@naddzwiekowe-blog @apolerow @trippnz @shvayda
Ray-Ban Sunglasses
Mike Driver
The Stonewall Inn
Fai_Ryy

🩵 avery cochrane 🩵

titsay
Sade Olutola
tumblr dot com
Cosmic Funnies
official daine visual archive
todays bird

Product Placement

roma★

PR's Tumblrdome
Not today Justin
Keni
h
NASA

tannertan36
seen from United States
seen from United States

seen from Finland

seen from United Kingdom
seen from Türkiye
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Italy
seen from Bangladesh

seen from United States

seen from Malaysia
seen from India
seen from United States

seen from India
seen from Sweden
seen from Bangladesh
seen from United States
seen from United States
seen from United States
@jszymczakk
@naddzwiekowe-blog @apolerow @trippnz @shvayda
Ray-Ban Sunglasses

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
@naddzwiekowe-blog @apolerow @trippnz @shvayda
Ray-Ban Sunglasses
@naddzwiekowe-blog @apolerow @trippnz @shvayda
ok
Będziem Polakami
W historii mojej rodziny nie ma zbyt wiele heroizmu. Przynajmniej w tym najbardziej oczywistym, najpopularniejszym tego słowa znaczeniu. Bo właściwie czym, jeśli nie heroizmem jest wychowanie w latach powojennych dwójki dzieci przez samotną matkę? Czym, jeśli nie wielką odwagą i determinacją musiał wykazać się dziesięciolatek, czekając latami na powrót ojca, nie mając od niego prawie żadnych wiadomości, nie wiedząc, czy wróci? Wreszcie, czy powrót do domu z dalekiej Austrii w niepewnym roku 1945, kiedy to trudno było rozstrzygnąć, kto jest przyjacielem a kto wrogiem, nie jest aktem heroicznym? Wielu wrócić nie chciało, pogłoski o tym, kto rządzi rozchodziły się szybko po całej Europie.
A jednak takie opowieści nie są zbyt szeroko nagłaśniane, nie są komentowane i dyskutowane przez publicystów i historyków, nie nagradza się ich wielką, narodową narracją. To nazbyt pospolite, w każdej rodzinie znajdziemy żywe do dziś wspomnienia rozłąki, powrotu, desperacji i samotności. Prawdziwa chwała należy się przecież walczącym, żołnierzom, partyzantom. Także tym, których przez lata nazywano wyklętymi. Dziś to określenie traci powoli swoją rację bytu. Wyklęci piąty już rok są fetowani oficjalnym, państwowym świętem, na naszych oczach przemieniają się w niezłomnych. I trudno negować fakt, że wielu z nich rzeczywiście nie dało się złamać do samego końca, do śmierci dochowali oni wierności swoim przekonaniom, trudno negować, że jest to bezwzględnie godne podziwu. Wśród niezłomności pojawia się jednak również pytanie o zasadność.
Nie mam prawa powiedzieć: ja zachowałbym się inaczej. Nie czuję, że mogę potępiać wszystkich tych, którzy po roku 1944 schowali sie w lesie i kontynuowali walkę tylko dlatego, że z dzisiejszej perspektywy może to wyglądać trochę inaczej. Nie mam pojęcia, jak czułbym się po pięciu latach upokorzeń ze strony nazistowskiego okupanta, oglądając śmierć, widząc, jak życie przestaje mieć jakąkolwiek wartość, obserwując w końcu jak z jednej okupacji przechodzimy płynnie pod inną. Czuję natomiast prawo, żeby pytać i zastanawiać się, żeby odróżnić bohaterów państwa podziemnego zamordowanych w ubeckich katowniach od rzezimieszków i morderców, żeby postawić znak zapytania przy walce po 1947 roku. Co udało się taką niezłomnością osiągnąć?
Wydawałoby się, że po ponad ćwierćwieczu demokracji takie pytania są jak najbardziej na miejscu. Demokracja to w końcu ustrój pragmatyczny, gdzie dokonujemy wyborów, opierając się na tym, co dla nas korzystne. Okazuje się jednak, że powstaje wtedy obawa, że niezłomność na takich pytaniach może ucierpieć. “Niezłomny” to bardzo pomnikowe słowo. Pomnik niezłomnych już stanął, chociaż nie każdy z nas mógł się na temat jego kształtu wypowiedzieć. Pomnik otoczono kultem.
My, młodzi, nie przeżyliśmy niczego wspólnie, co pozwoliłoby nam czuć się jednością, pokoleniem. Nasi rodzice mieli “Solidarność”. Dziadkowie traumatyczne przeżycie wojny. Pradziadkowie strzegli polskości przed trzema różnymi zaborcami. My mamy iPhona, Starbucksa i wakacje w Hurghadzie. Współczesny system ekonomiczny, wspólny dla całego świata, każe nam iść osobno, patrzeć w ekran telefonu i nie sięgać dalej niż czubek własnego buta. Nic dziwnego, że próbujemy się z tego wyłamać, a opowieść o żołnierzach wyklętych przypomina wielu z nas, dlaczego warto było iść wspólnie. Opowieść ta ponad wszystko akcentuje wartości wysokie i spaja je wszystkie razem, dając im imię Polska. To Polska była najważniejsza i to za nią warto było oddać życie.
Dlaczego jednak dziś obrońcy wyklętych reagują agresją? Każde wytknięcie rysy w romantycznym obrazie ostatnich obrońców prawdziwej polskości powoduje reakcję obronną tych, którzy tę opowieść przejęli jako część swojej tożsamości. Reakcja ta często przekracza granice, poza którą kontynuowanie dyskusji przestaje mieć sens. Nowocześni patrioci po raz kolejny zatracają się w narracji o heroicznych bohaterach, którzy zostali zdradzeni i przegrali, choć byli szlachetni i moralnie czyści. A przecież wśród honorowanych 1. marca żołnierzy byli zarówno prawdziwi bohaterowie, jak i zwykli rzezimieszkowie. Czy polskość jest możliwa tylko wtedy, gdy jesteśmy prześladowani, przegrani? Taka polskość nie wydaje mi się wcale atrakcyjna i na niej trudno będzie zbudować nam wspólną, stabilną przyszłość.
Co jest jednak źródłem naszej polskości? Czy są to heroiczne czyny naszych przodków? I jaki heroizm jest warty naśladowania? Jak bardzo nie uwierałaby mnie ta polskość, a wierzę, że to nie tylko mój przypadek, to pozbycie się jej jest właściwie niemożliwe. Moje myśli zawsze będą wybrzmiewały po polsku. Dziadkowie i rodzice zdecydowanej większości z nas byli i są Polakami. Z jakiegoś powodu przekazali nam swoją polskość w języku, w myśleniu. Zdecydowana większość z nich nigdy nie walczyła z bronią w ręku, nigdy za ojczyznę nie umarła. Większość z nich przeżyła głód, gdy nasz kraj pogrążony był w wojnie. Większości z nich żyło się ciężko wtedy, gdy problemy miała polska gospodarka. I większość z nich poświęcała się, aby wychować nas. A my staliśmy się Polakami. Można w ten sposób zauważyć, że niezależnie od tego, co każdy z nas sądzi o “Burym”, “Łupaszce” czy “Ince” a nawet o Lechu Wałęsie czy Annie Walentynowicz, to wspólnota naszych losów zdecydowanie bardziej nas zbliża niż dzieli.
Warto zapytać swoich bliskich, jak to się stało, że zostaliśmy Polakami.
Lewicowy wyrzut
Zaskakująca jest ilość czasu i energii, jaką ludzie o lewicowej wrażliwości przeznaczają na próbę łagodzenia tego, co stało się w Kolonii. Próbę tłumaczenia, że pochodzenie sprawców tych okropnych, zorganizowanych ataków seksualnych nie miała znaczenia. Obawiam się, że miała. Czytam Kingę Dunin, która swój mało spójny tekst na ten temat opatrzyła tytułem “Zgwałcony Rok Miłosierdzia”. Czytam notkę blogową, gdzie tłumaczy mi się, że mało wiemy, więc nie wolno ferować wyroków, a chwilę później przytacza się, że wśród 31 podejrzanych 27 osób pochodzi z krajów muzułmańskich, a 18 to azylanci. Łącząc to z relacjami ofiar, które podkreślają pochodzenie sprawców musimy przyznać, że wygląda na to, że sprawcami rzeczywiście byli w dużej mierze azylanci. Sam jestem zszokowany skalą zdarzenia, ale również tym, że media niemieckie milczały przez kilka dni, zanim podały tę informację do wiadomości publicznej. Renata Kim pisze, że to dobrze, że rząd wiadomości o wydarzeniach w Kolonii ukrywał, bo był to środek w zapobieganiu atakom na tle rasowym. Dziennikarka na szczęście zauważa, że być może popełniono błąd. Dziś wszystkie fakty do nas dotarły i nastąpiły pierwsze ataki, pobito dwóch Pakistańczyków, przetrzymywanie prawdy w tajemnicy niczemu nie zapobiegło. Chyba, że należało trzymać to w tajemnicy do końca? Nie jest to w dzisiejszym świecie możliwe. Zadaniem demokratycznego rządu jest uczciwa komunikacja z obywatelami oraz ostrzeganie i ich ochrona przed zagrożeniami za pomocą odpowiednich służb. Na razie, wszystko po kolei zawodzi. Zeszłoroczny kryzys wymagał szybkich działań, szybkie działania nie sprzyjają strategicznemu planowaniu a sprawny humanitaryzm tego strategicznego planowania bezwzględnie wymaga, o czym często mówi chociażby Janina Ochojska. Wszystko wskazuje na to, że 2016 rok będzie pod tym względem jeszcze trudniejszy. A system kwotowy w tym momencie wygląda jak smutny żart.
