Migawka #5 - W pogoni za zimą
Mam takie szczęście, że otaczają mnie przyjaciele którzy dają się czasem namówić na różne dziwne eskapady. Tym razem wywiało nas aż do Zwardonia, do cichej drewnianej chatki rzut beretem od słowackiej granicy.
seen from Chile
seen from Türkiye

seen from Spain

seen from Serbia
seen from Singapore

seen from Germany
seen from Singapore
seen from Singapore
seen from Spain

seen from Senegal
seen from Spain

seen from Brazil
seen from Syria
seen from South Korea
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Australia

seen from United States

seen from Denmark
seen from United Kingdom
Migawka #5 - W pogoni za zimą
Mam takie szczęście, że otaczają mnie przyjaciele którzy dają się czasem namówić na różne dziwne eskapady. Tym razem wywiało nas aż do Zwardonia, do cichej drewnianej chatki rzut beretem od słowackiej granicy.
W sumie sześciu ludzi i cztery psy, które musiały znaleźć jakiś wspólny język w krótkim czasie i ograniczonej przestrzeni. Można powiedzieć, że prawie się udało :)
Kuba planuje trasę trailrunningu z Piorunem.
Pogoda dopisała nam w stu procentach, słoneczko, bezwietrznie. Nie było nawet w połowie tak mroźnie jak się spodziewałem, wyjeżdżając z Krakowa.
Dobrze wybiegane psy są znacznie mniej awanturujące się ;-)
W sobotę chcieliśmy zrobić nieco dłuższą trasę, zahaczającą o Wielką Raczę i Przegibek. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie na zdrowy sen wzięło górę i plan wycieczki przez to zdążyliśmy zrealizować tylko w 50% ;-)
W takiej chatce to ja mógłbym mieszkać :-)
Patrzę teraz na zapełniony kalendarz i wygląda na to, że raczej nie dam rady tej zimy poszwędać się jeszcze ze Zmorą w śniegu (Chyba że będzie jeszcze jakieś jej nagłe uderzenie w końcu marca). Ale nic to, wyglądamy wiosny i nowych okazji do zrzucenia zimowego futerka i sadełka ;-)

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Madeira Island Ultra Trail - moja pierwsza (ponad) setka
PROLOG - Rok temu.
To było mniej więcej rok temu. Myślałem wtedy tylko o tym, że już niedługo pobiegnę mój pierwszy trail – Wielką Prehybę. Czterdzieści-kilka kilometrów dookoła Szczawnicy.
Ja, człowiek asfaltu, którego bieganie opierało się zawsze przede wszystkim na rytmie i powtarzalności, po raz pierwszy biegł w góry.
Przygotowania do wyjścia - część rzeczy pojechała na przepak ale większość zabrałem z sobą na trasę.
Wtedy zawody były celem samym w sobie i choć chciałem je przede wszystkim jakkolwiek ukończyć, zadanie i tak wydawało się nieosiągalne. Dokładnie tak samo jak rok później, gdy stanąłem na linii startu prawie trzykrotnie dłuższego biegu – Madeira Island Ultra Trial.
WSTĘP - Nie do ogarnięcia!
Cały ten start jest tak wielki, niesie z sobą tak dużo wrażeń, doświadczeń i wiedzy, że nie wiem od czego zacząć. Wszystko zlewa się w jakąś wielką całość. Choć teraz jest już i tak lepiej niż dzień po zawodach gdy nie pamiętałem połowy wydarzeń z trasy. To właśnie dlatego tak długo musieliście czekać na ten tekst.
Najczęstsze pytanie brzmi – jak się biegło? Niestety nie da się na nie jakoś prosto odpowiedzieć. Biegło się i cudownie i beznadziejnie. Szybko, z mocą ale też bezsilnie, słabo i umierająco. To jest kruca 115 kilometów! Jest czas i miejsce na wszystkie rodzaje wszystkiego.
Czwartkowe przymiarki do niedzielnego finiszu ;)
NAUKA I - Ten jeden podbieg jest wyższy niż całe twoje wybieganie.
Jadąc na Maderę wiedziałem, że MIUT dostał od ITRA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Biegów Górskich) pięć na pięć możliwych gwiazdek w skali trudności. Zadawałem sobię sprawę z tego, że będzie bardzo ciężko. Nie sądziłem jednak, to "bardzo ciężko" będzie aż TAK ciężkie. No bo niby skąd miałbym to wiedzieć? Przełożenia typu „trzy razy Wielka Prehyba” albo „tylko trochę więcej niż Góral”, okazały się o kant dupy rozbić. To jest całkowicie inna bajka!
Co jest więc takiego wyjątkowego w tej trasie? Powinienem raczej zapytać – co jest wyjątkowego w bieganiu na wyspach?
Chyba najważniejsze jest to, że wyspy są z reguły małe, a góry na nich potrafią być mimo wszystko wysokie. Szczególnie gdy uświadomimy sobie, że na wyspie każda góra "liczy się" od poziomu morza. Wybitność, najwyższego szczytu Madery (Pico do Ruvio) wynosi 1861 m czyli dokładnie tyle ile jego wysokość. Dla porównania polskie Rysy (mierzące 2499 m n.p.m), mają jedynie 163 m wybitności.
Pico do Ruivo (1862m n.p.m.) widziany z Ribeira das Ferias (625m n.p.m.)
