Było ciemno, noc, dziewczyny wyły na balkonie jak marcujące koty, to też poszedłem wyć. Rozejrzałem się po blokach, bo lubię ten widok, a potem spojrzałem w dół, na teren zielony pod blokiem i prawie odskoczyłem od balkonowej barierki. Nie boję się wysokości, nigdy jakoś szczególnie się nie bałem, a tu nagle lęk jakbym był conajmniej na szczycie wieżowca i wiedział, że barierka o którą się opieram zaraz się zawali. A to było czwarte piętro.
Jednocześnie coś mnie ciągnęło do tej barierki, jak magnes. W głowie tylko "Skacz!Skacz!Skacz!". Może bym skoczył i roztrzaskał o twardy trawnik zapewniając traumę wszystkim uczestnikom urodzin koleżanki, wystarczyłby jeden zryw odwagi. Ale nie skoczyłem, bo nagle zacząłem bać się wysokości. Bać tak bardzo, że nie mogłem się nawet zbliżyć do krawędzi balkonu.
Walczą sobie, walczą w najlepsze. Jeden chce mnie zabić, a drugi uratować. Widowni nie ma i niech nikt ich nie podjudza. Wygra silniejszy.