Niestety, przyjęcie miliona uchodźców w ciągu jednego roku musi się wiązać z problemami i te problemy w Kolonii i innych miastach w sylwestrową noc zaatakowały nas z całą mocą. Musimy pamiętać, że kultura muzułmańska w dużej mierze izoluje mężczyzn od kobiet, tworzy między nimi nieprzekraczalne bariery, popęd młodych mężczyzn jest stłamszony. Jednocześnie, są oni karmieni stereotypami o tym, że na Zachodzie panuje pełna wolność seksualna i każda kobieta jest dostępna. Ekstremalnym tego przykładem jest Iran, segregujący ludzi według płci w przestrzeni publicznej na każdym kroku, gdzie podróżowałem z dwoma kobietami w zeszłym roku. Widać było gołym okiem, że są to dwie zachodnie dziewczyny, co czasem prowokowało reakcje. Poza niesamowitą irańską gościnnością i życzliwością, która sprawiła, że nasze wrażenia z podróży były zdecydowanie pozytywne, spotykaliśmy się też z jednoznacznymi zaczepkami. Zdarzało się, że rozmowa schodziła na temat seksu i niejasne sugestie, że na Zachodzie inicjacja seksualna w wieku lat trzynastu jest normalna i jak najbardziej akceptowalna. Słynne statystyki dotyczące molestowania seksualnego w Egipcie są jednoznaczne. Wielu z azylantów, uchodźców, migrantów, którzy przenoszą się nagle w nasz kontekst kulturowy, nie są w stanie się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wynika to z ich doświadczenia kulturowego, a tym doświadczeniem jest współczesny świat islamu.
Czy mówię w ten sposób, że każdy muzułmanin to potencjalny gwałciciel?
Nie.
Czy mówię w ten sposób, że Niemki powinny teraz ubierać się stosownie do konserwatywnych, islamskich zasad?
Nie, nawet jeżeli kobieta maszeruje nago po ulicy, nikt nie ma prawa jej dotknąć, jeżeli sobie tego nie życzy (poza funkcjonariuszem, jeżeli prawo zakazuje paradowania nago).
Czy mówię w ten sposób, że każda Niemka boi się teraz wyjść na ulicę?
Nie.
Czy mówię w ten sposób, że należy przestać pomagać uchodźcom, ludziom zagrożonym przez wojnę?
Nie.
Wręcz przeciwnie, takim ludziom należy pomagać, jednak aby dobrze pomagać im tutaj, na miejscu, tak, aby odpowiednio odnaleźli się w europejskiej rzeczywistości, trzeba ich dobrze zrozumieć. Nie idealizować ani nie demonizować. Dlatego boli mnie, gdy widzę niejasne próby relatywizowania zdarzeń w Kolonii i innych niemieckich miastach. Nie ma usprawiedliwienia dla przemocy seksualnej. Jeżeli rubaszny publicysta Ziemkiewicz kpi sobie z całej sytuacji i mówi o 160 gwałtach (2 ofiary zgłosiły gwałt), to nie zasługuje to na nic innego niż milczenie, od tego człowieka nie wymagam niczego. Od innych, a szczególnie od ludzi z wrażliwością lewicową, wymagam, aby nie rozmywali rzeczywistości, bo jestem przekonany, że z rzeczywistością możemy sobie radzić skutecznie tylko wtedy, gdy posługujemy się jej jasnym oglądem.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Z notatnika - Dariusz Rosiak, “Ziarno i Krew”
I) Książka ważna z kilku powodów. W naszej lokalnej debacie o kryzysie na Bliskim Wschodzie i uchodźcach, większość naszej energii zostaje skierowana w kierunku islamu, jego ewentualnej kompatybilności z kulturą europejską lub jej brakiem, jego związkach z terroryzmem. Bliskowschodni chrześcijanie przemykają nam w świadomości tylko wtedy, gdy sprowadza ich do Polski Miriam Shaded i jej fundacja. Pani Miriam zapisuje się potem do klubu wygłupów imienia Janusza K., do zera niwelując swój wpływ na racjonalną debatę publiczną. Dariusz Rosiak wykonał wielką pracę i na przestrzeni pół roku odbył podróże do Szwecji, wschodniej Turcji, Stambułu, Kurdystanu Irackiego, Libanu, Egiptu i Palestyny. Wszędzie tam, gdzie bliskowschodnie chrześcijaństwo jeszcze istnieje i zmaga się z byciem w mniejszości. Banałem jest powiedzenie, że reporter nie ocenia a jedynie daje się wypowiedzieć. Tutaj z resztą znajdujemy czasem słowo życzliwego, lecz delikatnie złośliwego komentarza, szczególnie w przypadku powszechnych komentarzy o amerykańsko-syjonistycznym spisku, przez który Bliski Wschód cierpi. Jednak siłą tego reportażu jest właśnie oddanie głosu Asyryjczykom, Ormianom, aleksandryjskim Grekom i pozostawienie czytelnikowi wyciągnięcia wniosku z ich słów.
II) Nigdy nie pisałem książki reportażowej, więc nie znam zwykłego trybu pracy reportera, zakładam jednak, że siedem podróży do sześciu krajów w ciągu pół roku to bardzo dużo. Forma dziennika może być więc wynikiem chęci wydania książki jak najszybciej - ważna to wypowiedź w zalewie codziennych, szybkich i demagogicznych informacji o tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie i o tym, dlaczego ludzie ryzykują podróż łódką przez morze śródziemne. Jednak ta właśnie forma doskonale się sprawdza, nadaje opowieści dynamizmu i jeżeli nie śledzimy dokładnie dat (ja zawsze pomijam nagłówki) to może nam się wydać, że jest to zapis jednej, ciągłej podróży śladami uczniów Jezusa, którzy nigdy nie opuścili Ziemi Świętej.
III) Nie chciałbym ulec orientalistycznym kliszom w mówieniu, że Bliski Wschód to świat inności i tajemniczości, piękno, gorąco, Alladyn i tak dalej. Nie należy jednak zapominać, że się różnimy. Jesteśmy podobni i się różnimy. Nie jedno, albo drugie, lecz oba na raz. Reportaż Dariusza Rosiaka nie uświadamia nam, ale po prostu o tym przypomina - przeciętny mieszkaniec Bliskiego Wschodu będzie różnił się znacznie od przeciętnego Europejczyka w podejściu do religii. Liczni rozmówcy reportera otwarcie mówią o wierze w cuda, mało tego, o pewności, że te cuda się wydarzyły, przecież widzieli je na własne oczy. U większości z nich religia jest oczywistą częścią życia, są z nią dużo mocniej zżyci niż Europejczycy. Jerzy Sosnowski w wywiadzie w jednym z listopadowych numerów “Tygodnika Powszechnego” porównuje ogólny stosunek Europejczyków do religii do wylewania dziecka z kąpielą: krytykując (słusznie) problemy z hierarchicznością struktur religijnych, popadamy w wyśmiewanie wszystkiego co duchowe. Trudno nie zadać sobie pytania, dlaczego uznaliśmy, że religia i duchowość to rzeczy nieracjonalne, nie do pogodzenia ze współczesnością, niepotrzebne?
IV) Sam reporter odsłania się tylko nieznacznie. Te pojedyncze fragmenty religijnej refleksji sugerują, że dla autora podróż jest również formą duchowej wędrówki, pielgrzymki. Czuję jednak w tych fragmentach także kreację, mam wrażenie, że osobistej relacji Dariusza Rosiaka z religią, z chrześcijaństwem nie poznajemy.
