Mój sen z dzisiaj
Czasy współczesne, tyle że pewnie z góra pięć lat do tyłu, bo epoka przedkoronawirusowa. Akcja działa się w Polsce, dowodem na to było kilka szczegółów, o których mowa będzie później. Główna bohaterka, której imię albo nie zostało ukazane, albo go nie zapamiętałam, była typową nastolatką w wieku późnopodstawówkowym/wczesnolicealnym. Dorastała w iście patologicznej rodzinie, gdzie rodzicielskie chlanie było na porządku dziennym. Jak już rodzice byli dobrze porobieni, włączał się agresor i rozpoczynały się całonocne awantury czasem przerywane przez policję. Niebieska karta i elo, dziewczyna musiała trwać w tym syfie przynajmniej do 18 rż. Protagonistka miała serdecznie dosyć i obmyślała plan, jak spierdolić z tej patochaty i zacząć nowe życie z dala od toksycznej rodzinki. Pewnego popołudnia trwała enta z kolei libacja, zjawili się sąsiedzi i wuj, stały bywalec tamtejszych imprez, który bawił często przez weekend, póki nie wytrzeźwiał, bo przyjeżdżał swoim starym dużym fiatem. Biesiadnicy byli zajęci typowymi przyśpiewkami typu "Kto w [miesiąc] urodzony jest...", wtedy protka postanowiła swój plan wcielić w życie. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wybiegła przed dom i wsiadła do pierwszego lepszego wujkowego samochodu. No i zaczęła się lekka panika - brakowało kluczyków do odpalenia samochodu. Zostawiła bagaż w pojeździe i wróciła się do domu. Z progu przyglądała się pomieszczeniu. Los się do niej uśmiechnął. Klucze do samochodu wystawały z tylnej kieszeni spodni wujka. Zaczekała na moment, kiedy wuj będzie wlewał w siebie na hejnał kolejny kieliszek wódki i zgrabnym ruchem zwinęła mu kluczyki. Pobiegła do pojazdu, wsiadła, przekręciła kluczyk w stacyjce i prędko odjechała nie patrząc się za siebie. Ten plan miał pewną wadę - nie wiedziała, gdzie ma jechać. Ot tak sobie jechała przed siebie. Jednak po chwili zauważyła, że ktoś za nią jedzie. Nieco się przestraszyła i starała się zgubić ogon. Bezcelowo. Goniący mieli nieco szybszy samochód lub zwyczajnie mniej zdezelowany niż auto prowadzone przez protkę. Somsiedzki passat niewiele młodszy od tego gruzu bez problemu może go dogonić. Passat prowadzony był przez chłopaczka z sąsiedztwa, na miejscu pasażera siedział drugi, obaj byli w wieku protki. Takie typowe wyrostki, które wymuszały haracz na młodszych gówniakach. Szybko znalazły się po jej prawej stronie i postanowiły ją zepchnąć. Młoda się nie dawała i czasem ostro hamowała, by zostawić zdezorientowanych chłopaczków na przedzie i pojechać w inną stronę. Po kilku takich manewrach udało się dziewczynę zepchnąć do rowu, lecz nagle znikąd na niebie rozbłysnęła się łuna i przed samochodami pojawiła się pewna starsza pani, taka dobrze po sześćdziesiątce. Popatrzyła na kierowców obu samochodów. Ręka jej się zaświeciła i drzwi od passata same się otworzyły. Chłopaczków kompletnie zamurowało na ten widok. Starsza pani zapytała chłopaków, dlaczego to zrobili. Wyrostki popatrzyły się na siebie, w końcu jeden wydukał, że to jej rodzice zapłacili dwoma butelkami samogonu im rodzicom, a chłopaczkom sypnęła po dyszce za to, żebyśmy ją odszukali i przyprowadzili do domu. Po tym drugiemu rozwiązał się język i się wygadał, że to wszystko przez ich rodziców, bo wiecznie chleją z rodzicami dziewczyny i przez to w domu nigdy nie ma kasy i muszą okradać młodszych uczniów, by nie chodzili głodni. Dziewczyna tylko odsunęła szybę ciężką chodzącą korbką i tylko nasłuchiwała, o czym jest rozmowa. Nagle zobaczyła, że owa tajemnicza starsza pani zaczęła się jej przyglądać, więc natychmiast spuściła wzrok. Ta do niej podeszła i również chyba przy użyciu magii otworzyła drzwi starego dużego fiata i zapytała: - Bardzo Ci źle z Twoimi rodzicami? - Gdyby mi nie było źle, to bym nie uciekała... Nagle nieznajoma odwróciła się plecami i powiedziała młodym, żeby opuścili pojazdy i poszli za nią. Oczywiście nastąpił potężny szok, ale jak już widzieli takie rzeczy, to