3 zespoły po dwie osoby. Dwie osoby które pracują od niedawna po długiej przerwie. Czterech niedawno przyjętych pracowników.
-Pogotowie stawia teraz na młodych! - zaśmiałem się wchodząc do pomieszczenia socjalnego. Chociaż w głebi duszy wcale nie było mi do śmiechu. Taka obsada to duża presja, a jednak... Brakło pracowników. Przynajmniej atmosfera zrobiła się luźniejsza.
Kilka łatwych wyjazdów i jeden koszmarny.
Wyzwiska od wejścia, awantura, mąż pijany, żona odcięta od rzeczywistości. Otwiera jedynie oczy, ale od szyi w dół jest sparaliżowana. W powietrzu unosi się woń alkoholu. Leży tak prawdopodobnie kilka godzin. Nie mogę oznaczyć parametrów, bo ciągle ktoś mi przeszkadza, a mimo to ze stoickim spokojem wydaję polecenia córce która niedawno dotarła na miejsce.
-Proszę wyprowadzić tego pana. Dla dobra matki. Inaczej wezwę policję.
Jednak córka nie daje sobie rady. Tak samo, nie jest w stanie podać mi konkretnych wiadomości na temat dotychczasowego stanu zdrowia pacjentki.
-Jakie leki bierze? Na co się lęczy? Wypisy ze szpitala?
Pijany mąż przyszedł z koszykiem tabletek, ale nie wie, które przyjmuje żona, a ponadto część z nich wypada mu z rąk i ląduje pod szafkami. Wszczyna kolejną awanturę.
-Ona ma udar! Ona ma kurwa udar nie rozumiecie?
-Na tą chwilę nie jestem nawet w stanie sie niczego dowiedzieć, ponieważ Pan krzyczy i cały czas przeszkadza.
Prośby nie skutkują, a mężczyzna staje się co raz bardziej napastliwy. W końcu rzucam telefon do kolegi z zespołu.
-Ja kłuję. Dzwoń do dyspo, żeby tu kogoś przysłał.
Minęło trochę czasu, jednak policja jeszcze nie dotarła. Kolega skoczył po matę do przenoszenia pacjentów. W międzyczasie pijany mężczyzna wyciągnął telefon.
-Od teraz was nagrywam! Co wy robicie?!
Spakowałem więc plecak, załadowaliśmy pacjentkę do karetki i zamknęliśmy drzwi.
Cała ta sytuacja trochę trwała. W międzyczasie pijany mąż zdążył wielokrotnie zmienić zdanie co do tego ile czasu spędziliśmy w mieszkaniu, opowiedział całą historię ze swojej perspektywy kilkukrotnie, oraz stwierdził, że nie posiadamy kompetencji.
-Tak? Z tego co widziałem to Pan razem z małżonką byliście pod wpływem alkoholu kiedy zajmowaliście się trójką nieletnich zanim dotarła córka! Proszę to przemyśleć.
Pojechaliśmy do najbliższego szpitala, który jest w posiadaniu TK. Tam kolejna walka, agresywny, lekceważący lekarz przez pół godziny się wykłócał, podczas gdy sparaliżowana pacjentka czekała w karetce. W końcu zmiękł, kiedy przyszedłem z drukiem odmowy przyjęcia. Nagle zmienił zdanie, kiedy zażądałem powodu odmowy na piśmie podpartego jego pieczątką.
- No to dajcie ją na konsultację neurologiczną.
-Dziękuję panie doktorze. - Odpowiedziałem.
Wymieniłem się numerami z kolegą, który pracuje na tamtejszej izbie przyjęć.
Temat zamknięty. W końcu...
Najwięcej do powiedzenia mają Ci, którzy nigdy nie widzieli pacjenta na oczy. Albo Ci, którzy kompletnie się na tym nie znają.
Kiedy wracamy wpada kolejne wezwanie. Tym razem jest to ból kończyny dolnej. Patrzę na adres.