V) Miłośnicy poprawności politycznej mogą być zniesmaczeni i zawiedzeni. Osoby, które reporter spotkał tego pojęcia w większości nie znają, niektóre z ich poglądów mogą się nam wydać dziwne, niestosowne. Wielokulturowość w wydaniu bliskowschodnim jest daleko od tego, co próbuje się wdrażać we Francji czy w Szwecji. Nie są to oczywiście wypowiedzi w stylu krucjaty przeciwko szacunkowi dla drugiego człowieka w rodzaju tych, jakie prowadzą blondwłosy, podstarzały kandydat na prezydenta USA czy podróżnik bez butów. Żywe, bolesne kontakty między religiami, narodowościami prowokują żywe reakcje, mające odzwierciedlenie także w języku.
Moje pisarstwo to obserwacja - Hooman Majd
Hooman Majd to amerykański pisarz pochodzenia irańskiego, który od kilku lat tłumaczy zachodniemu odbiorcy zawiłości irańskiego systemu politycznego i perskiej duszy. Napisał już trzy książki o Iranie, wszystkie wydane w Polsce przez Karakter. Jego książki to nie tylko reportaże o Iranie ale także eseje o byciu człowiekiem z pogranicza kultur, o podwójnej tożsamości w dzisiejszym świecie. Najnowsza z nich, “Ministerstwo Przewodnictwa Uprasza o Niepozostawanie w Kraju” to zapis roku, który mieszkający na co dzień w Nowym Jorku Majd spędził w Iranie wraz z żoną i synkiem.
Jak się ma Khash?
Dobrze, bardzo dobrze, dziękuję!
Ile ma już lat?
To już 5 lat. Dzieci dzisiaj wiedzą wszystko o elektronice. On umie na przykład używać Face Time, za każdym razem gdy łapie ipada mamy, rozmawiamy przez Face Time. Generalnie ma się bardzo dobrze, dziękuję, że pytasz!
Czy mówi po persku?
Nie, ale trochę już rozumie a od zeszłego roku wysyłamy go do szkoły języka farsi.
Powiedziałeś farsi - jak powinno się wg Ciebie mówić - farsi czy perski?
Och, to temat wielu dyskusji, niektórzy irańczycy nie lubią słowa perski. Tradycyjnie był to perski, ale to słowo pochodzi od Persji. Ja nie mam żadnego problemu z Persją, sam często używam tego słowa. Używam “farsi” i “perski” zamiennie. Ale w Ameryce farsi stało się dużo bardziej popularnym słowem. W Europie używacie raczej “perski”, prawda?
Tak, w języku polskim mówimy język perski
No tak. Popularność słowa farsi poza Iranem to chyba wpływ amerykańskich Irańczyków - w Stanach wszędzie używa się słowa farsi, nawet w oficjalnych dokumentach Departamentu Stanu. Departament Stanu utworzył nawet wirtualną ambasadę, ponieważ oczywiście ta właściwa nie istnieje - nazywa się ona “USA w farsi”, więc nawet tutaj używa się tego słowa. W każdym razie dla mnie nie ma to większego znaczenia. Niektórzy irańczycy się obrażają, uważają, że farsi to arabskie słowo i tak dalej.
A czy Ty mówisz po persku?
Tak, całkiem nieźle, ponieważ gdy dorastałem, moi rodzice rozmawiali po persku w domu.
Czyli jesteś dwujęzyczny?
Nie do końca. Gdy byłem małym dzieckiem dużo rozumiałem ale właściwie sam się nim nie posługiwałem. Wcześnie wyprowadziliśmy się z Iranu i jako dziecko byłem pod wpływem przede wszystkim języka angielskiego. Wszystkie szkoły do których chodziłem były amerykańskie lub brytyjskie. Cała wiedzapochłaniałem po angielsku. Z kolei perski i cała perska kultura to tylko dom, ojca zwykle nie było, zawsze był zajęty, nie odgrywał zbyt dużej roli w wychowaniu, więc mama mówiła do mnie po persku, chociaż tata też się tak zwracał do mnie i do brata. Gdy mówiliśmy do nich po angielsku, oni odpowiadali nam po persku. Więc rozumieliśmy perski całkowicie. Swobodne mówienie zabrało trochę czasu. Po kilku latach po prostu zaczęliśmy im odpowiadać po persku. Dopiero gdy byłem na studiach, gdy miałem pierwszych irańskich znajomych, zacząłem sam się tym interesować, uczyć się alfabetu. Byłem bardzo zainteresowany Iranem, chciałem wrócić. Mój brat i siostra tego nie mają.
Więc gdy jedziesz do Iranu, swobodnie porozumiewasz się po persku?
Tak, zdecydowanie. Może się zdarzyć, że czasem wtrącę gdzieś angielski. Staram się jednak tego nie robić. Generalnie jestem wyjątkowym przypadkiem. Większość Irańczyków z mojego pokolenia, którzy mieszkają zagranicą, dorastali w Iranie i wyjechali po rewolucji. Irańczycy tacy jak ja, którzy zawsze mieszkali poza granicami Iranu, nie są liczni. Przed rewolucją właściwie nie było emigracji. To był wyjątek - ktoś był doktorem, dyplomatą i jego praca wiązała się z wyjazdem. Więc jeżeli ktoś w moim wieku w Iranie mówi słabym perskim, z angielskim akcentem, ludzie zakładają, że taka osoba chce się popisać tym, jaka jest zwesternizowana. Ja bardzo nie lubię sprawiać takiego wrażenia. Może to głupie, ale zawsze bardzo się staram być tak płynnym jak tylko się da. Ale czasami, pośród osób które znam, wśród ludzi z kręgów rządowych - pośród tych, którzy znają moją historię, nie staram się aż tak bardzo, wtrącę czasem zdanie po angielsku. Ale zwykłe sprawy - sklep, taksówka, autobus - zero angielskiego. Chociaż mój znajomy powiedział mi, że to nie ma większego sensu - jego zdaniem sam sposób w jaki się ubieram i w jaki chodzę po ulicy natychmiast zdradza, że w Iranie nie mieszkam.
Czy w momencie kiedy piszesz, myślisz o swoim czytelniku?
To bardzo dobre pytanie! Czy myslę o czytelniku?
Pytam, ponieważ z lektury twoich książek odnoszę wrażenie, że piszesz przede wszystkim dla Amerykanów - każde porównanie odnosi się do Los Angeles, Nowego Jorku, San Francisco.
Tak, masz rację. Gdy piszę, myślę o czytelniku jako o kimś podobnym do mnie, a ludzie którzy są do mnie podobni nie są Irańczykami - ludzie do mnie podobni to Amerykanie. Mam w sobie irańską kulturę, ale zdecydowanie większy wpływ ma na mnie kultura amerykańska. W tym momencie, bez żadnych przerw, żyję już w Stanach 42 lata. Moje doświadczenie kulturowe - doświadczenie, a nie krąg kulturowy z którego pochodzę - jest amerykańskie. Większość moich przyjaciół - mam oczywiście irańską rodzinę i przyjaciół - jednak większość z nich przez całe moje życie to Amerykanie. Literaturę zawsze czytałem po angielsku - czytałem amerykańskich, brytyjskich autorów. Czytałem także Polaków, ale oczywiście po angielsku.
Kapuściński?
Kapuściński, oczywiście. Conrad! Czytałem go w oryginale, ponieważ pisał po angielsku.
Raczej nie myślimy o Conradzie jako o Polaku.
Właściwie to był Polakiem, stuprocentowym. No tak, ale pisał po angielsku, bo mieszkał w Londynie. W każdym razie, zmierzałem do tego, że pisząc myślę przede wszystkim o Amerykanach. Do pewnego stopnia również o ludziach poza Iranem, nie tylko Amerykanach - w nadziei, że ktoś, kto będzie tę książkę przekładał, zamieni mój amerykański głos na głos polski, szwedzki czy holenderski. Oczekuję od tłumacza, że przełoży książkę w ten sposób, aby była zrozumiała dla Polaków czy Szwedów. Nie chodzi oczywiście o to, żeby zamieniać odwołania kulturowe z amerykańskich na polskie - kultura amerykańska dzięki filmom itd. jest dobrze rozumiana na całym świecie, nie używam raczej odwołań do czegoś na tyle prowincjonalnego, aby należało to zmienić w coś innego, po to, żeby porównanie było zrozumiałe w innym kraju.
A czy wydaje Ci się, że Twój czytelnik się zmienił od wydania pierwszej książki?