To wszystko przekłada się na bardzo długie i strome zbiegi oraz jeszcze dłuższe podejścia. Biegając po Polsce (głównie w Beskidach) przyzwyczaiłem się do tego, że wbiegam na grań raz czy dwa. Później dostaję trochę zbiegu, trochę podbiegu i tak w kółko. Generalnie gdy zdołam się którymś z nich mocniej zmęczyć, dostaję zmianę i odpoczywam. Na Maderze, gdy zdążysz się zmęczyć podejściem, jesteś dopiero na jego początku. Najwyższe podejście na trasie MIUT miało ponad 1200m w pionie (czyli więcej niż większość moich całych treningów!) i mieściło się na 8,5 kilometrach. To właśnie na tym odcinku spotykałem biegaczy schodzących chwiejnym krokiem w dół. Pytałem czy wszystko w porządku? Odpowiadali, że tak a chwilę później wywalali żołądek w krzaki. Z resztą ja sam nie pamiętam dużej części tego fragmentu...
Na zbiegach było tak samo. Najbardziej "zaskoczył" mnie odcinek po pierwszym punkcie kontrolnym. Bita godzina biegu w dół, bez przerwy i ciągle. Dwójki w udach już dawno mnie tak nie paliły.
Miejsce startu w Porto Moniz. W tle szczyt pierwszego podbiegu na trasie - niecałe 400m w górę. Następny był prawie 4 razy wyższy...
I właśnie to jest pierwsza nauka, jaką przywiozłem z Portugalii. Długotrwałe jednostajne podbiegi i zbiegi na treningu. Podbiegać czy też bardziej - podchodzić trzeba nie tylko móc (ze względu na siłę) ale też umieć (ze względu na głowę). Zbiegi są ogólnie trudnym elementem biegania po górach, bo nie tylko trzeba mieć siłę i technikę ale przede wszystkim trzeba się odważyć. To jest moje pierwsze zadanie domowe przed lipcowym Eiger Ultra Trial.
NAUKA II - Jedz! A jak nie możesz to zwymiotuj i się zmuś.
Jedzenie na trasie to generalnie bardzo trudna sprawa, którą (muszę się szczerze przyznać) zdupiłem na całej linii. Mogę śmiało zaryzykować twierdzenie, że podczas tego startu spaliłem grubo ponad 10 000 kalorii. Niestety tym razem nie mogłem się zważyć przed i po ;) Tak czy inaczej w obliczu takiego spalania, jedzenie musiało być i było mega-ważne.
Widok na checkpoint pod Pico do Ruivo (69,7km) - najwyższym szczytem Madery.
Tutaj warto wspomnieć o punktach odżywczych na trasie. Kawa, herbata, Pepsi, woda, izotonik, pomarańcze, banany, orzeszki, krakersy, chleb, pyszne cynamonowe ciasto, oliwki (!), ryż z mięsem (!!) i rosół (!!!)... To wszystko tam było i do końca niczego nie brakło. Ratowała mnie szczególnie ta zupa. Teraz już wiem, że gorący rosół na prawdziwym kurczaku potrafi uratować życie ;)
Wszystko spoko, szkoda tylko że tak mało z tego korzystałem. Bezpośrednio przed zawodami byłem cały czas głodny - wpitalałem przygotowane wcześniej kanapki, banany, słodycze... Niestety po starcie sytuacja całkowicie się odwróciła. Nie mogłem w siebie wmusić niczego konkretnego. Na przepaku w Ribeira das Ferias (61km) byłem wręcz o krok od zwymiotowania gdy wolontariusz podał mi talerz z ryżem. Ratowałem się żelami energetycznymi (choć i tak połowę doniosłem do mety), ciastem cynamonowym, pomarańczami no i tym rosołem. Wszystkie te rzeczy były jednak raczej słodkie a mi najwyraźniej brakowało soli i minerałów.
Druga nauka - naucz się jeść na trasie. Różnorodnego, wartościowego jedzenia. Zaplanuj posiłki i trzymaj się swoich ustaleń. To zadanie będę mógł przetestować już za niecałe 4 tygodnie na Salomon Hungary Ultra Trail.
Z rosołem na Pico do Areeiro (75km). Niby że się uśmiecham ale słabo było wtedy ze mną.
NAUKA III - Power drzemki - czyli jak zresetować mózg.
Szczerze Wam powiem, w najbliższym czasie nie planuję już biec aż tak długo. Nie ma bata! Czas na trasie przestrzelony o 9 godzin to mimo wszystko trochę za dużo. Trzeba się zdecydowanie przyłożyć do tego żeby biegać szybciej ;)
Założone 21 godzin biegu, wynikało z dwóch rzeczy.
Tempo samo w sobie wzięło się z długiego treningu, w bardzo ciężkich (śnieżnych) warunkach. Zrobiłem wtedy ponad 40km w tempie ok. 11min/km. 11min x 114km = 1254min czyli niecałe 21h. Na papierze wygląda to rzeczywiście bombowo.
Ważniejsze było jednak to, że będąc o 21:00 w Machico, kończyłem bieg jeszcze przed rozpoczęciem drugiej nocy. Doskonale wiedziałem co się może ze mną stanie po dwóch nieprzespanych nocach. Było się więc czego bać. W piątek wstałem bez budzika tak jak podpowiedział mi organizm. Przed wyjazdem na start próbowałem się jeszcze przespać ale to było już raczej leżenie i drzemanie niż poważny sen - emocje nie pozwalały mi zmrużyć oka. Przyjmijmy jednak, że spałem aż do 18:00. To daje nam 6h do startu i kolejne 30h na trasie - równo 1,5 doby na nogach.