-Ahhh... Dawno nas tam nie było co?
Bloki socjalne. Jest u nas kilka miejsc w których można dostać mieszkanie z socjala. Każde cieszy się nie najlepszą sławą, jednak ta okolica jest najgorszą w mieście. Dwa betonowe bloki obok ruchliwej drogi. Oba mają po 4 poziomy. Co piętro wszystkie piony połączone są jednym długim korytarzem, z którego można dostać się do mieszkań położonych po obu jego stronach. Drzwi do tych mieszkań były kiedyś identyczne, jednak dziś zamiast starych, oryginalnych, okutych blachą wrót, można znaleźć tu głównie dyktę i pozbijane ze sobą deski. Miejscami brakuje kafelek podłogowych, a tynk na ścianach już dawno przykryły graffiti, tagi, albo brud. Gdzieniegdzie stoją krzesła, na których lokalna śmietanka towarzyska popija tanie alkohole i popala papierosy. Społeczność dzieli się tam na pewnego rodzaju "kasty". Ci mieszkający wyżej często mają dostęp do prądu i ciepłej wody. Jeden ze stałych klientów ma nawet tablet i całkiem spory telewizor. Ci mieszkający niżej, w piwnicach, gnieżdżą się wśród śmieci, szczurów i robactwa.
Kiedy zajechaliśmy na miejsce było już ciemno, a numer mieszkania podany w wezwaniu sugerował piwnicę.
-Weź sobie szperacz ze schowka, ja mam czołówkę – powiedział kolega.
Jeden głęboki wdech, odpalamy światło latarek i zanurzamy się w odmętach tego podłego miejsca. Na wejściu nieopatrznie potrąciłem szklaną butelkę stojącą pośrodku schodów. Stoczyła się po schodach wydając serię głośnych stukotów. O dziwo pozostała w jednym kawałku i doturlała się do swoich butelkowych pobratymców stojących pod ścianą. Żarówka z parteru oświetlała połowę schodów pomiędzy poziomem 0, a piwnicą, resztę spowił gęsty mrok. Snop światła ze szperacza przeszył egipskie ciemności akompaniowane przez dym popularnych tutaj skrętów z tytoniem i Bóg raczy wiedzieć jakim jeszcze świństwem.
-Pandemia ma jedną zaletę… maseczki. – Powiedziałem kierując latarkę na butelki pod ścianą. Ich łoskot zbudził z letargu okoliczne karaluchy, które teraz uciekają w popłochu przed snopem jasnego światła, aby ukryć się w pęknięciach i szczelinach ścian.
-Wali tutaj truchłem – dodał od siebie mój kompan. I miał rację, to miejsce cuchnęło zgnilizną. Jednak mus to mus. Trzeba iść dalej. Powolnym krokiem zszedłem po schodach starając się nie poślizgnąć na kawałkach tłuczonego szkła.
-Uwaga! - rzuciłem w kierunku kolegi, przeskakując nad zaschniętą kałużą wymiocin.
W końcu dotarłem do poziomu piwnicy. Tam czekało mnie więcej niedopałków, tłuczonych butelek i pełzającego robactwa. Miarowy stukot ciężkiego obuwia odbijał się echem od ścian korytarza.
-Jest i on. Nasz zwłok – powiedziałem lekko zmieszany kierując latarkę w stronę czegoś leżącego pod ścianą. Wyglądało na coś niedużego i futrzastego. Kiedy podszedłem bliżej zidentyfikowałem w tym czymś kota.
-Nieszczęśnik pewnie nażarł się trutki.
Kilka kroków dalej kolejne schodki, tym razem niewielkie. Z 3 może 4 stopnie, a za nimi pierwsza para drzwi. Numer wymalowany obok sugerował, że dotarliśmy na miejsce.
-To tu? - Spojrzałem w tablet. - Tak. - Odpowiedziałem twierdząco samemu sobie.
