
W chatce zostaliśmy zakwaterowani w osobnym pomieszczeniu, w “stodółce”, z pryczami i własnym piecem w którym od razu rozpaliliśmy. W kuchni w głównym budynku (widocznej na zdjęciu powyżej) można przygotować sobie posiłek, zagotować wodę, umyć naczynia, posłuchać radia, poczytać którąś z miejscowych książek, pobujać się w fotelu, lub zagrać w planszówkę. I tę ostatnią opcję wybraliśmy po kolacji, zabierając grę “Pan tu nie stał!” ze sobą do “stodółki” i grając w nią, aż nam się powieki same zaczęły zamykać :-)
Nasza dalsza trasa zakładała zejście do Kosarzysk i powrót do Jaworek przez Niemcową i Wielki Rogacz, tak by nie wracać po własnych śladach.
| Niemcowskie koty niespecjalnie były zadowolone z wizyty dwóch piesków :-) |
O ile dotarcie do Niemcowej nie sprawiło żadnego problemu, to wydawałoby się łatwiusieńki i dobrze nam znany odcinek na Wielki Rogacz trochę nas złamał. Pogoda niespodziewanie się pogorszyła, wiejący nonstop silny marznący wiatr dał nam nieźle w kość zanim udało nam się dotrzeć do skrzyżowania szlaków na Rogaczu i skręcić na południe.
Powrót do zostawionego w Jaworkach wozu szlakiem ponad Rezerwatem Białej Wody minął już spokojniej, choć bez rewelacyjnych widoków.
| Nic to, że zimno! |
| Tia, jasne... |
Podsumowując - fajnie, że udało się odwiedzić nowe dla nas miejsce w Sądeckim i że okazało się bardzo przytulne i dobrze zagospodarowane. Spodziewaliśmy się tylko nieco lepszej pogody, ale tegorocznej zimy niestety nie mieliśmy do niej jakoś szczęścia.
| Większa wersja: KLIK! |
W sumie przespacerowaliśmy około 31 kilometrów, co jak na zimę nie jest wynikiem złym. Byle do następnej :-)
Na majówkę wybraliśmy tym razem “Beskid Cichy”, gdzie spędziliśmy z paczką wspaniałych przyjaciół wspaniały weekend w nie-do-końca-wspaniałej pogodzie :-) Pełna relacja tuż tuż...
PROPOZYCJA! Puść sobie “Bartne” i oglądaj foty :-)
| Utonęły w zieleni pól i puchu nieba |
| W morzu liści i wełnianym swetrze traw |
| Moja pamięć, moje myśli nie zbadane |
| Zaklęte w melodii ruskich harf |
| Gdzieś na krańcu świata, gdzie nie widać piekieł |
| Tylko niebo na ikonach srebrem lśni |
| Święty spokój ofiaruje nam Mikołaj |
| Święty spokój w jego skośnych oczach tkwi |
| Dobry Pan mnie wiedzie wyboistą drogą |
| Dobry Pan życzenia moje zna |
| W górach myśli poszybują ku pradawnym Bogom |
| A w kopułach cerkwi wieczność trwa |
| Na tej drodze różne słowa już padały |
| Słowa złe i dobre, miłość szła i śmierć |
| Tylko buki w górach niewzruszone stoją |
| Jakby chciały się do nieba wznieść |
| Nikt nie spieszy się, nie zżyma się, nie złorzeczy |
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality
Anya is LIVE right now
FREE
Free to watch • No registration required • HD streaming
Tyle razy byłem na Babiej Górze, że uległem durnej myśli, że Babia nie jest w stanie mnie już niczym zaskoczyć. O tym jak bardzo się myliłem przeczytacie w tej relacji :-)
Tytułem wstępu: Poniższe oraz inne fotki z tego spaceru, w lepszej jakości i rozmiarze, znajdziecie tu: KLIK!
Zapraszam też do obejrzenia fotek z innych spacerów! KLIK!