Nie wiem czy próbowaliście kiedyś tyle nie spać - ja nie. Co się dzieje wtedy z człowiekiem? Ponoć 48h bez snu to jak 1,5 promila alkoholu we krwi. Powiem tak - tylko tyle? Najbardziej znamienny efekt, który pojawił się już pierwszej nocy, to bieg przez sen. Niby poruszasz się do przodu, zakręcasz, reagujesz na bodźce, odpowiadasz na pytania, a tak na prawdę śpisz. Są fragmenty tej trasy, których pewnie bym nie poznał - nogi szły a mózg spał.
Ścieżka między Areeiro i Ruivo - widoków nie było.
Drugiej nocy włączyły się halucynacje. Ruszające się w ciemności krzaki, postaci na granicy pola widzenia. Głosów nie słyszałem. Dwa haluny najbardziej zapadły mi w pamięć.
Jeden. Spotkałem na trasie zdechłego szczura. Pamiętam tylko, że leżał na boku i był jasny. Po jakimś czasie ten widok zaczął mi się "kopiować" na białe kamienie leżące na drodze. Halun był szczególnie creepy bo tych kamieni było tam na prawdę sporo ;)
Dwa. Cała trasa była oznakowana przede wszystkim taśmami z odblaskiem. Po ostatnim odcięciu czasowym (26h biegu), biegliśmy szerokimi płaskimi lewadami - prawie jak po ulicy. Gdy kilkaset metrów przede mną zobaczyłem nagle 3 - 4 osoby krzątające się przy zbiegu do lasu, pomyślałem że to kolejna lotna kontrola. Jedna zbliżała i oddalała się, druga chodziła w poprzek drogi, trzecia nagle wyciągnęła kamerę - "No ok, coś tam sobie nagrywają. Nie ważne...". Odwracam na chwilę wzrok i po chwili ludzi już nie ma! To było tak realne, że potem przez dobre 10 czy 15 min miałem ostrą jazdę na ten temat. Zastanawiałem się czy na pewno jestem na trasie no i gdzie oni wyparowali? Później okazało się, że przede mną biegł gość obklejony toną odblasków (świecący plecak = kamera), który w połączeniu z odblaskami na znakowaniu trasy, stworzył taką właśnie wizję.
Wykańczające podejście pod Pico do Ruivo - spalony las robił wielkie wrażenie!
Nie planowałem tego, nie sprawdzałem, nie ćwiczyłem ale mimo wszystko na jednym z ostatnich check pointów po prostu musiałem się zdrzemnąć. Położyłem się na długiej ławie stojącej wzdłuż stołu, nastawiłem licznik w telefonie na 10min i zamknąłem oczy. Pomijając to, że jeden Francuz ciągle świecił mi czołówką po oczach (chciałem go za to rozszarpać!) a drugi ktoś, ciągle rypał swoją ławką w moja ławkę, to "spało" (a raczej leżało) się wyśmienicie ;) W związku z okolicznościami, nie pomogło to aż tak jak bym chciał ale i tak czułem w głowie jakiś zarys świeżości (przez chwilę).
Trzecia nauka - naucz się spać na trasie. Tylko na wszelki wypadek. Tylko gdyby druga noc nadeszła zbyt wcześnie. Powernaps to maksymalnie 20min snu i ani minuty dłużej. Dokładnie tyle, żeby odpłynąć ale jeszcze nie wpaść głęboki sen. Reset mózgu gwarantowany a to przecież głową biega się ultra.
Widok z Pico do Areeiro (75km). Dał mi mocnego kopa bo chwilę wcześniej trochę sobie popłakałem.
FINISH - Niedosyt?
Przez kilka dni po mecie, miałem w sobie taki delikatny niedosyt. Bolał mnie ten rozjazd między oczekiwaniami a realiami - dokładnie 9 godzin rozjazdu. Teraz chyba bardziej koncentruję się już na tym, żeby wykorzystać te tony doświadczenia przywiezione z Madery, podczas treningów i następnych startów. A przecież kolejny już pod koniec miesiąca - Salomon Hungary Ultra Trail (52km).
Czy jestem więc zadowolony z tego biegu? Bez wahania odpowiadam - tak! To był najtrudniejszy bieg w jakim brałem udział i moja pierwsza (ponad) setka. W trakcie zawodów pojawiło się wiele nieprzewidzianych problemów a mimo to dałem rady dotrzeć do mety. Znacznie później ale skończyłem - zrealizowałem wyznaczony plan minimum i potwierdziłem dobrze odrobioną prace domową. Wytrzymałem siłowo (choć na tej przeklętej wyspie, zebrano chyba wszystkie schody tego świata), obroniłem się przed kontuzją kolan (a były momenty), sama meta natomiast potwierdza skuteczność długich wybiegań. Sprawdziły się też wszystkie nowe sprzęty i większość patentów.
“Co ja właśnie kurwa zrobiłem!?”
DZIĘKI!
Tego akapitu nie mogło tutaj zabraknąć :) Wasze wsparcie było niesamowite – ilość czystej kosmicznej mocy płynąca z komentarzy, smsów, likeów, postów... uskrzydlała. Jesteście niesamowici!
Ale hola hola, wybaczcie że to napiszę ale jest ktoś ważniejszy od Was. Bez niej nie było by mety, nie było by sukcesu, nie siedziałbym teraz przed komputerem w bezrękawniku z napisem MIUT 2015 115km Finisher - Mona.
Bez niej by się nie udało. To właśnie ona doprowadziła do tego, że mogłem się chwycić na mecie za głowę i pomyśleć „Co ja kurwa właśnie zrobiłem!?”. To ona kopnęła mnie w dupę na przepaku w Ribeira das Ferias i kazała biec dalej bo nie po to tu przyjechałeś żeby się poddać w połowie.
Dziękuję, że jesteś!
Moja Mona!
PS - Po co?