Tak, wydaje mi się, że tak. Miałem szczęście, gdy wyszła moja pierwsza książka, zdobyła ona dużą popularność. Były oczywiście wcześniej książki o Iranie, wiele z nich bardzo dobrych. Jednak ja zrobiłem to w sposób bardzo nieakademicki. Właściwie nawet nie do końca było to dziennikarstwo. To było przede wszystkim spisanie doświadczeń kogoś, kto rozumie Iran od środka i z perspektywy obcokrajowca. Nie tak jak Kapuściński, który jest fantastyczny, jednak on zawsze był tym obcym. I obserwacje z zewnątrz są ważne, bo pozwalają widzieć rzeczy, których osoba pochodząca z danego kraju może nie zauważyć. Ale nieczęsto się zdarza, żeby ktoś był jednocześnie równie uprawniony do obserwacji z zewnątrz i tych z perspektywy obcego. Przecież to brzmi jak oksymoron. Ale wydaje mi się, że to właśnie udało mi się osiągnąć, potwierdziły to recenzje. To były początki prób zauważenia, że Iran to nie tylko próby zaprzeczenia Holokaustowi, broń nuklearna, szyickie bojówki i strażnicy rewolucji. Iran stawał się coraz ważniejszy po wojnie w Iraku. Przed 2003 rokiem zdecydowana większość Amerykanów i wydaje mi się, że również Europejczyków, w ogóle nie myślała o Iranie. Myśleli o Iranie w 1979, w trakcie rewolucji, w trakcie kryzysu zakładników. I nagle pojawia się wielka luka. Nawet w trakcie wojny Iraku z Iranem, gdy ginęły tysiące mężczyzn, bardzo trudno było zmusić media, aby zainteresowały się Iranem. Nikogo to nie interesowało. Czasami ktoś coś napisał w New York Times lub w Guardianie w Angli, jestem pewien, że polska prasa również o tym pisała przed upadkiem Muru Berlińskiego, ale ludzi to raczej nie przejmowało. Pojawia się ta luka, kiedy to Iran nikogo nie obchodzi. Kiedy prezydent Chatami został wybrany w 1997 roku, pojawia się trochę zainteresowania, ale i to szybko znika. Nic się nie dzieje. Potem - 11 września.
Lata 90. to w końcu Europa - upadek Związku Radzieckiego, koniec Zimnej Wojny, komunizmu.
Zdecydowanie! Przecież to była olbrzymia zmiana w życiach milionów ludzi. Nikt nie koncentrował się wtedy na Bliskim Wschodzie.
Kuwejt?
No tak, inwazja Saddama na Kuwejt - pierwsza Wojna w Zatoce. Nie było też zbyt wielkiego postępu w dialogu palestyńsko - izraelskim. To wszystko w bardzo ograniczonym zakresie miało wpływ na opinię publiczną a już na pewno nie na opinię amerykańską. Kiedy wydarzył się 11 września Amerykanie doszli do wniosku, że wszystko co wywodzi się z Bliskiego Wschodu jest albo złem albo i tak wpłynie na nich negatywnie. Więc nagle zaczęli oni zauważać różnice pomiędzy szyitami i sunnitami, nagle dowiedzieli się czym jest Al-Kaida i Afganistan.
Widać tu analogię z tym co dzieje się dziś w Europie, z kryzysem uchodźczym. Cała Europa zaczyna o islamie rozmawiać, ludzie czytają o muzułmanach i wyciągają różne wnioski, często niestety błędne.
No tak, tak sie dzieje, jeżeli coś zaczyna dotyczyć ciebie bezpośrednio albo przynajmniej tak ci się wydaje. W Ameryce często zwraca się uwagę na to, że szanse bycia zabitym przez terrorystę w USA są dużo, dużo mniejsze niż szanse, że zastrzeli cię twój sąsiad. Terroryzm zawiera w sobie strach. Inwazja kulturowa to kolejna rzecz, której ludzie się boją. Nie do końca wiem jak to wygląda w Polsce, ale na pewno w innych europejskich krajach ludzie bardzo się tego boją.
Często nie wiedząc właściwie nic o islamie, którego się tak boją.
Zgadza się. W Ameryce nie mamy aż takiego problemu ze strachem, przede wszystkim dlatego, że USA jest stabilne i jest takie od ponad 200 lat. Sprawdza się zasada, która pozwala wchłaniać wszelkie kultury. Pozwalamy ludziom zatrzymać swoje zwyczaje, dopóki nie narzucają ich innym. Europa tego nie ma, to homogeniczne społeczności.
Nie tylko. Wielka Brytania jest pod tym względem trochę jak USA.
Ale od bardzo niedawna, od 10 - 20 lat. Gdy chodziłem tam do szkoły średniej, wcale tak nie było. W tym wyjątkowym przypadku Wielkiej Brytanii, prawie wyjątkowym, Francja jest tutaj podobna, chodziło przede wsztstkim o kolonie. Importowali pracowników z Karaibów, Indii, Pakistanu - ich dzieci tam dorosły, stały się Anglikami. Trzeba oddać Anglikom sprawiedliwość, że pozwolili tym dzieciom mieć takie same szanse jak białym. Oczywiście, znajdą się i tacy, którzy to podważą. We Francji - gdzie mamy przede wszystkim ludzi z Północnej Afryki - nigdy nie dano takich możliwości. Wsadzono ich w osiedla na przedmieściach - nie wiem jak to nazwać, możesz to nazwać rasizmem. Jeżeli masz na imię Muhammad we Francji, nie będziesz miał takich samych możliwości, jeżeli twoje imię to Fredric czy coś takiego. W Angli to się zmieniło. W każdym razie zmiany w strukturach społeczeństw europejskich są jeszcze bardzo świeże.
Polska jest jednak najbardziej homogenicznym z krajów Unii Europejskiej.
Tak mi się wydawało, chodź nie wiedziałem, że to właśnie Polska jest tu pierwsza. Polska ma silną kulturę i historię a czasem i wielką historię. Ludzie jednak wciąż są istotami plemiennymi - kiedy ktoś z innego plemienia chce dołączyć do twojego plemienia, coś zgrzyta. Swoją drogą Irańczycy wcale nie są od tego wolni - podczas wojny w Afganistanie, którą rozpoczęli Sowieci w latach 80., większość afgańskich uchodźców znalazła się w Iranie. Właściwie mamy miliony Afgańczyków w Iranie. Oczywiście nie dostali oni obywatelstwa, w wielu przypadkach nie mogą posyłać dzieci do szkół. Zostali potraktowani bardzo źle, a są nam bliscy kulturowo - język w Afganistanie jest właściwie taki sam jak język perski. Ale Irańczycy nie potrafią ich zaakceptować.
Kurdowie w Iranie opowiadali mi też, jak źle byli traktowani przez rząd w Teheranie, szczególnie w latach 90.
No tak, znów - inne plemię! Albo Arabowie na południu. Absolutnie nie czują się mile widziani przez resztę społeczeństwa. Chociaż czyni się różne starania, różne rządy podejmują działania w tym obszarze. Szach bardzo się starał, jednak nie wiele z tego wyszło. Turcy Kurdów prześladowali, a szach się nimi martwił. Arabom też nie robił krzywdy. Republika Islamska nie była już taka subtelna wobec Arabów. Chociaż to też się zmienia, zdarzają się Arabowie na wysokich stanowiskach w administracji rządowej.
Wróćmy do książek - powiedziałeś już, że pisząc książki nie jesteś dziennikarzem - jak byś się w takim razie opisał?
Opisałbym siebie po prostu jako osobę, która lubi obserwować. Nie żebym nie lubił dziennikarstwa, często dziennikarzem jestem. Ale nie chcę siebie szufladkować. Moje książki są po części dziennikarskie. Mają też coś ze wspomnień, biografii. Czasem też są jak literatura podróżnicza. Dlatego gdy piszę, nie zastanawiam się czy jestem dziennikarzem. W niektórych przypadkach, tak jak w przypadku drugiej książki, ma ona bardzo dużo z analizy politycznej. Niektórzy czytelnicy mówili mi też, że są fragmenty, które czyta się właściwie jak powieść. Więc moje pisarstwo to po prostu obserwacja. Mówię oczywiście o sobie, że jestem pisarzem, ponieważ piszę. Piszę nawet beletrystykę, publikowałem opowiadania. Nie opublikowałem jeszcze powieści, ale moja kolejna książka będzie powieścią, jeżeli uda mi się ją skończyć. Nie uważam, żebym w przypadku moich dotychczasowych książek robił coś innego, gdy tworzę fikcyjne wydarzenia, przecież w obu przypadkach opowiadam historię. Historię, które akurat są prawdziwe. Mój styl nie zmienia się w przypadku fikcji. Nie staram się ubarwiać rzeczywistości, jednak czasem rzeczywistość jest równie fascynująca jak fikcja - jeżli nie bardziej!
O czym w takim razie będzie pierwsza powieść Hoomana Majda?
Będzie to… to może się zmienić, nie wiem jeszcze dokładnie. W tej chwili jest bardzo polityczna. Nie tylko o Iranie, o całym świecie. Iran, Ameryka, Europa. Główne postaci to jednak Irańczycy. Znajdzie się tam wiele z wydarzeń ostatnich lat i moich osobistych doświadczeń z polityką.