Spojrzałem na drzwi. A może raczej na to co z nich zostało. Okolica klamki i zamka została wyrwana pozostawiając otwór w którym zmieściłaby się głowa dorosłego człowieka.
-Halo! Pogotowie ratunkowe! - Krzyknąłem przez otwór. Cisza.
-Jest tam kto? - zapytał kolega z zespołu. Nadal nic.
I tak jeszcze kilka razy. W końcu usłyszałem jakieś pojękiwania z drugiej strony. Spróbowałem popchnąć drzwi do środka, ale bezskutecznie. Spróbował mój kolega. Ani drgną. Pojękiwania przybrały na sile.
-Chuj. - spojrzałem na partnera po czym pociągnąłem drzwi „z buta” - Zawsze chciałem to zrobić.
Drzwi uchyliły się na jakieś trzydzieści centymetrów, a po drugiej stronie dał się słyszeć łoskot. Wsadziłem rękę z latarką do środka mieszkania. Oświetliłem po kolei każdy jeden kąt, sprawdzając, co czai się w zakamarkach pokoju. Kiedy upewniłem się, że nie wyskoczy na nas żaden zwierz, ani ćpun, popchnąłem drzwi barkiem i wszedłem do środka. Drzwi przywalone były stertą śmieci. Poza umywalką pozbawioną kranu w pomieszczeniu znajdowały się jedynie hałdy odpadów. Z sąsiedniego pokoju poza podłym zapachem biło migocące światło świec, rozświetlające graffiti na ścianach. Ostrożnym krokiem przeszedłem przez pustą futrynę. W tym pokoju było lepiej. Poza stertą śmieci znajdowała się tu prowizoryczna meblościanka, linka na której wisiały „wyprane” a raczej rozmoczone w zimnej wodzie ubrania oraz stara wersalka, na której czekał nasz pacjent. Kiedy już upewniłem się, że w ciemnościach nie czyha na nas żadne niebezpieczeństwo, kilka razy tupnąłem głośno, żeby rozgonić robactwo i ułożyć plecak ze sprzętem.
Pacjentem był mężczyzna około 30 lat. To co rzuciło mi się w oczy to jego niedożywienie, mnóstwo strupów i jaskra, która zajęła jedno z oczu. Skarżył się na silny ból kolana w kończynie prawej. Wszystkie parametry w normie. Kończyna ciepła, PMS (Puls, Motoryka, Sensoryka) zachowane, obrzęków brak, urazu brak. Dziwna sprawa. Być może zaczynał się stan zapalny stawu kolanowego? Leczenie sterydem i lekiem przeciwbólowym. Pacjent nie chciał jechać do szpitala. Nie pracuje i nie jest zarejestrowany jako bezrobotny, a co za tym idzie, nie ma ubezpieczenia. Kiedy kolega badał młodego mężczyznę w oczy rzuciła mi się jedna rzecz. Świeczka. Chociaż tak naprawdę była to kałuża wosku z którego wystawał rozpalony knot. Z niewiadomej mi przyczyny coś przyciągało do niego karaluchy. Podchodziły co raz bliżej, a następnie topiły się i zastygały w wosku niczym pajęczaki i insekty w bursztynie, które można zakupić podczas wakacji nad morzem. W końcu leki zaczęły działać, a ból zaczął ustępować. Kryzys zażegnany. Poszedłem wydrukować kartę dla pacjenta. Wiedziałem, że czeka mnie ponowna podróż przez cuchnącą ciemną piwnicę, żeby tą kartę dostarczyć. Za drugim razem poszło jednak łatwiej, bo wiedziałem już dokładnie, gdzie powinienem się kierować, a drzwi nie stanowiły już kłopotu. Wręczyłem kartę pacjentowi i nie omieszkałem dorzucić kilku słów od siebie.
-Trzeba się zastanowić. Zarejestrować jako bezrobotny, wtedy pana przynajmniej ubezpieczą. Skonsultować się z lekarzem. Widzę, że nie jest pan pijakiem. Spróbować się stąd wyrwać. - Ruszyłem w stronę wyjścia – Bo tutaj się nie żyje. Tutaj się umiera. - dodałem, po czym poszedłem z powrotem do karetki.