Po tym jak skończyłem Prehybę, patrzyłem z nieograniczonym zachwytem i szacunkiem na ludzi kończących Niepokornego Mnicha (93km). Myślałem wtedy, że nigdy (albo nieprędko) czegoś takiego nie zrobię.
Teraz, rok później gdy w różnych sytuacjach wychodzi, że biegam ultra, ludzie pytają mnie po co? Do tej pory nie miałem jakiejś konkretnej odpowiedzi. Mówiłem – a czemu nie? – bo mogę! – żeby znaleźć swoją granicę. – żeby wyznaczać sobie kolejne cele... To wszystko są dobre i prawdziwe odpowiedzi.
Po powrocie z Madery rozumiem jednak, że robienie takich rzeczy jak Iceland Adventure, Prehyba, Góral czy ten ostatni MIUT, jest ważne z jednego prostego powodu – wypycha mnie ze strefy komfortu. Wszyscy dobrze wiemy, że najlepsze rzeczy w życiu, czekają własnie tam.
Ultra2015 - Start!
Post zaczął się pisać jeszcze w Szczawnicy gdy nie mogłem sobie znaleźć miejsca w sobotnie popołudnie. Kończę go już w Ribeira Brava na Maderze. Po drodze były jeszcze Kraków, Hamburg i Lizbona ;)
Lotnisko w Hamburgu było chyba najwygodniejszym na jakim “spałem” ;)
Tak startuje mój pierwszy prawdziwy sezon w bieganiu ultramaratonów. Zaczynam od MIUT czyli Madeira Island Ultra Trail. 115km i ponad 6800m przewyższenia w górę i w dół w maks 32 godziny no i... mam tremę.
Denerwuję się tym jak przed maratońskim debiutem dobrych kilka lat temu. Teraz zastanawiam się skąd mi się to wzięło bo bardzo dawno się tak nie spinałem przed zawodami. Po części jest to pewnie spowodowane tak daleką i raczej skomplikowaną (trzy przesiadki) podróżą. Sam dystans no i trasa też budzą respekt. Najwięcej wątpliwości budzi we mnie jednak moje przygotowanie do tego startu i całego sezonu.
Nie mówię, że nie jestem przygotowany albo, że jestem przygotowany słabo. Sęk w tym, że cały czas gdzieś kołaczą mi się po głowie rzeczy, które mogłem w trakcie tych przygotowań zrobić lepiej.
Plan był bardzo ambitny. Miałem wykorzystać wszystkie nauki zdobyte podczas pierwszego ultra wybieganego w zeszłym roku - Góral Maraton (93km). Wszystkie czyli trzy: długie wybiegania (żeby przyzwyczaić się do wielogodzinnego wysiłku), siła (żeby nie dać się zabić) i zajęcie się zdrowiem kolana (żeby nie musieć znów maszerować przez 30km).
Od początku roku przebiegłem w sumie nieco ponad 400km. To tylko 130km miesięcznie czyli stosunkowo mało. Nie jestem więc jakoś świetnie wybiegany albo nie aż tak jak bym mógł. Planowałem zrobić zdecydowanie więcej przede wszystkim tych bardzo długich wybiegań. Skończyło się jednak jedynie na jednej 40 km pętli dookoła Szczawnicy. Martwi mnie to choć pocieszam się tym, że 20 km trening nie jest już dla mnie niczym nadzwyczajnym.
Siła to jest ten element planu, który zrealizowałem najlepiej. GTX (ćwiczenia z gumami i ciężarem własnego ciała) w 72D wszedł już na stałe do mojego treningu. Tutaj mogę też powiedzieć, że GTX świetnie wpisuje się trening i wymagania jakie stawia bieganie po górach. Zanim zacząłem chodzić na te treningi, myślałem że jestem dobrze skoordynowanym i zbalansowanym Kubą. GTX udowodnił mi się myliłem ;)
Czy zadbałem o kolano? Od grudnia pracowałem nad poprawieniem kroku i to przyniosło niezłe efekty. Obudowywanie się mięśniami tutaj też nie jest bez znaczenia. Tak czy inaczej, prawe kolano jeszcze do mnie “mówi” choć już zdecydowanie ciszej i rzadziej. Mój fizjoterapeuta Michał Kaczmarek powiedziałby pewnie, że można było to zrobić lepiej i jasne, że się z nim zgadzam. To jest też moja podstawowa przedstartowa zagwozdka - czy uda się dobiec bez kontuzji?
Jaki jest jednak podstawowy cel tego wyjazdu? Dobiec. To będzie mój debiut na ponad stukilometrowej trasie. Nie ma też co ukrywać, że MIUT ma bardzo wymagającą i trudną technicznie trasę. To będzie mój pierwszy pełny i prawdziwy sezon ultra i muszę z niego (a przede wszystkim tego pierwszego startu) wynieść jak najwięcej doświadczenia.
Na koniec zrobię zajawkę - będzie konkurs i to taki z nagrodami ;) O #SiedzęDlaSaraty napiszę osobny post - stej tjud a kciuki można trzymać już teraz ;)
Pierwsze urodziny Corteza
Zaczynam pisać ten post dwa dni przed powiedzmy siódmymi urodzinami Corteza. Powiedzmy bo przecież tak na prawdę nie wiem ile on ma lat. Ostatni rok spędziliśmy razem. Dziś gdy znów siedzę na podłodze gabinetu weterynaryjnego, a Cortez zalicza kolejną kroplówkę, zastanawiam się jaki był ten rok, co się wydarzyło, co się zmieniło i w końcu, czy było warto?