Jadąc do Iranu na rok z rodziną, wiedziałeś że napiszesz o tym książkę?
O tak! Nie umiałem wyobrazić sobie niepisania książki. Po prostu to nie było możliwe, mając w pamięci to, że napisałem już dwie książki o Iranie. Być może nie pisałbym książki, gdyby pozwolono mi uprawiać dziennikarstwo. Będąc na miejscu, dostałem wiele propozycji od różnych gazet, jednak byłem zmuszony wszystkie odrzucać. Gdybym je napisał, być może nie powstałaby książka, ponieważ wszystko zostałoby już powiedziane. W całej tej sytuacji, jadąc tam wiedziałem, że powstanie książka, ale nie wiedziałem co to dokładnie będzie, nie pisałem, będąc na miejscu. Całą książkę napisałem po powrocie do Nowego Jorku. Oczywiście robiłem różne notatki. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że moje wspomnienia mogą mieć jakieś znaczenie, ale chciałem w książce umieścić swoje doświadczenia, a także odczucia, jakie mną targały. One nie muszą miećaż takiego znaczenia w Polsce, jednak mogą być ważne dla Polaków mieszkających w Stanach, przynajmniej dla niektórych, ponieważ poruszam tam temat domu, miejsca pochodzenia. Stany to chyba najbardziej otwarte na nowych przybyszów państwo na świecie. Przecież to kraj, gdzie prezydent nazywa się Barack Hussein Obama. Nawet w latach 70. rządowy doradca do spraw bezpieczeństwa nazywał się Zbigniew Brzeziński. Mieszkałem jakiś czas na Greenpoincie w Chicago, byłem dosłownie otoczony Polakami. Idąc do parku, można było usłyszeć wiele rozmów po polsku. Koncepcja domu, którą poruszam, może nie być zbyt istotna dla wnuków, prawnuków polskich imigrantów, jednak gdy zaczynają oni podróżować do kraju swojego pochodzenia, podróżują tam i z powrotem - mogą zacząć się zastanawiać - kim ja jestem, gdzie najbardziej pasuję? Irańczycy nigdy nie mieli swojego Greenpointu. Najbliżej jest do tego w Los Angeles. Można tam znaleźć nieco irańskich restauracji, klubów. Ale nawet tam ta społeczność jest rozproszona. Polskie dziecko, które dorasta na Greenpoincie będzie w sobie czuło polskość, ale będzie to polskość Greenpointu, zupełnie inną od polskości ludzi z Warszawy czy Krakowa. Irańczyk, Afgańczyk czy nawet Syryjczyk czegoś takiego nie doświadczy. Będzie się czuł albo Amerykaninem, albo będzie tęsknił za domem, czy też za domem swoich rodziców. To kolejna rzecz, której chciałem dokonać za pomocą tej książki dla siebie i dla mojego pokolenia. Gdzie my przynależymy, gdzie ja przynależę? Wydaje mi się, że jest to coś, co może zainteresować czytelnika, który Irańczykiem nie jest, ale zna kogoś kto ma podobne doświadczenia lub też jego korzenie sięgają gdzieś - tu znowu odwołanie do Amerykanów - daleko poza Amerykę, jednak nie zastanawiał się nad tym wcześniej. Znów wracamy do plemienności - być może poczucie przynależności do tego plemienia wciąż w nim tkwi?
W książce poznajemy przede wszystkim ludzi z klasy średniej i z klasy rządzącej. Zdaję sobie sprawę, że to wynika z twoich powiązań rodzinnych i społecznych, takie było twoje doświadczenie, jednak czy nie czułeś potrzeby opisania również doświadczeń niższych klas, które są chyba najbardziej liczną klasą społeczną w Iranie?
Nie wiem czy najbardziej, na pewno klasa średnia jest dziś w Iranie bardzo liczna! Spójrz chociażby na Teheran. W porównaniu do większości krajów rozwijających się Iran ma naprawdę dużą klasę średnią. W Isfahanie, w innych miastach też to widać, restauracje, kawiarnie są pełne a ludzie wydają trzy dolary na cappuccino - nie mówię o bogatych, to studenci! Zdarzają się jednak w książce ludzie z klasy robotniczej, o których wspominam. Wydaje mi się, że byłoby to nieszczere, gdybym szukał tych ludzi i prezentował postawę “hej, chciałbym cię zrozumieć”. Z resztą wtedy byłoby to czyste dziennikarstwo. W mojej pierwszej książce mówię o biedniejszym, południowym Teheranie i spotkaniach z ludźmi z tamtego świata, świata robotników. Nie chcę pisać, że biedni są tacy i tacy, nie jest to moje zadanie. Oczywiście część tego świata znajduje się w książce, tak jak chłopiec sprzedający karteczki z wersami z Koranu na placu Tajrish, nie da się tego pominąć, to część świata, który widzę. Iran to też nie Indie, gdzie turyści podróżują aby oglądać slumsy. Trudno znaleźć w Iranie ten rodzaj biedy. Chcę więc zaznaczyć, że istnieją, ale nie próbuję udawać, że ich znam, to by było sztuczne. Miałbym próbować wprosić się do ich domu? To brzmi jak jakiś kulturowy imperializm, coś czego nie lubię robić. Wychodząc z imprezy na Północy Teheranu widzę biedniejszych i nie chcę udawać, że nie istnieją, dlatego o nich wspominam, natomiast nie chcę zakładać, że umiem ci powiedzieć, jakie są ich życia.
Moje kolejne wrażenie z lektury “Ministerstwa…” było takie, że poza tym, co znalazło się w książce jest jeszcze bardzo dużo przestrzeni, historii nieopowiedzianych, wydarzających się poza narracją. Czy były jakieś wątki, które chciałeś poruszyć, ale z jakichś powodów nie mogłeś? Albo które lubiłeś, ale zdecydowałeś się je odstawić?
Oczywiście jest wiele historii, których w książce nie ma, natomiast narracja jest prowadzona w bardzo liniowy sposób, od początku do końca i wydaje mi się, że opisałem wszystko, co opisać chciałem. Oczywiście nie chciałem też, żeby książka miała 600 stron, chciałem żeby była łatwa do przeczytania. Jest mnóstwo małych szczegółów, ale nie ma niczego, co chciałem aby się w książce znalazło, a ostatecznie w niej nie wylądowało.
Masz swoje ulubione miejsca w Teheranie?
Teheran to nie jest najwspanialsze miejsce na świecie. Przede wszystkim jest ogromny.
Jednak mieszkając gdzieś przez rok musisz mieć miejsca poza swoim domem, gdzie lubisz spędzać czas.
No tak, jest jeden park z kawiarnią, znajdujący się na zboczu wzniesienia, Khashowi się tam podobało, więc spędzaliśmy w nim dużo czasu. Bardzo lubiłem też Muzeum Kinematografii na północy, to piękny budynek w pięknej okolicy. Także jeden dom znajomego, również na północy, bardzo duży, z ogrodem i kortem tenisowym, to dosyć bogaci ludzie i udało im się utrzymać dom na własność po rewolucji. W pewien dziwny sposób moim ulubionym miejscem był chyba dom mojego przyjaciela Khosrou, który znajduje się w śródmieściu, jednak w okolicy jest sporo starego budownictwa. W poprzednich latach, gdy jeździłem do Teheranu jako dziennikarz, lub pisząc inne książki, spędzałem tam całe lato, mam też dobre wspomnienia związane z tą okolicą, ponieważ to tutaj mieszkali moi dziadkowie. Kiedyś to była piękna, szykowna okolica, teraz mało kto chce tam przebywać - zaczyna się wyburzać stare, stuletnie budynki, których bardzo mi szkoda, ponieważ to piękna, tradycyjna, perska architektura.
Rzeczywiście, architekturę dzisiejszego Teheranu cechuje przede wszystkim ogromny chaos.
To dziś po prostu brzydkie miasto! Dla wielu wartościowych budynków jest już za późno, większość już zniknęła. Właściwie to śródmieście jest chyba moją ulubioną częścią miasta, pomimo całego smrodu i zanieczyszczenia. Lubię tam wpadać, robić zakupy.
Społeczeństwo irańskie jest bardzo młode, prawda?
70% poniżej 30 roku życia.
Jak postrzegasz młodych Irańczyków?
Zależy, nie da się zupełnie tego zgeneralizować, natomiast na pewno można powiedzieć, że są bardzo dobrze wykształceni, rocznie uniwersytety wypuszczają milion absolwentów.