Siedzę na stopniach bocznego wyjścia z karetki. Auto stało zaparkowane przed garażem. Twarz schowałem w dłoniach, a spomiędzy palców wystawał spalony do połowy papieros.
-Komandosi medycyny a paczkę szlugów. - westchnąłem wypuszczając dym. Pot nadal spływał mi po plecach, co w połączeniu z zimnym przeciągiem panującym na dworze robiło piorunujące wrażenie.
-Kurwa! Nowe spodnie. Wczoraj odebrałem – dał się słyszeć głos ze środka ambulansu.
-No plakatówka to nie jest. Przelej wodą utlenioną – odpowiedziałem otwierając dolną szufladkę nie podnosząc się nawet z miejsca.
-Nie no. Nie chcę utlenić kolorów.
-Nie utlenisz, spokojnie. Na moje pomogło.
-400... 300... 200... 100... prawoskręt! Ciśnij 500 metrów, potem lewoskręt. Dom będzie po lewej stronie.
Nad naszymi głowami wyła syrena, a okoliczne fasady budynków rozświetlały regularne serie niebieskich rozbłysków. Ponownie kod 1. Tym razem uraz głowy w okolicy potylicznej. Mężczyzna obciążony kardiologicznie, 73 lata. Upadł podczas wieczornej toalety rozbijając głowę. Nie utracił przytomności, jednak kontakt z nim się pogarsza.
-Lewoskręt za 200... 100... Tutaj! - wskazałem palcem uliczkę wzdłuż której stało kilka domów.
-Dobra, teraz 150 i jesteśmy.
-Wezmę DEC'a i opatrunkową, zgarnij plecak.
Minęły 4 minuty od przekazania zgłoszenia do pogotowia, a my mijaliśmy w drzwiach wejściowych dojrzałą kobietę – żonę pacjenta. Wydała mi się być bardzo spokojna, chociaż jej ręce nadal się trzęsły z nerwów.
-O tutaj - podeszła do drzwi prowadzących z przedpokoju do łazienki.
-No z jakieś kilka minut temu.
-Dobra. Panie Marku! Co to się stało?! - zapytał głośno i wyraźnie mój kolega
Z ust pacjenta dało się słychać jedynie nieskładne pomrukiwanie. Na potylicy widać było całkiem sporą, krwawiącą ranę, do tej pory zaopatrzoną w ręcznik.
-Ehh... okej – westchnąłem zdejmując z siebie bluzę i rzucając ją w kierunku krzesła stojącego w pokoju stołowym.
-Jak do tego doszło? Co Pani widziała? - zapytałem patrząc na żonę mężczyzny
-No poszedł do łazienki... usłyszałam huk i tak już leżał...
-Dobrze, na co choruje mąż?
W międzyczasie, kiedy kobieta streszczała nam historię chorób męża, my musieliśmy wysunąć go z ciasnej łazienki, aby ocenić parametry życiowe. Kiedy tylko tułów znalazł się w przedpokoju zobaczyłem, że nogi mężczyzny wyprężyły się i zaczęły rotować stopami do środka.
-Leje do głowy. - Powiedziałem z powagą patrząc na kolegę. Wtedy też pan Marek wydał serię kolejnych niezrozumiałych dźwięków, posiniał na twarzy, a z jego ust ulała się spieniona ślina, tak jakby próbował splunąć ostatkami sił.
-Panie Marku! Halo! Oddychamy!
Szybko położyliśmy pacjenta na podłodze, żeby móc ocenić czy oddycha... cisza.
Kolega przyłożył łyżki defibrylatora do klatki piersiowej. Migotanie komór. Jest nadzieja.
-Strzelamy! - defibrylator wydał charakterystyczny narastający dźwięk ładowania.