Zanim Cortez się uspokoił na tyle żebym mógł wyciągnąć z torby komputer, przeleciała jakaś 1/3 kroplówki. Dziś idzie całkiem szybko choć start był cięższy niż zazwyczaj. Znów wyciągnął z łapy wenflon i trząsł się na sam widok nowego. To już trzeci w ciągu trzech ostatnich dni. Chwilę mu zajęło zanim ogarnął sytuację. Teraz leży obok a ja klepiąc w klawiaturę, zerkam co chwilę czy kropelki nadal kapią w odpowiednim tempie, poprawiając czasem przewód łączący Corteza z przeźroczystą, plastikową butelką.
Siedzimy, piszemy, nic się nie dzieje, Cortez Was pozdrawia ;)
Od lipca 2014 Cortez ma tylko jedną nerkę. Musieliśmy ją usunąć po tym jak latem, wdało się w nią roponercze. Wtedy ledwo udało się go uratować. Po pół roku pojawił się problem z drugą nerką... Znów codziennie siedzę na podłodze tego samego gabinetu, obok tego samego psa, obserwując taką samą kroplówkę.
No bo co innego miałbym w tej sytuacji zrobić?
Tak Cortez wyglądał w styczniu 2014 r.
Cortez stał się nieodłącznym elementem mojego życia i mnie ogólnie. Razem mieszkamy, razem codziennie chodzimy do biura a gdy wszystko jest w porządku, razem biegamy treningi. Na zakupy nie chodzimy razem bo ciężko wejść do sklepu z psem. Może to i lepiej bo zbyt wielu ludzi nie ogarnia swoich czworonogów... Gdy dzwoni mama zawsze pyta "Co tam u Corteza?". Gdy przypadkiem pojawię się bez niego u znajomych psiarzy, zawsze pada pytanie "A gdzie Cortez?".
Ja i Cortez.
Czego się więc nauczyłem dzięki Cortezowi? Cofać gdy jego głowa zasłania mi całą tylną szybę i mnóstwa innych dziwacznych rzeczy. Najważniejsze są jednak przede wszystkim dwie sprawy:
Czytać psa i sygnały, które wysyła. Spędzając ze zwierzem tyle czasu, zaczynasz zauważać całą ogromną warstwę komunikacji, której nie widać na pierwszy rzut oka. Przypominam sobie teraz jak na początku po omacku próbowałem wyczytać co się dzieje w jego czarno-białej głowie - bezskutecznie bo do tego potrzeba czasu i to dużo. Pies uczy się pokazywać czego chce a ty uczysz się to dostrzegać. Dziś już mniej więcej wiem co i jak choć obserwując zdziwione miny "obcych", śmieję się, że rozumiemy się z Cortezem tak moja siostra rozumie nieogarnięty język mojego trzyletniego siostrzeńca Stasia. Tylko ona wie o co tak na prawdę mu chodzi ;)
Marzec 2014.
Nauczyłem się też wyznaczać granice, poza które pies nie może się posunąć i je egzekwować. To chyba najtrudniejsza ale też najważniejsza sprawa w posiadaniu psa - nie zapomnieć, że cokolwiek by się nie działo, to nadal jest "tylko" pies. To Ty za niego myślisz i odpowiadasz. To ty musisz go kontrolować a nie na odwrót. Niestety wielu psiarzy o tym zapomina. Psa można i trzeba traktować jak cześć rodziny. Nie można go jednak traktować jak człowieka bo... nim nie jest. Takie traktowanie przyniesie więcej szkody niż pożytku nie tylko psu ale też wszystkim dookoła niego.
Podczas wyjazdu w Beskid Śląski - Majówka 2014.
Czego nauczył się przez ten rok Cortez?
Szybko okazało się, że będzie musiał nauczyć się wielu, bardzo podstawowych rzeczy - dla niego całkiem nowych. Od biegania, przez jazdę tramwajem, chodzenie po schodach, śliskich powierzchniach no i oczywiście mostach, po całkiem zwyczajne psie komendy i zadania. Szczęśliwie okazał się bardzo inteligentnym psem (gdy tylko nie ma akurat ADHD) i szybko załapał, że z mostu nie da się aż tak łatwo spaść a tramwaj wcale nie chce nas zabić. Jest tego sporo dlatego tu chyba przyda lista. W ciągu tego roku Cortez nauczył się:
zostawać samemu w domu.
siadać i warować.
robić hop i łuf (choć motywacja musi być duża/smaczna).
jeździć w bagażniku samochodu.
jeździć tramwajem/autobusem MPK.
siadać przed wyjściem/podczas ubieraniu obroży i wychodzić dopiero na komendę.
no i oczywiście chodzić po mostach! :)
Podróż przez słoweńskie Alpy.
Po drodze było też mnóstwo wspólnych przygód. Razem pojechaliśmy autem do Rumunii i Słowenii. To prawie 4000 km i w sumie ze trzy tygodnie w aucie. Były też gorsze tygodnie, te spędzone w przychodni.
Wspólnie przeżyliśmy:
wyprawę autem do Rumunii.
dwutygodniowy wyjazd autem do Słowenii.
kilka wielodniowych wyjść w góry.
wyjazd pociągiem nad polskie morze.
wielką przygodę pod tytułem pół roku z jedną nerką.
Cortez poluje na kaczki w Jeziorze Bohnijskim.
To wszystko nie jest oczywiście takie kolorowe. Trzeba mieć w sobie mocną... bardzo mocną świadomość tego, że rzeczywiście chce się mieć psa. Trzeba być o tym przekonanym w 150% i cały czas umieć znajdować ku temu kolejne, nowe powody. Jeśli stracisz lub co gorsza, w ogóle nigdy nie miałeś w sobie tej motywacji, sprawy mocno się skomplikują, przede wszystkim dla psa. Gdy twój pierwszy poranny krok wyląduje w ciepłej kałuży, gdy spróbujesz wyciągnąć z pyska martwego (już) gołębia, gdy nadstawisz siebie żeby nie pogryzł weterynarza, gdy zobaczysz rachunek za operację... zwątpisz.