A większość z nich to kobiety
60%. Mamy więc tutaj świetnie wykształconą młodzież, a uniwersytety w Iranie są na naprawdę dobrym poziomie. Większość z nich jest dobrze obeznana z Internetem, wiedzą co się dzieje na świecie, nawet jeśli mniej podróżują od swoich rówieśników z Europy. Prowadzi to do dużej frustracji. Szczególnie w trakcie prezydentury Ahmadineżada, a najbardziej po 2009 roku, dało się wyczuć wśród młodych fatalistyczne podejście do życia, uważano, że nic nie może się zmienić. Wiele z nich uważało, że tylko emigracja da im lepsze życie, szczególnie mając za przykład Irańczyków odnoszących sukces w Stanach. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie będą mogli prowadzić takiego życia na miejscu, w Iranie. Jednak wcale nie jest łatwo wyemigrować. Dzisiejsi Irańczycy nie są uchodźcami, migrują z powodów ekonomicznych, nie mogą liczyć na taryfę ulgową, nie uciekają przecież przed wojną. Myślę, że bardzo duża część z nich wyjechałaby, gdyby tylko mogła. Iran bardzo cierpi na fali emigracji młodych - gdyby wszyscy Ci młodzi, zdolni ludzie, którzy wyjechali, zdecydowali się dostać, Iran byłby zapewne w lepszej sytuacji. Jednak po wyborach w 2013 roku widać wśród ludzi nadzieję na to, że pojawią się nowe możliwości, szczególnie teraz, po obiecanym zniesieniu sankcji, gospodarka będzie się zmieniać. Ludzie są cierpliwi. A Irańczycy woleliby mieszkać w Iranie. Tak jak Meksykanie woleliby mieszkać w Meksyku, bez względu na to, co mówi Donald Trump. Dlaczego mieliby chcieć mieszkać w Chicago, gdzie temperatura spada poniżej zera i mało kto mówi w ich języku? Powód, dla którego decydują się na przyjazd do Chicago, to praca.
Jednak Amerykanie nie mają na to zbyt dużego wpływu, nie mogą zajmować się poprawianiem sytuacji w Meksyku. Dlatego nie powinno się przecież zakazywać Meksykanom przyjeżdżania do USA.
Ludzi zawsze powinno się witać z otwartymi ramionami. Oczywiście, jeżeli nie będzie pracy, żadni emigranci się nie pojawią. Z Syryjskimi uchodźcami jest zupełnie inaczej, oni chcą po prostu godnie żyć i nie chcą zostać zabici w swoim własnym kraju, ani nie chcą patrzeć, jak ich dzieci są zabijane. Oczywiście sprawy uchodźców są czasem bardzo poplątane, jednak wiele z nich ucieka bezpośrednio przed wojną, lub przed Państwem Islamskim. Nie umiem nawet sobie wyobrazić życia w Państwie Islamskim. To jak Arabia Saudyjska pomnożona przez tysiąc.
Nie jesteś religijną osobą, prawda?
Nie
Jak to się stało, że osoba z rodziny wielu duchownych i ajatollahów zupełnie porzuciła islam?
Moja mama do dziś jest bardzo religijna, a mój ojciec pochodzi z religijnej rodziny, natomiast nigdy religijny nie był. Irańczycy z klasy średniej, wyższej, czy jakkolwiek ją nazwać, nigdy nie czuli przymusu, aby być nadmiernie religijni. Tak było za szacha, tak jest nawet dziś.
Gościowi z zagranicy w irańskim domu często mówi się, że tutaj nie ma Republiki Islamskiej
Tak, chociaż oczywiście w wielu domach panują porządki Republiki Islamskiej. Jednak Irańczycy nie oceniają cię przesadnie, jeżeli nie jesteś troche religijny lub nie jesteś religijny wcale. Oczywiście w Republice Islamskiej nie możesz wyjść na środek ulicy i powiedzieć: “Islam jest okropny, nie wierzę w Boga”, natomiast prywatnie ludzie składają takie deklaracje. W Iranie nigdy nie mieliśmy problemu z zabójstwami honorowymi i podobnymi rzeczami, które można obserwować w innych, bardzo religijnych krajach, jak niektóre kraje arabskie albo Pakistan. W Iranie raczej nie zdarza się, żeby brat zabił swoją siostrę tylko dlatego, że miała ona chłopaka. Nawet pod rządami Republiki Islamskiej. Co do mnie - przede wszystkim nie dorastałem w Iranie. Dorastałem wśród zsekularyzowanych znajomych, którzy byli chrześcijanami lub żydami. Moja mama nigdy nie próbowała narzucić mi i mojemu rodzeństwu swojej wiary. Tata nigdy nie praktykował, otwarcie pił alkohol a mama nie zakazywała nam jeść bekonu, tylko dlatego, że ona tego nie robi. Nie mam osobistej relacji z religią, jest ona tylko i wyłącznie kulturowa. Szanuję ludzkie wybory, nie przeszkadza mi żadna religia, nie jestem bojowniczym ateistą. Widzę też po mojej mamie, że to daje jej siłę i być może religia mogłaby być w jej życiu zastąpiona czymś innym, jednak nigdy tego nie sprawdziła a dziś jest już po osiemdziesiątce. Modlitwa daje jej coś, czego ja zrozumieć nie mogę, ale ona zapewne tak, więc to szanuję, nie mam z tym żadnego problemu. Część rodziny, która mieszka w Iranie jest bardzo religijna, mam kuzynki, które nie podadzą mi ręki na powitanie. Inni piją alkohol, jedzą wieprzowinę i nigdy się nie modlą. Większość rodzin w Iranie taka jest, poza tymi bardzo religijnymi. Paradoksalnie Iran jest dużo bliższy na przykład Turcji pod względem religijności niż Katarowi czy Emiratom, gdzie ludzie są bardzo konserwatywni. Gdy polecieliśmy z żoną do Dubaju podczas naszego pobytu w Iranie, odczuwała ona tam obecność religii dużo intensywniej niż w Iranie.
Czy wydaje ci się w takim razie, że zmiana reżimu jest możliwa w najbliższym czasie? Państwo jest bardzo silne, jednak zatrzęsło się już raz, w 2009 roku a przecież wiele ludzi nie akceptuje narzuconego przez duchownych religijnego prawa.
Ale bardzo duża cześć je akceptuje! Nie ma jednak żadnego naukowego opracowania, które mówiło by jaka część społeczeństwa popiera w Iranie islamskie prawo. Myślę, że jest bardzo duża grupa, być może około 25% Irańczyków, którzy nie mają żadnego problemu z porządkiem prawnym w Iranie. Są przecież religijni. Kilka lat temu czytałem artykuł w Financial Times o bardzo religijnej kobiecie, która właśnie skończyła Uniwersytet w Teheranie i mówiła ona dziennikarzom FT, że zawdzięcza wszystko Rewolucji Islamskiej. Można się zdziwić, ponieważ studenci mają przecież tendencję, żeby sprzeciwiać się zastanym porządkom, jednak ona mówiła, że gdyby nie Chomeini, nigdy nie byłaby dopuszczona do nauki na uniwersytecie. Jej ojciec nigdy nie wypuścił by jej z domu, gdyby nie wiedział, że będzie mieszkać w akademiku z samymi kobietami. Chomeini uznał, że nie ma nic złego w tym, aby kobiety się kształciły. Tacy ludzie, nie tylko ta dziewczyna i jej rodzina, lubią chustę, lubią czador, nie mają z tym żadnego problemu. Co do pozostałych trzech czwartych społeczeństwa - trudno powiedzieć.
Jednak liczba osób, które wyszły na ulice w 2009 roku były przytłaczające.
Mówi się nawet o 4 czy 5 milionach. Jednak nie wszyscy z nich chcieli zmiany reżimu. Nie wszyscy chcieli sekularnej republiki. Wielu z nich chciało po prostu, aby Iran respektował swoje własne prawo. Żeby, jako państwo, dotrzymywał słowa i był uczciwy. I wiele z tych ludzi poszło w 2013 roku do urn i zagłosowało na Rouhaniego. Pokazali, że wciąż są politycznie aktywni. Wydaje mi się, że tak naprawdę nie ma zbyt wielu ludzi, szczególnie dzisiaj, którzy chcą kompletnej zmiany systemu. To moje prywatne zdanie i mogę się mylić, ale przyczyn jest wiele ale jest tak po części dlatego, że Iran jest bardzo stabilnym krajem.
Rzeczywiście, będąc w Iranie, szybko można zauważyć, że jest to bardzo bezpieczne miejsce. A patrząc na kraje sąsiadujące - Irak, Afganistan, Pakistan, docenia się to osiągnięcie jeszcze bardziej.
Tak, nie tylko kraje sąsiadujące - Libia, Egipt! Egipt nie jest stabilny, ma w prawdzie ponownie wojskowego dyktatora na najważniejszym stanowisku w państwie, ale politycznie nie jest to stabilne państwo. Iran jest stabilny. Irańczycy po Arabskiej Wiośnie zauważyli z czym wiąże się masowe wystąpienie przeciwko władzy i są pewni, że nie chcą takich porządków jak w Libii. Więc jeśli chcesz zmienić reżim, musisz wiedzieć czego chcesz w zamian. Obecnie nie ma w Iranie żadnej realnej alternatywy. Nawet przywódcy Zielonego Ruchu z 2009 roku, Musawi i Karubi, nawet oni nie nawoływali do całkowitej zmiany reżimu, nawet dziś tego nie mówią.