-Niech pani usiądzie dobrze? - Powiedziałem spokojnym tonem w stronę żony. - Proszę opowiedzieć jeszcze o tych chorobach.
Kobieta posłuchała. Jeszcze nie zdążyła zrozumieć co właśnie dzieje się w jej domu.
-Uwaga wyładowanie! - krzyknął kolega po czym wcisnął przyciski na łyżkach. Mężczyzną szarpnął skurcz wywołany przez 120 dżuli energii która właśnie przebiegła przez jego ciało. Zaraz potem na ekranie pojawiły się uniesienia.
-Ocena rytmu. - rzuciłem patrząc w monitor. W międzyczasie zacząłem szykować zestawy do kłucia i udrażniania dróg oddechowych. Nie minęło 10 sekund, kiedy miarowe załamki ponownie zmieniły się w nieregularne, agresywne falowania.
Defibrylator zawył, po czym wydał alarm. Strzał!
-Mamy zatokę – Powiedział kolega zerkając na ekran i upewniając się, czy dobrze układa ręce na tętnicach pacjenta. Wędrówka jego palców wzdłuż zatoki szyjnej pacjenta wzbudziła we mnie niepokój.
-Brak... PEA. – upewnił się w trakcie 10 sekund mój kompan, po czym rzucił się na klatę pacjenta.
-Nie. Nie wierzę. - dało się słyszeć ciche łkanie ze schodków prowadzących na piętro.
W międzyczasie przygotowałem ambu z maską i kłucie.
-Robić kłucie, a Ty drogi? - Zapytał kolega.
-Zaintubuję. - Odpowiedziałem w taki sposób, aby przekonać nawet samego siebie.
Poszło całkiem nieźle. Po chwili do żyły zaczęły spływać pierwsze dawki epinefryny, a w tchawicy znalazła się rurka intubacyjna.
-Leć, leć. Przyda się za chwilę.
Drager to firma produkująca sprzęt medyczny. Dysponujemy respiratorem przenośnym ich produkcji. Dzięki niemu nie musimy wentylować pacjenta workiem samorozprężalnym. W zasadzie, gdyby połączyć to z automatycznym kompresorem klatki piersiowej, pompą infuzyjną do podawania leków i defibrylatorem w trybie AED podłączonym na elektrodach quick-combo, to można by usiąść wygodnie, zaparzyć kawę, obserwować monitor i od czasu do czasu kliknąć guzik. Oczywiście to w teorii, bo w praktyce nie jest tak kolorowo.
-Zapinam kapno! - kapnometr.
-Dorzućmy atropinę. 1 miligram.
-Ocena rytmu.- na ekranie nadal pojawiają się wychylenia, sugerujące, że pod wpływem adrenaliny serce próbuje jeszcze wykonać efektywny skurcz.
Osłuchuję klatkę piersiową. W płucach pojawiają się rzężenia i furczenia.
-Do płuc też leje. Furosemid, 80 miligram. Na grubo, albo wcale.
Akcja trwa już dobre 10-15 minut. Jednak czas gwałtownie przyspieszył od kiedy pan Marek wykonał ostatni samodzielny oddech. Nadal na zmianę gnieciemy połamaną już klatę i podajemy leki. Kolejna ocena rytmu, uciskanie, a potem jeszcze kolejna. Wciąż z tym samym skutkiem.
Spojrzałem w oczy mężczyzny, który powoli zaczął się robić chłodny na kończynach. „Puczymy trupa” odbiło się echem po mojej głowie wraz z wyrazem twarzy Darka, kiedy to prowadziliśmy reanimację pięćdziesiąt-letniego mężczyzny. Jednak po chwili się otrząsnąłem ze wspomnienia owej nocy.
-Idzie heparyna 5000 jednostek! - Podałem ją po to, żeby krew, która całkiem nieefektywnie „krąży” po ciele nie zaczęła krzepnąć.