już przyszło im na myśl, że to jakaś dobra wróżka i zabierze ich do jakiejś magicznej krainy. Najpierw z pojazdu wysiadła dziewczyna zabierając ze sobą bagaż, a za nią dwóch chłopaków. Podążyli za panią, która nagle zniknęła w oślepiającym świetle. Dziewczyna zamknęła oczy i na oślep szła przed siebie. Szła i szła, aż nagle coś stanęło jej na przeszkodzie. Okazało się, że weszła w jakiegoś wyrośniętego narysowanego gościa, który napomniał ją, żeby patrzyła przed siebie a nie w telefon, choć w tym momencie w telefon nie patrzyła. Otworzyła oczy. Przed nią było... zaskoczenie. Wyglądało jak typowe małe miasteczko, lecz uwagę przykuła dosyć duża brama wykonana z drutu zbrojeniowego. Różnicą było to, że wszystko było w tradycyjnej animacji. Aż spojrzała się na swoje ręce - wyglądały jak narysowane. Przed nią stała owa pani, również narysowana. Zaświeciły jej się ręce i wymamrotała coś w nieznanym języku, którego nie była w stanie rozpoznać. Nie brzmiał jakoś charakterystycznie, by móc dopasować go do jakiejś rodziny języków. Brama się lekko zaświeciła i otworzyła. "Idziemy", powiedziała do nastolatków starsza pani, a oni podążyli za nią. Jakieś pół kilometra za bramą znajdował się budynek w stylu wiktoriańskim. Nic nadzwyczajnego. Kiedy podeszli pod budynek, starsza pani się zatrzymała i zwróciła w stronę młodzieży. - To jest moje królestwo, a przy okazji schron dla dzieci, które mają złych rodziców i przed nimi uciekają. Zajmujemy się takimi jak Wy i przygotowujemy do dorosłego życia. Dbamy o edukację i o to, żebyście po skończeniu szkoły średniej mieli zawód i poszli do pracy albo na studia. Odezwał się jeden z chłopaków: - Brzmi idyllicznie. Skąd Wy macie na to kasę? Odpowiedź była szybka: - Kilkoro naszych podopiecznych założyło duże firmy i często w ramach wdzięczności za pomoc im w trudnym okresie obsypują darowiznami. Niemniej jednak dzieciaki czasem organizują magiczne festyny, na których zbierają pieniądze na jakiś cel, żeby nie być całkowicie zdanym na pieniądze starszych kolegów, byłych podopiecznych. Oczywiście, słowo klucz, magiczne. To w szczególności frapowało protkę. - Od razu Was uprzedzę. To miejsce, gdzie realizm zderza się z magią. Odwiedzają nas postacie z bajek, które opowiadają was swoje historie, które nieraz oglądaliście w telewizji. Lub obecnie, na swoich komputerach. Macie niepowtarzalną okazję poznać to wszystko z ich perspektywy. Weszli do budynku, a tam dzieci i nastolatków. Najmłodsze miały z 3-4 latka, co wzbudziło szok, gdyż jak wcześniej pani wspomniała, że to schron dla tych, co uciekli z domu. Najstarsi byli w okolicach osiemnastki. Każdy był czymś zajęty. Jedni siedzieli przed telewizorem i grali na konsoli, inni sprzątali, jeszcze inni wykonywali jakieś magiczne sztuczki, jeszcze inni im przyklaskiwali. Wszystko wyglądało jak w bajce Disneya, tylko brakowało tego wątku musicalowego, że wszyscy śpiewają, co słusznie zauważył jeden z chłopaczków, który głośno o to zapytał. Jedna z dziewczyn odpowiedziała: znajdź magiczne słowa, to zaczniemy wszyscy śpiewać. Magiczne słowa? Żadne z trójki nie zrozumiało, tylko się popatrzyło na siebie. Starsza pani powiedziała, że w całym domostwie są ukryte w różnych miejscach magiczne słowa, które trzeba dotykać i jak znajdzie się wszystkie, to wyczarowują się wszystkie na jednym papirusie zawierającym melodię. I potem jak każdy dotknie tego papirusu, zna tę piosenkę i nawet wie, które partie ma zaśpiewać. I że ponoć to jedna z ulubionych zabaw bywalców. Bo może je szukać jedna osoba, może też kilka, bo i tak wszystko jest na jednym papierze, który i tak kto chce brać udział w śpiewaniu, musi go dotknąć. Ale teraz nie ma czasu, bo ma się wieczorem zjawić Hades z Herkulesa, który opowie historię z bajki z jego perspektywy. Nowi się rozpakowali, zrobili małe zapoznanie z resztą podopiecznych, okazało się, że niektórzy posiadają nawet własnych chowańców (one z kolei były w CGI), które są wróżkami. Jedne