W końcu sam Musawi był częścią reżimu, premierem, przed zlikwidowaniem tego urzędu.
Dokładnie - oni chcą zmian, ale nie chcą rewolucji. Grupy, które chcą pełnej zmiany reżimu są zmarginalizowane i nie mają prawie żadnego poparcia w Iranie.
Islamska Republika nie jest oczywiście w pełni demokratycznym państwem. Słyszę czasem opinie, że kraj islamski nie może być nigdy w pełni demokratyczny, co wydaje mi się aroganckie i pełne ignorancji. Spójrzmy chociażby na Tunezję, która radzi sobie nadzwyczaj dobrze.
Relatywnie dobrze. Tak, wydaje mi się, że opowiadanie, że ludzie z Bliskiego Wschodu nie są w stanie stworzyć demokratycznego systemu to pewna forma rasizmu. Ale właściwie należałoby zacząć od zdefiniowania demokracji. Czy mówimy o greckiej demokracji, amerykańskiej demokracji? Ale załóżmy, że mamy pewien ogólny konsensus co do tego, czym są demokratyczne rządy: jedna osoba - jeden głos, pewien rodzaj reprezentacji w rządzeniu i państwo prawa. Dlaczego Bliski Wschód miałby nie być w stanie zaprowadzić takiej demokracji? Na jakiej podstawie tak zakładamy? Można powiedzieć, że kultura islamska przez długie lata żadnej demokracji nie doświadczyła, ale tak samo było w Europie. Przecież 200 lat temu w Europie nie było prawie żadnej demokracji. Nawet Stany nie były zbyt demokratyczne aż do nadania czarnoskórym pełnych praw obywatelskich. Iran i kraje arabskie na pewno nie są niezdolne do demokracji. Chociaż nie mają jeszcze zbyt wiele demokratycznych doświadczeń, natomiast tak naprawdę niewiele krajów na Bliskim Wschodzie ma długie tradycje państwowości. Egipt, Iran, Turcja. Turcja pokazała, że może być demokratyczna.
Można by na ten temat polemizować
No ale został wybrany! Ale zgadza się, można wybrać kogoś, kto potem kwestionuje zasady demokracji.
Nie wolno się na demokrację obrażać
Zdecydowanie. Mniej więcej to samo stało się w Egipcie. Mursi został wybrany, Bractwo Muzułmańskie było dobrze zorganizowane. A że jego krótkie rządy były zaprzeczeniem demokracji - to zupełnie inna sprawa. W każdym razie ja nie widzę żadnego powodu, dla którego Iran nie mógłby kiedyś być w pełni demokratyczny. Inna kwestia, i warto sobie zadać to pytanie, to czy może istnieć islamska demokracja, demokracja, której islam jest integralną częścią.
W nowej, tunezyjskiej konstytucji są odwołania do islamu.
Konstytucja Iranu czasów szacha była oparta na islamie. To znów bardzo skomplikowana kwestia, starałem się ją poruszyć w mojej drugiej książce - czy islam można połączyć z demokracją? Ale to temat na inną, dłuższą rozmowę.
Do Jarosława Gowina
Szanowny Panie Ministrze!
Politykiem, który najefektowniej w ostatnich tygodniach zwiększył swoją popularność w kontekście światowym jest niewątpliwie multimilioner Donald Trump. Poza byciem zwyczajnym chamem i mizoginem, kreuje się on również na pierwszego sprawiedliwego w walce z poprawnością polityczną, czym zyskuje sobie popularność wśród tej części zwykłych Amerykanów, którzy podzielają jego zdanie o szkodliwości tego rodzaju języka politycznego. Nie chcę porównywać Pana do tego amerykańskiego, politycznego klauna ani nie posądzam Pana o ambicje do zaistnienia w każdym poważnym serwisie z wiadomościami na planecie - zauważam jednak u Panów podobne, instrumentalne użycie pojęcia tak zwanej poprawności politycznej.
Z rosnącym zażenowaniem przeczytałem wywiad z Panem, autorstwa Pawła Reszki, który ukazał się w zeszłotygodniowym numerze Tygodnika Powszechnego. Nawołuje tam Pan do nieprzyjmowania do Polski żadnych muzułmanów a następnie nazywa Pan mnie i całą rzeszę osób podobnie do mnie myślących “pięknoduchami od poprawności politycznej”. Nie zgadzam się na takie podejście. Mniejsza zresztą o poprawność polityczną, z którą Pan tak ochoczo walczy. Pana wypowiedzi przerażają brakiem elementarnej solidarności międzyludzkiej z osobami, które uciekają przed koszmarem wojny. Segregacja ludzi ze względu na religię to okrutna forma dyskryminacji, która dodatkowo nie ma tutaj żadnego uzasadnienia. Czytając wywiad z Panem nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest to cyniczna gra obliczona na zdobycie poparcia tej części społeczeństwa, która o islamie nie ma prawie żadnego pojęcia wykraczającego poza to, co podaje się w wieczornych serwisach z wiadomościami, w których jedynymi muzułmanami, jakich można zobaczyć są islamofaszyści z licznych grup terrorystycznych. Oskarżenie o polityczny cynizm może się Panu wydać nieprzyjemne, jednak jestem mocno przekonany, że nie ma Pan racji. Już Panu tłumaczę, dlaczego.
Sam Pan uważa, że jedynie nieliczna część muzułmanów to fundamentaliści. Skoro tak, to dlaczego boi się Pan przyjęcia do naszego kraju na przykład 2000 muzułmanów? Załóżmy, że nieliczna część to 1% - mamy wtedy 20 osób, które stanowią potencjalne zagrożenie - myśli Pan, że nasze służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo wewnętrzne kraju nie poradzą sobie z taką liczbą? Tak słabo ceni Pan ludzi, którzy naszego bezpieczeństwa chronią?
Podkreśla Pan, jak ważne jest to, aby przyjęci przez nas muzułmanie się w Polsce asymilowali. Nie czarujmy się jednak - Polska nie jest dla nich pierwszym wyborem i nie chodzi tutaj o robienie komukolwiek łaski w udostępnianiu pięknej, piastowskiej ziemi. Chodzi tylko i wyłącznie od odciążenie od wojennych horrorów takiej liczby osób, jakiej jesteśmy w stanie pomóc. Ich religia nie ma tutaj nic do rzeczy. Syryjskiemu muzułmaninowi jest kulturowo bliżej do syryjskiego chrześcijanina niż syryjskiemu chrześcijaninowi do chrześcijanina polskiego. Jakiejkolwiek grupy religijnej nie przyjmiemy, ich asymilacja będzie bardzo trudna ze względu na różnice kulturowe i barierę językową. Należy im oczywiście zapewnić jak najlepszą możliwość nauki języka polskiego i utworzyć programy asymilacyjne. W przyjmowaniu uchodźców nie chodzi jednak o nabywanie taniej lub też wykwalifikowanej siły roboczej. Segregowanie uchodźców na przydatnych inżynierów i zbędnych pracowników fizycznych jest równie niemoralne jak dzielenie ich według religii. W przyjmowaniu uchodźców chodzi o pomaganie ludziom, których dom został zniszczony. Uznaję, że nie muszę przypominać Panu ani nikomu innemu jak wygląda Syria i jak z rąk zarówno tak zwanego Państwa Islamskiego, innych grup terrorystycznych i reżimu Asada cierpią cywile. Ich domy są zniszczone a oni zmuszeni do ucieczki - nasz dom, Polska, pomimo wielu problemów, jakie tutaj mamy, jest w dzisiejszych czasach jednym z lepszych miejsc do życia.
Chciałbym również przypomnieć Panu, że ludzie, którym mamy pomóc uciekają przed zbrodniami muzułmanów. Czy nie uważa Pan, że ich historie i świadectwa ich doświadczeń będą najlepszym czynnikiem chroniącym naszą niewielką społeczność muzułmańską przed wspieraniem ekstremistycznych postaw? Czy sądzi Pan, że ludzie, których bliscy zostali zamordowani z rąk islamofaszystów porzucą nagle wszystko i zaczną wspierać inspirowaną islamem przemoc?
Pana twierdzenie, że religie przechodzą różne fazy wydaje mi się naiwnym uproszczeniem. Jaką obecnie fazę przechodzi chrześcijaństwo? Czy nie tak dawna przemoc w Irlandii należy już do poprzedniej fazy? Przemoc i okrutne czyny inspirowane islamem nie są wynikiem jakiejś deterministycznej siły historii, obecna sytuacja jest dużo bardziej złożona a wiele z przyczyn dzisiejszej sytuacji w Syrii i Iraku to efekt polityki chrześcijanina - Busha.