4H i 4T to szereg potencjalnie odwracalnych przyczyn zatrzymania krążenia. Są nimi:
-Hipoksja – zbyt niskie wysycenie krwi tlenem
-Hipowolemia – zbyt mała objętość krwi krążącej
-Hipo/Hiper kaliemia i inne zaburzenia metaboliczne
Nabieram kolejne dawki adrenaliny, co dwie minuty daję znać:
Linia EKG nadal wypluwa miarowe wychylenia. Klatka piersiowa zapada się pod naporem dłoni uciskających ją raz za razem. Mamy już dwudziestą minutę reanimacji, a co za tym idzie została wgnieciona na 5-6 cm już około 2000 razy. Nie ma siły, która utrzymała by ją w ryzach.
Z płuc wydobywa się spieniona wydzielina. Wcześniej znalazła się tam z powodu zastoju krążenia. Wiele pacjentów doznaje tego okropnego i bolesnego procesu za życia, kiedy ich serce jest za słabe, żeby sprawnie toczyć krew. Można powiedzieć, że topią się sami w sobie. Jednak często udaje się ich uratować.
Zbliża się trzydziesta minuta RKO. Żona nadal patrzy na nas ze schodków na pięterko. Trzyma się ostatków nadziei. W końcu nic nie zwiastowało, że dojdzie do tragedii. Mąż po prostu poszedł na siku, a jeszcze pół godziny temu wydawał z siebie dźwięki.
Płuca nie rzężą już okrutnie, bo udało się usunąć z nich znaczną część płynu. Podajemy ostatnie dawki leków. Wokół leży mnóstwo papierków. A w specjalnie przygotowanym do tego kącie znajdują się otworzone i opróżnione ampułki. W pewnym momencie zrobiło się ich tak wiele, że zwykłe małe czerwone pudełko nie wystarczyłoby na pomieszczenie wszystkich ostrych, a zatem niebezpiecznych odpadów. Dlatego też wydzieliłem sobie strefę, jak najbardziej odizolowaną od akcji i reszty pokoju, w której mogły bezpiecznie czekać, aż wrócę z większym czerwonym pojemnikiem, żeby posprzątać.
Drzwi domu otwierają się. Znacznie młodsza kobieta wchodzi do środka.
-Dzień... - chciała się przywitać, jednak zaniemogła w połowie słowa.
-Matka zadzwoniła, że dzieje się coś złego.
-Proszę przejść do mamy i się nią zaopiekować.
-Ile? Ile macie obowiązek reanimować?
-40 minut – odpowiedział kolega spoglądając porozumiewawczo w moją stronę.
-Jesteśmy na trzydziestej minucie – dodałem
Drager zaczął dawać o sobie znać. Kończy się butla.
-Odpinam respirator, dalej lecimy na ambu.
1...2...3...4...5...WDECH!
Kiedy wentyluję pacjenta, ponownie spoglądam w jego oczy. Nicość. Tak dobrze mi znana, a zarazem tak obca. Co dalej? Gdzie znajduje się osobowość, tyle lat skrywana za tymi źrenicami? Kiedy podzielę jego los i mój wzrok również straci swój charakter? Czy podświadomie, będąc nieprzytomnym poczuję proces, w którym z człowieka pełnego tragedii i radości stanę się po prostu workiem mięsa?
Z tych przemyśleń wyrwał mnie dźwięk dzwonów. Zegar stojący w salonie przerwał ciszę, aby powiedzieć nam, że to już czas.
Mój partner podniósł wzrok i skierował go w moją stronę. Widzę kropelki potu spływające po jego umęczonej twarzy. Walczył dzielnie, żeby wykrzesać z naszego pacjenta choćby iskierkę życia.
-Bardzo mi przykro. Naprawdę. - Spojrzałem na dwie kobiety, siedzące teraz razem w salonie.
-Tyle lat... - zaniosła się płaczem żona mężczyzny, który teraz zaznał spokoju.