są od ognia, inne od wody, inne od technologii, itd. Posiadacze chowańców wytłumaczyli, że otrzymuje się je za szczególne osiągnięcia. Wybitne wyniki w nauce, sporcie, jako najlepszy wolontariusz, jako YouTuber, który ma co najmniej 100 000 subskrypcji, jako bohater, który kogoś ocalił, generalnie było tego trochę. Dziewczyna, która to tłumaczyła, była najlepszą uczennicą ze wszystkich podopiecznych. Rok w rok nie schodziła niżej niż 5.5 w średniej, a jak mieszkała z rodzicami, miała problem z wyjściem z zagrożeń i raz zdarzyło się jej powtarzać siódmą klasę, bo nie miała warunków do nauki. Inna dziewczyna się pochwaliła, że tak się uczyła magicznych sztuczek, że nauczyła się lewitować na 10 cm od ziemi i za to dostała chowańca. I ta sama dziewczyna pochwaliła swoją koleżankę, najlepszą przyjaciółkę, że ta dostała chowańca za to, że zorganizowała zbiórkę na rzecz domu spokojnej starości i udało jej się go uratować przed likwidacją i za to ma chowańca leczniczego, który jednak ma ograniczoną moc, bo zajmuje się uśmierzaniem bólu lub leczeniem ran, bo w końcu całkowite leczenie nie ma sensu, bo nikt by nie umierał, a to nie o to chodzi. Tak więc w dużym skrócie - magiczna kraina, rodem z Disneya, ale w bardziej współczesnym wydaniu. Ludzie tam po nocach siedzieli z nosem w kompach lub smartfonach. No i faktycznie, w okolicach 21 zjawił się Hades we własnej osobie, w towarzystwie Mojr. Zaczęli opowiadać historię, a Mojry zaczęły się przerzucać okiem, kiedy się wcinały i dodawały coś od siebie. Wszyscy byli mocno zainteresowani, bo rzekomo Hades ostatnio pojawił się w okolicach 2000 roku, kiedy nikogo z podopiecznych nawet na świecie nie było, a inne postacie czasem wpadały co kilka miesięcy. Pogadanka trwała do drugiej lub trzeciej nad ranem, po czym, Hades z Mojrami opuściły owe schronisko. Wychowankowie starszej pani otrzymały polecenie pójścia spać z wyjątkiem dwóch chłopaków, którzy postanowili poszukać magicznych słów. Wymknęli się z pokoju, w którym spało po 6 chłopaków w łóżkach dwupiętrowych i przyświecali sobie latarką. Zaczął nastawać ranek, kiedy znaleźli ostatnie słowo i w rękach tego, co znalazł ostatni wyraz, pojawiła się kartka ze słowami, które świeciły na taki złoto-miedziany kolor, ale w jakimś dziwnym języku, w dziwnym alfabecie. - O cholercia, ta melodia wpada w ucho! Będzie mi teraz przez kilka dni w głowie grała! - krzyknął gość z kartką w rękach. Drugi podszedł, dotknął kartki i doznał olśnienia. Wyszeptał tylko: "Rzeczywiście". Wrócili do pokojów, poszli spać, ale tylko na w godziny, bo była pobudka o 9 na śniadanie, które odbywało się o 9.30. Śniadanie było zwyczajne, lecz robione przez magię, która nagrzewała patelnie, przewracała naleśniki, itd., a talerze lewitowały po czym szły na stół. Po śpiewaniu każdy dotknął kartki i zaczęło się śpiewanie. Jednego z chłopaków i tę najbardziej nieśmiałą dziewczynę tak poniosło, że aż poszli w wiadomym celu do samochodu i w niczym w Titaniku było ujęcie na dłoń położoną na szybie samochodu. Oczywiście protkę do tańca porwał przystojny szatyn, co wyraźnie wskazywało, że to ma być ten OTP. Patrzyli sobie głęboko w oczy, aż zadzwonił telefon dziewczyny. Dzwoniła jej matka. Odebrała. Mamuśka z wyraźnym kacem w głosie pytała ją, gdzie jest. Dziewczyna odparła, że już do niej nie wróci i mogła się nią wcześniej interesować i niech nawet jej nie szuka, bo jej nie znajdzie. Dodała tylko, że jest cała i zdrowa i nikt jej nie porwał, a samochód wuja jest w fosie niedaleko fabryki opon mózgowych (to była fabryka opon, mózgowych dodała żartobliwie) i niech go sobie weżmie. Dalej mi się sen trochę jakby zamazał i niewiele z niego pamiętam, tyle tylko, że tam się potem pojawiła jeszcze jedna postać z bajki, której już nie pamiętam. Było coś jeszcze ze staraniem się jednego z nowych chłopaków o chowańca, no i tu mi się sen urwał. Może później mi się przyśni kontynuacja, bo czasem mam sny-kontynuacje.