Mówi Pan, że gdyby wśród uchodźców byli wyznawcy judaizmu, buddyzmu lub ateizmu, to wszystko byłoby w porządku i powinniśmy takim ludziom pomóc. Czy gdyby o azyl w Polsce poprosił kontrowersyjny, buddyjski mnich Ashin Wirathu, to otworzyłby mu Pan granice? Czy gdyby to był ortodoksyjny Żyd Yishai Shlissel, odpowiedzialny za ataki inspirowane judaizmem, to wszystko byłoby w porządku? Czy kryterium religijne dalej wydaje się Panu takie kluczowe i słuszne?
Nie piszę tego wszystkiego, bo poczułem się osobiście dotknięty tym “pięknoduchem”. Piszę to, ponieważ uważam, że jest Pan w błędzie. Najprawdopodobniej za dwa miesiące będzie Pan, wraz z formacją polityczna z którą się Pan związał częścią obozu rządzącego, a więc będzie Pan miał znacznie większe możliwości wprowadzania swoich pomysłów w życie. Wywiad, do którego się odnoszę ukazał się niecałe dwa tygodnie temu, ostatnie dni przynoszą nam kolejne dramatyczne wydarzenia, tym razem w Macedonii, potwierdzające, że mamy do czynienia z najdramatyczniejszym kryzysem uchodźczym w Europie od zakończenia Drugiej Wojny Światowej. Jest jeszcze czas na zmianę swojego podejścia i zawrócenia ze ślepej ścieżki obrzydliwej, religijnej dyskryminacji.
Jakub Szymczak
Podobno w tym roku populacja żurawi jest znacznie liczniejsza niż zwykle. Rzeczywiście, widziałem ostatnio niejednego, długonogiego, dostojnie szarego ptaka. Tymczasem wiosnę wciąż można określić jako wczesną. Widziałem nawet dwa nad domem. Przeleciały dostojnie nad linią lasu, pokrzykując coś w żurawim języku w regularnych odstępach czasu, jak gdyby śpiewały żurawią pieśń, mającą umilić im przelot nad wsią. Okolica nadaje się doskonale do obserwacji ptaków. Cisza przy pograniczu lasu zakłócana jest tylko przez dźwięki zwierząt i wiejskie debaty, na których omawia się sprawy, do których nie wszyscy mają dostęp. Spokój mąci też w tym okresie dosyć często nadjeżdżający na sygnale wóz strażacki. I zapach wypalanych traw. Jadąc wzdłuż drogi do najbliższego, dużego miasta widać wyraźnie jak kolejne łąki z dnia na dzień czernieją. Droga w ogóle jakaś inna niż te, które znam z moich okolic, z dzieciństwa. Obraz wsi, do którego przywykłem, to klockowate, pseudo-modernistyczne, piętrowe budynki, zaludniane stopniowo przez miejscowe rodzin. Ustawione wzdłuż jednej drogi, ciągnące się setki metrów. Trudno powiedzieć, dlaczego tutejsze ulicówki skuteczniej oparły się pociągowi władzy poprzedniego ustroju do unowocześnienia egzystencji klasy robotniczej, ludu wsi. Być może skryte między świętokrzyskimi lasami, były z Warszawy słabiej widoczne. Jeśli tak, ludowa władza przeoczyła miejsca niezwykłej urody, które do dziś sprawiają wrażenie ukrytych. Dziś jednak władze odciskają na okolicy swoje piętno. A to nowy przystanek autobusowy, a to panowie robotnicy kładą wzdłuż drogi światłowód. Tablica przy pobliskim zalewie mówi, że na jego nową infrastrukturę złożyli się w dalekiej Brukseli. Liczne drewniane domy, z których większość pomalowana jest na kolor żółty lub czarny, od czasu do czasu znikają i na ich miejscu pojawia się budynek solidniejszy, bardziej pasujący do naszych czasów. Jednak drewniane domki wciąż mają na lokalny krajobraz znaczny wpływ. Zapach wypalanej trawy nie różni się specjalnie od zapachu spalanych liści zagrabionych na własnej działki, których należy się następnie pozbyć. Różnica jest jednak zasadnicza, ponieważ liście zapalane są otwarcie. Łąkę natomiast podpalić trzeba ukradkiem. Nie można tego zrobić pod swoim domem, na miejsce można dojechać rowerem, lub skradając się, nierzadko chwiejnym krokiem. I chociaż wielu spośród mieszkańców wie, kto jest wzniecił płomienie, które podchodzą niebezpiecznie blisko lasu, to nikt głośno tego nie powie. Ostatecznie sąsiedzi to nie potwory – można liczyć na ich pomoc. Trzeba przecież uciąć drzewo, skosić łąkę, narąbać drzewa, a czasu nie zawsze starczy. Czasem tylko znajdzie się zdechłe szczeniaczki głęboko w lesie. Ktoś je tam wyrzucił. Ale do nas dochodzi nic więcej, jak tylko zapach wypalanych traw.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Każde miejsce ma swoje legendy. W przypadku Nekli najbardziej oczywistą i pierwszą, która przychodzi na myśl legendą jest opowieść o grobli Pana Twardowskiego koło Nekli. Jest to legenda z rodzaju tych baśniowych, które przywołują nazwę miejsca ale mówią o miejscu zupełnie innym, z tak odległego dla mieszkańców miejsca w czasie, że trudno się z tą legendą utożsamiać i uznać, że mówi ona coś o miejscu. Ale są też legendy bliższe, które opisują znaną nam rzeczywistość. Jedna z nich to historia umiejscowienia nekielskiego dworca. Otóż lokalne podanie głosi, że stacja znajduje się w takiej odległości od centrum miasteczka, ponieważ hrabina Żółtowska, miejscowa magnatka, zgłosiła swój sprzeciw wobec torów kolejowych w okolicach jej pałacu, w obawie, że hałas wytworzony przez kolej żelazną zakłóci jej szlachecki sen. Trudno dziś prawdziwość owej legendy zweryfikować, ale jest prawdą, że wiele z osób muszących codziennie przebywać pieszo drogę, zwaną przez niektórych drogą do nieba, złorzeczy na hrabinę, obwiniając ją o stratę cennych minut. Ja sam pokonywałem tę trasę bez mała setki razy. W drodze do szkoły, wyruszając w dalsze podróże, wracając do domu rodzinnego, w tę i z powrotem. Szesnaście pierwszych lat mojego życia spędziłem prawie wyłącznie w Nekli i patrząc na to dziś wydaje mi się, że poruszałem się po niej bardzo zachowawczo. Na pociąg, do szkoły, do lasu, utartymi ścieżkami. Wzdłuż tych ścieżek leżą najróżniejsze punkty, które opowiadają historie i spoglądają na przechodniów tajemniczo. Przy wspomnianej drodze do nieba znajduje się stary, drewniany dom. Mijałem go swego czasu codziennie i nie zaprzątał on specjalnie moich myśli. Czasem tylko zaintrygował mnie, kiedy to było już po zmroku lub też jeszcze przed świtaniem i z jednego z jego okien dostrzec można było światło. Wtedy to, na tę krótką chwilę, podczas której światło to znajdowało się w zasięgu mojego wzroku, myśli moje wędrowały do wnętrza tego domu. Szybko jednak wracały na tory codzienności i zajmowały się tym, co aktualnie wydawało mi się istotne. Dom ten dziś coraz mniej pasuje do ogólnego krajobrazu. Wokół niego wyrastają coraz to nowe, nowoczesne domki, zapełniające się kolejnymi rodzinami. Niedawno wybudował się przed nim ceglasty budynek, odcinając stary dom od drogi, negując jego niegdysiejszą, naturalną pozycję. Tak się składa, że za tym odrzuconym, starym domem znajduje się zagajnik. Zwyczajny, z niewielką sadzawką, ławeczką na której można odpocząć. I chociaż do niedawna zagajnik ten zupełnie ignorowałem, to okazuje się, że wystarczy zboczyć na kilkadziesiąt metrów z drogi do nieba i jeżeli akurat mamy wczesnowiosenne południe, to można tam posłuchać niezwykłej, ptasiej symfonii. Wróble, sójki i gołębie a od czasu do czasu nawet przelatujące w pobliżu żurawie czy gęsi tworzą piękną, naturalną muzykę. Niestety zakłócana ona jest nieznajdującymi się w ptasiej partyturze dźwiękami głośnych maszyn. Będąc w zagajniku trudno powiedzieć czy są to koparki, wywrotki czy też mniejsze urządzenia. Ale ich zadanie jest jasne. Budują nowe domy.