Pomysł styczniowego wejścia na Babią wyszedł od Radka, jakoś tak zwyczajnie, przy rozmowie o niedosycie zimowego łażenia po górach. A biorąc pod uwagę bliskość tego najwyższego szczytu Beskidów Zachodnich (jak to brzmi!), od pomysłu do realizacji droga była naprawdę krótka...
Pesymistyczna prognoza pogody trochę gasiła entuzjazm, ale liczyliśmy że nasze doświadczenie i wyposażenie jej sprosta. Nie żeby były one jakieś szczególnie rewelacyjne, ale powinny wystarczyć.
Ze względu na restrykcyjne przepisy Babiogórskiego Parku Narodowego Zmora tym razem została w domu. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że z psem można ponoć wejść na Babią od słowackiej strony bez potencjalnych nieprzyjemności.
Dowiedziałem się o tym dzięki grupie na FB “Pies w terenie”, którą polecam: https://www.facebook.com/groups/pieswterenie/ :-)
Z Zawoi Policzne dość szybko domaszerowaliśmy do Markowych Szczawin, pogoda zaczęła się pogarszać, ale podjęliśmy decyzję, że idziemy przez przełęcz Brona na szczyt.
| Entuzjazm Radka przeważył :-) |
Do przełęczy szło się łatwo, po śladzie wyznaczonym przez skuter śnieżny, który wywiózł ze schroniska ekipę telewizyjną która kręciła jakiś materiał o ratownikach GOPR (sic!).
| Widoczność była tak słaba, że wystarczyło zatrzymać się na moment by zrobić zdjęcie i już można było zgubić partnera |
Powyżej niej pogoda jednak pokazała swoją prawdziwą siłę. Megazimny, przeszywający wiatr dosłownie wyrywał z butów. Gdyby nie fakt, że miałem na stopach pożyczone przez Radka raki (Stokrotne dzięki!) wiatr przewracałby mnie co pięć kroków. Serio. A tak, to przyginało mnie do ziemi tylko co dwadzieścia :-)
Po dużo dłuższym niż planowaliśmy czasie i po minięciu wielu schodzących w dół turystów którzy zrezygnowali z podejścia, dotarliśmy na szczyt. Tak naprawdę to nie dało się wytrzymać tam w pozycji stojącej dłużej niż kilkanaście sekund, więc machnęliśmy sobie tylko pamiątkową fotę i od razu zaczęliśmy schodzić by nie odmrozić się kompletnie.
| O dziwo w tych ekstremalnych warunkach, w dziurce pod wiatrochronem na szczycie, żyła sobie tłuściutka myszka :-) Była na tyle bezczelna, że nie przejmując się nami, próbowała zajumać jakieś jedzonko z mojego otwartego plecaka! (sic!) |
Po zejściu i krótkim ogrzaniu się w schronisku czekał nas jeszcze żmudny marsz do Zawoi Markowej, w roztapiającej się brei sięgającej kostek. Na miejscu okazało się, że jednak szczęście trochę się do nas uśmiechnęło, bo bus do Krakowa w zasadzie czekał na nas i pięć minut później, masakrycznie wręcz zmęczeni drzemaliśmy w drodze do domu.
| Większa wersja: http://mapa-turystyczna.pl/route/slur |
Trasa finalnie wyniosła tylko 15km, ale mimo tego, że na Babiej w zimie byłem już ze trzy razy, to jednak było to najbardziej męczące i marznące piętnaście kilometrów jakie w życiu przeszedłem.
Pierwszy zagraniczny spacer Zmory był zarazem moim pierwszym wypadem na Węgry. Od razu po powrocie wrzucam krótką zajawkę, pełna relacja już wkrótce! :)
| Kuba i Mona podrzucili nas do Miszkolca |
| Pies który jechał kolejką (wąskotorową) |
| Jedyny Węgier znający język polski, którego spotkaliśmy na trasie :) |
| Pozdro z Barlangszállás pod Cserepes-kő (spróbuj to wymówić!) :) |
| Przeczekujemy deszcz nadrabiając niedobory snu i prozy Sapkowskiego |