Kolega zaczął powoli sprzątanie. Trzeba odpiąć pacjenta od naszych sprzętów, zrobić wydruk,wyjąć wkłucie, rurkę intubacyjną. Ja zająłem się dokumentami. „Ahh kochana biurokracja” pomyślałem. Odczekałem chwilę, aż sytuacja się uspokoi, żeby móc poprosić o dokumenty pacjenta.
Rozpoznanie: R98 Zgon nieoczekiwany
Udzielone Świadczenie: Odstąpienie od medycznych czynności ratunkowych.
Chociaż to nie ma znaczenia, to pod pewnymi względami bywam pedantyczny. Dlatego też, 18:00 wyglądała dla mnie idealnie, symbolicznie, w końcu pacjent odszedł wraz z biciem dzwonów.
Kiedy tylko wypisałem dokumenty i poinstruowałem matkę wraz z córką co mają zrobić dalej, poszedłem do karetki zanieść część sprzętu. Stroboskopy nadal rozświetlały osiedle, a ciekawscy sąsiedzi wyglądali raz za razem przez okno. Poniekąd zazdrościłem im niewiedzy, w której żyli. Dla nich to tylko kolejna mini sensacja tego roku. Dla mnie to próba charakteru. A dla rodziny jedyny w swoim rodzaju dramat, który pozostawi bliznę, kto wie jak brzydką i trwałą. Przepełniła mnie frustracja, dlatego rzuciłem ze zrezygnowaniem naszym plecakiem.
-Ehh... do dupy z taką robotą kurwa.
Wszedłem z powrotem po resztę rzeczy. Kolega klęczał jeszcze przy ciele.
-Chcecie abym dokonał ostatniego namaszczenia?
-Tak, proszę księdza. Poproszę. - odpowiedziała kobieta ocierając łzy.
Mój towarzysz wstał, wyciągnął koloratkę i założył ją na szyję. Tak. Kolega, z którym dzieliłem te chwile nie tylko służy społeczeństwu jako ratownik medyczny, ale też służy Bogu jako duchowny. Można powiedzieć, że ma wsparcie z góry. Wsparcie, którego czasem mi brakuje, bo ja pokłóciłem się ze Stwórcą już dawno temu.
I w tym momencie zaczęła się scena godna filmu. Wszyscy ponownie uklęknęli wokół ciała zmarłego.
Przed chwilą ratownik, a teraz duchowny zaczął odmawiać modlitwę obchodząc ciało dookoła i czyniąc na nim znak krzyża.
-W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
-(...)Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie.
-A światłość wiekuista niechaj mu świeci.
-Przez Chrystusa, Pana naszego!
Wróciliśmy na stację. Umęczeni i brudni. Kolega posłuchał i zalał sporej wielkości plamę krwi wodą utlenioną, po czym pojechał prowadzić mszę święta w swojej parafii. Ja uzupełniłem auto, dostałem na to 20 minut od dyspozytora. Potem zdałem pojazd wraz z tabletem nocnej zmianie. Nie zdążyli nawet usiąść, kiedy przyszło wezwanie:
„Uraz kończyny górnej. 37 lat.”
-Typowo ratownicza wizytka hęę? - zaśmiałem się pod nosem i poszedłem dokończyć papierkową robotę. W drodze do domu odpaliłem stream na Facebook'u. Msza powinna się już zaczynać, a ta została odprawiona w intencji zmarłego pana Marka. - Amen.
Od tego czasu wydarzyło się wiele mniej lub bardziej pokręconych akcji. Ale to ten moment był chwilą kryzysu. Kiedy wybujałe ego na poziomie „Pana życia i śmierci” spadło boleśnie na poziomu mojego IQ. Musiałem to przetrawić. Uzmysłowić sobie, że zrobiliśmy wszystko co się dało, a nawet więcej. Wyzbyć zarzutów kierowanych do samego siebie. Wkrótce osiągnąłem spokój i wróciłem do pracy. I dobrze, bo czekało na mnie jeszcze wiele istnień.