Siedzę więc dalej na podłodze u weta, kroplówka powoli się kończy a ja i myślę czy to wszystko jest warte tego całego zachodu?
Jest.
Cortez i Tybet.
Cortez i Zmora w jednym bagażniku.
Cortez przy obserwatorium na Lubomirze.
Nad Balatonem.
Cortez nad słoweńskim Adriatykiem.
Cortez na szczycie.
Na majówce w Beskidzie Śląskim.
Wyjazd do Rumunii 2014.
Cortez wielokrotnie udowodnił, że ma w... "poważaniu" sprawy, które go bezpośrednio nie dotyczą ;)
Wylegując się na gdańskim nabrzeżu.
Przed moim startem w Wielkiej Prehybie.
Niemcowa 2014.
Rok 12 Wyzwań
Pobudka! Wstawać! Koniec przerwy! Wystarczy już tego świąteczno noworocznego odpoczynku od Adventure: Globe ;) Dzień dobry! Zaczynamy 2015. Zaczynamy Rok 12 Wyzwań! :)
Na początek oglądnijcie sobie tę prezentację z TEDa. Jest krótka (jak na TEDa) i ma napisy po polsku więc nie ma to tamto, klikać i oglądać ;)
No to chyba już wszystko jasne co? Tak jak dowiecie się z podsumowania Roku Małych Odwag (które ciągle męczę i wymęczyć nie mogę :( ), Małe Odwagi zostają z nami na dłużej (szał radości). Motywem przewodnim na nowy rok będzie jednak Rok 12 Wyzwań. Dwanaście trzydziestodniowych czaleńdżów, które w dodatku w dużej części sami dla mnie wymyślicie.
Tak tak, dobrze przeczytaliście. Przez ostatnie kilka dni stworzyłem sobie listę rzeczy, których na pewno chce spróbować/zrobić w ciągu tego roku. Lista ta jest jednak krótka i ktoś musi ją wypełnić. To zadanie przypadnie Wam. Co jakiś czas poproszę Was o propozycję kolejnego wyzwania i wybiorę sobie (lub nie) to jedno do zrealizowania.
Nie chodzi tutaj o robienie czegoś wbrew sobie. Nie jestem masochistą żeby męczyć się przez cały rok - choć są osoby, które mają nieco inne zdanie na ten temat :P Takim wyzwaniem może być rzeczywiście pozbycie się jakiegoś nawyku (cukru, telewizji czy Facebooka) ale też wyrobienie nowego np. regularne pisanie bloga ;)
Z nowymi motywami, jest czasem tak, że nie od razu sprawiają frajdę. Trzeba się przestawić na coś, nauczyć czegoś nowego, zrozumieć jak to coś działa. Później okazuje się nagle, że coś pierwotnie nie do pomyślenia, daje tonę radości. Dokładnie tak było gdy w zeszłym roku rzucałem słodzenie. Trzydzieści dni to akurat tyle żeby przekonać się czy coś Ci siada czy raczej niekoniecznie. Niektóre z tych motywów, po zakończeniu wyzwania, mogą więc zostać ze mną na dłużej. Inne zginąć w otchłani dozgonnej nienawiści ;)
Staram się tutaj używać bardziej sformułowania "30 dni" niż "miesiąc" bo ten kojarzy się z kalendarzem i sztywnymi ramami stycznia, lutego, marca itd. a to zawsze ogranicza. Ja zaczynam swój Rok 12 Wyzwań w poniedziałek 05/01/2015 co oznacza, że część tasków będzie na siebie nachodzić, będzie realizowana jednocześnie a czasem może zdarzyć się przerwa między wcześniejszym i kolejnym. Nie ma sensu się tutaj ograniczać.
Piszę o tym dlatego, bo będzie bosko jeśli ktoś z Was będzie chciał realizować wyzwania razem ze mną. A jeśli uda się podjąć to samo wyzwanie równolegle to już w ogóle kosmos :) Nie ukrywam, że będę Was do tego motywował i zachęcał do dzielenia się wrażeniami. Nie ma jednak totalnie sensu rezygnować z wyzwania jeśli nie zaczniecie w jakimś konkretnym dniu. Bez spiny - zaczniesz chwilę później to skończysz chwilę później. Ważne żeby wyzwanie dociągnąć do końca :)
Nie ma się chyba co dłużej rozwodzić nad tematem. Po długich rozkminach, zdecydowałem że na pierwszy ogień powinno pójść coś na prawdę ważnego. W tym roku są to dla mnie regularne, codzienne treningi. Codziennie będzie coś - bieganie, pływanie, ostra ścianka czy po prostu siła w domu. Trening cięższy lub lżejszy ale ma być i kropka. Codziennie. W sumie to mam szczerą nadzieję, że ten nawyk uda mi się później zatrzymać ;)
A na koniec dla wszystkich - cudownego 2015! Niesamowitego Roku 12 Wyzwań!

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Wywiad u Tomka Michniewicza w PR 1
Dokładnie tydzień temu odpalam z rana Facebooka a tam post Tomka Michniewicza. Skomentowałem, otagowałem Adventure: Globe i zamknąłem kartę. 15 min zadzwonił nieznany numer: "Cześć z tej strony Tomek Michniewicz, pierwszy program polskiego radia.".
Tomek zadał na swoim fanpageu pytanie dotyczące gościa następnego wydania "Reszty świata" - jego porannego programu w radiowej Jedynce.
