Powódź skrzywdziła w ostatnich dniach tysiące ludzi. Trudno przejść obok tych dramatów obojętnie. Zadałem sobie takie pytanie, bardzo ważne, ile razy można zaczynać życie od zera. Ile razy można stawiać dom? Ile razy można się narodzić? Kupować wersalkę, kołdrę, szafki do kuchni? Zmieniać samochód? Muszę tu dać każdemu z was mnóstwo optymizmu. Otóż można od zera zaczynać i sto razy. Patrzę na swoje życie. Tak miałem. Od powodzi do powodzi i od katastrofy do klęski. Mając lat cztery, zostałem sierotą i nędzarzem, czyli nikim. Pariasem. Mając lat 25, przeżyłem zdradę i straciłem, po raz kolejny, całą rodzinę (domu stracić nie mogłem, bo nigdy go nie miałem). Mając lat 40, zostałem ofiarą wypadku, oplutą i bez pieniędzy. Mając lat 50 - dźwignąłem się znów i znów. I tak sobie wciąż żartuję, że nic mnie już nie zniszczy. I was też nie zniszczy nic, żadna powódź. Nic. I to nie jest tak, że jesteśmy wiecznymi przegrywaczami. Nie, ja zawsze z biedy, z samego dna miałem mocniejsze odbicie. Ja myślę nawet, że te systematyczne upadki właśnie mi najbardziej pomogły. Po-mo-gły! Bo im boleśniej lądowałem, tym bardziej się hartowałem. Więc jak zaczynasz od zera, obywatelu, uwierz mi, bracie, siostro, jesteś… w kapitalnym położeniu! Wypłaczesz się, dom stracisz, dziewczyna cię zostawi, zwolnią cię, obrażą… Kopną… Ale zyskasz coś niepowtarzalnego. Dystans. Odporność. Włącz sobie na przykład radio i posłuchaj takiej melancholijnej ballady: "I am walking away, for a find a better day…". Wtedy aż się chce zgasić światło, i zasnąć. Żeby się obudzić! I wygrywać! Od zera. Tak jak niejeden z nas.
Paweł Zarzeczny