// <![CDATA[ (function(d, s, id) { var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0]; if (d.getElementById(id)) return; js = d.createElement(s); js.id = id; js.src = "//connect.facebook.net/en_GB/all.js#xfbml=1"; fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs); }(document, 'script', 'facebook-jssdk')); // ]]>
Post by Tomek Michniewicz.
Pomyślałem sobie, że w sumie to chyba nie fajnie tak pisać o sobie w takim kontekście ale coś mnie jednak przekonało. Napisałem więc: "Trochę nieskromnie no ale może --> Adventure: Globe? :)". Zamknąłem kartę bez myślenia czy to w ogóle miało jakiś sens. 15 min rozmawiałem przez telefon z Tomkiem, który zaprosił mnie do udziału w programie nadawanym na całą kruca Polskę :D Z zakłopotania zacząłem się śmiać ;) Dwa dni później zagościłem w studio Radia Kraków z mocną tremą. Po kilkunastu minutach oczekiwania połączyłem się z warszawskim studiem Jedynki. No i się zaczęło :)
Tym, którzy nie mogli słuchać polecam audycję do odsłuchania na stronie Polskiego Radia --> TUTAJ (~20 min).
A może nad morze... z psem?
Po tych wszystkich przejściach związanych z psem i jego (nie) jazdą autobusami, pojawił się pomysł: pojedźmy gdzieś pociągiem. No ale gdzie? A kiedy ostatnio byłeś nad morzem? No i pojechaliśmy :)
Tak w wielkim skrócie można określić spontan pod tytułem "A może nad morze... z psem". Pomysł pociągu pojawił się we wtorek, od środy do wczesnego czwartku rozważane były różne, zdecydowanie bliższe destynacje - Beskid Żywiecki, Bieszczady, Wrocław czy Poznań. Żaden nie był jednak w 100% przekonujący. W czwartek zapadła decyzja - jedziemy nad morze! Może to nie taki aż znowu spontan na 200% ale i tak większy niż zazwyczaj ;)
No to jedziemy! :D
W piątek wieczorem wsiedliśmy do pociągu z Krakowa do Warszawy gdzie mieliśmy się przesiąść i dojechać do Gdańska. Nocna podróż to zawsze męczące zjawisko, szczególnie gdy nie wiadomo jak współpasażerowie z przedziału zareagują na czworonożnego towarzysza podróży. W zdecydowanej większości reakcje były jednak pozytywne lub neutralne. Nikomu jakoś szczególnie nie przeszkadzało, że Cortez zajmuje kawałek podłogi. Nikt nie podnosił rabanu, nikt nie wołał policji na fejzbuka ;) Z drugiej strony sam pies też dość szybko zaakceptował sytuacje i wpasował się między ludzkie nogi.
W Wawie wyszło na to, że chyba po raz pierwszy podróż z przesiadką była lepszym rozwiązaniem niż bezpośrednia jazda. Dojechaliśmy nieco przed czasem co pozwoliło mi wyjść na chwilę z Cortezem przed dworzec żeby chłopak mógł sobie rozprostować łapy. Dobrze mu to zrobiło:)
Po 9 h jazdy pociągiem wylądowaliśmy w Gdańsku Głównym. Niezależnie od tego czy jest się wielbicielem gór czy wody, morze zawsze ma w sobie coś niesamowitego. Przynajmniej dla mnie kojarzy się z dzieciństwem, z budowaniem zamków z piasku i lataniem w gatkach po płyciźnie ;) No dobra ale wyżej padło pytanie i nadal pozostaje bez odpowiedzi - kiedy ostatnio byliście nad morzem? Potraficie odpowiedzieć? Ja doszedłem do wniosku, że nad morzem byłem do tej pory 3 razy. Ostatni raz w liceum (tzn bardzo dawno).
Tyle wody! - fot. Mona
To pewnie właśnie dlatego pierwsze kroki po niezbędnej kawie w Maku (jak się okazało darmowej :o) skierowaliśmy na przystanek tramwajowy a po 30 minutach jazdy, wylądowaliśmy w Jelitkowie - nad morzem :D Była max 7. rano - trzeba było zjeść śniadanie. Nie wiem czy po całej nocy jazdy polskim pociągiem jest coś lepszego niż śniadanie na plaży? ;)
Czy Cortez widział już kiedyś morze? - fot. Mona
Kawka z Maka kawką z Maka ale nic nie budzi tak jak morskie morsowanie z rana ;) Robiłem to już w rzece i w jeziorze teraz przyszedł czas do tej listy dopisać morze. Najważniejszą różnica między morsowaniem zimą i wiosną jest różnicą temperatur. Powietrze ma kilkanaście stopni a woda morska nadal kilka. Gdy zimą wchodzisz do zimnej wody z mrozu, paradoksalnie jest ci "cieplej" a tutaj zonk :P Tak czy inaczej było doskonale!
Fuck yeah! - fot. Mona
Godzina zrobiła się jakaś taka bardziej ludzka co nieco sprowadziło nas na ziemię - trzeba było znaleźć miejsce do spania. Okazało się to wyzwaniem większym niż całonocna jazda pociągiem. Pan w informacji turystycznej był raczej mało zorientowany i z wysiłkiem równym noszeniu worków cementu, wyszukiwał w internecie kolejne hostele bez kontekstu. Odkreślając z listy kolejne numery coraz mocniej zderzaliśmy się z faktem, że hotele i hostele z niewiadomych przyczyn nie lubią psów. Nie będę się tu już (po raz kolejny) rozwodził na temat "logiki" zgodnie z którą (jak to ujął pan w jednej z recepcji) "pies ręczny" jest mniej szkodliwy niż ten większy... Spuśćmy na to zasłonę wymownego milczenia (#$%^&@#!). Finalnie zdecydowaliśmy się zatrzymać w Gdańskim Domu Turysty Długie Ogrody - molochu 15min autobusem od centrum miasta. Kilkaset, w gigantycznej większości, pustych pokoi. Okolica też nie najciekawsza ale obsługa bardzo spoko i nawet trochę zajawiona na psy :)
Ogarnęliśmy się trochę po podróży i ruszyliśmy w miasto. Czas coś zjeść :) Piszę o tym bo wylądowaliśmy w godnej polecenia knajpie Tekstylia. Przyjęto nas z otwartymi ramionami (Corteza przede wszystkim) :) Sympatyczni ludzie, fajna obsługa i spoko jedzenie. A:G poleca! ;)
Zgłodniałem jeszcze bardziej po lekturze menu! - fot. Mona
Po obiedzie ruszyliśmy spacerem przez słoneczny Gdańsk. Tu chyba łatwiej będzie zamienić słowa na zdjęcia. Po prostu uwielbiam takie miasta!
Słoneczny Gdańsk - fot. Mona
Kolorowe kamienice - fot. Mona
Bajkowe miasto!
Zaraz mnie kark rozboli od wychylania głowy - fot. Mona
Każde miasto ma takie miejsca, które mimo bezpośredniej bliskości centrum, idealnie nadają się na popołudniowy chillout. Dla naszej trójki jednym z takich miejsc było nabrzeże przy Chmielnej. Nigdy byście nie powiedzieli, że tak dobrze można się odprężyć w bezpośrednim sąsiedztwie ZUSu ;)
Wieczorem wsiedliśmy w autobus i znów dojechaliśmy do końca linii - na Westerplatte. To była strasznie śmieszna podróż przez porty, działki, lasy... trochę jakby autobusem miejskim jechać na wycieczkę krajoznawczą ;) W dodatku w drodze powrotnej silnik autobusu nagle zgasł. Gdy wszyscy myśleliśmy, że trzeba będzie pchać, w końcu udało się odpalić a pan kierowca dostał burzę oklasków :) Tak skończył się nam dzień pierwszy.
Nasz pociąg powrotny miał jechać przez Sopot więc czemu by nie wsiąść już tam? W planie było byczenie się na piasku i spacer plażą aż do samego Sopotu :)
Przed wyjazdem zdążyłem sobie jeszcze zrobić krótki trening :) Nigdy jakoś nie przepadałem za bieganiem po piasku ale takiego widoku po prostu nie mogłem sobie odpuścić :) Cortezowi niestety podobało się mniej - chłopak zdecydowanie bardziej lubi śnieg niż wodę ;)
Powrót mieliśmy już niestety bezpośredni. Cortez dzielnie zniósł 8h między nogami całkiem obcych mu ludzi. Strasznie dumni z niego byliśmy :) W niedzielę ok 23:00 znów byliśmy w Krakowie.
Pamiętacie kiedy ostatnio wyrwaliście się na taki mikro urlop? Tanie to jak barszcz (bilet podróżnika w PKP kosztuje ok 74zł) a jednocześnie świetnie oczyszcza głowę z codziennych stresów. Polecam bo i Gdańsk piękny i morze mamy cudowne :)
Kudłacze i obserwatorium na Lubomirze
Pokusa spędzenia połowy niedzieli w łóżku jest ogromna. Wiem co mówię - stawiam jej czoła tydzień w tydzień ;) W połowie kwietnia tak jednak nie było. Wybraliśmy się w Beskid Wyspowy - do schroniska Kudłacze i obserwatorium na Lubomirze. W poście wielkiej treści nie będzie bo i nie ma tu o czym wiele opowiadać - zdjęcia mówią tyle ile trzeba :)
Pięć osób i dwa psy w jednym Golfie IV to dużo ale nie za dużo. Nawet pomimo tego, że niektórzy pasażerowie czasem woleliby się zamienić miejscami ;)
Dwie rozdziawione gęby i jedno skupione spojrzenie - niekoniecznie ludzkie ;)
Hmmm jakby tu pochodzić żeby się nie nachodzić? ;)
Kuba uśmiechnij się!
Ku naszemu rozczarowaniu obserwatorium na Lubomirze powitało nas zamkniętymi drzwiami i kartką z napisem "Dziś nieczynne".
W sumie przeszliśmy około 22 km. Spokojny górski "spacer" z dala od krakowskiego "świeżego" powietrza ;)
A na koniec jeszcze wisienka na zdjęciowym torcie w postaci anegdoty, autorką której jest Paulina:
Kudłacze, chłodne popołudnie. Siedzimy przed schroniskiem na tarasie, pijemy kawę albo piwo i pokrzykujemy na psy. W międzyczasie kobiety podnoszą lament, że im zimno, i chcą do środka. Pytanie, co z psami? Nie można ich spuścić z oka, a już szczególnie kiedy dookoła pełno małych rączek chętnych głaskać "śliczne pieśki". Reprezentant kobiet - Maciek - idzie do środka zapytać, czy można wejść z nimi do środka (z psami, naturalnie). Dialog, który wywiązał się przy tzw okienku:
- Dzień dobry, mam takie pytanie, czy moglibyśmy wejść do środka z psami? Są grzeczne i będą na smyczy.
- Ale dlaczego chce pan wejść z nimi do środka?
- Ponieważ jest zimno...
- Myśli pan, że psom jest zimno?
- Nie proszę pani, NAM jest zimno."
No i weszliśmy ;)


