What’s meant to be or meant to break is yet to be decided A requiem to seal our fate has yet to be rеcited Was all this suffering just a waste if еmptiness fills the spaces? The bond has reached the bone
R.I.P. Motionless In White | June 17, 2026
art blog(derogatory)

祝日 / Permanent Vacation
wallacepolsom
Mike Driver
d e v o n
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
Xuebing Du

Product Placement

Kaledo Art
noise dept.

Alisa U Zemlji Chuda
Cosimo Galluzzi

⁂
h
YOU ARE THE REASON
ojovivo
Show & Tell

roma★

JBB: An Artblog!

seen from United States

seen from Malaysia
seen from Malaysia
seen from Nepal

seen from Spain
seen from Mexico
seen from United States

seen from Sweden

seen from United States
seen from Malaysia

seen from United States
seen from Malaysia
seen from Algeria
seen from Algeria
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from Thailand
@darksideofthes0ul
What’s meant to be or meant to break is yet to be decided A requiem to seal our fate has yet to be rеcited Was all this suffering just a waste if еmptiness fills the spaces? The bond has reached the bone
R.I.P. Motionless In White | June 17, 2026

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Dysonans, który wskazuje winę, jest głośniejszy w milczeniu
Zagubiliśmy się w hałasie, mając tylko blizny jako przewodników
Przyjmij to
Pokaż mi swoje najciemniejsze miejsca
Powiedz mi, że tego cholernie nienawidzisz
Nie możemy wrócić
Podobno kolor i kształt duszy nadaje muzyka...
Postanowiłem swoją wenę i emocje przelać na papier i coś z tego wyszło... Czy to coś dobrego? Nie wiem drogi czytelniku. Jeśli chcesz wpadnij i posłuchaj co chciałbym Ci przekazać w nieco innym formacie... Może znajdziesz tam coś co siedzi i zalega Tobie na dnie duszy.
Znasz to uczucie, kiedy światło powoli zaczyna blaknąć? Na początku to tylko delikatny półmrok, ale z czasem orientujesz się, że od lat po prostu spadasz. Jak w oceanie – najpierw widzisz jeszcze migoczącą powierzchnię, a potem zostaje już tylko głęboka, zimna otchłań.
Najgorszy moment nie jest jednak wtedy, gdy walczysz o oddech. Najgorszy moment następuje wtedy, gdy osiągasz dno.
Z jednej strony paraliżuje cię lodowaty uścisk na gardle – jak mały staw w samym środku wieczystej zimy. Z drugiej, potworne ciśnienie głębin łączy się z nieznośnym ciężarem w piersi. Czujesz, jak serce powoli traci swój stały rytm, jakby każda sekunda kosztowała je zbyt wiele uwagi. W tym stanie zapominasz nawet o własnym oddechu. Leżysz i nie wiesz już, czy on w ogóle jeszcze tam jest, czy jest wyczuwalny.
Na dnie nie ma paniki. Jest tylko głęboka, wszechogarniająca pustka. Absolutna cisza. A kiedy próbujesz zrobić choćby jeden krok, zderzasz się z bezwładem. Nogi są strasznie ciężkie, jakby uwięzione w mule, zmarznięte i odmawiające posłuszeństwa. Nie czujesz już praktycznie nic, poza tym jednym – wszechobecnym ciężarem...
Nowa generacja potworów
Saga Zmierzch, Kurt Barlow z Miasteczka Salem Stephena Kinga czy Drakula Francisa Forda Coppoli. Historia wiecznej miłości, mroku i krwi. Wampiry w zależności od twórcy są różne. Jedne straszne i mordercze. Inne ekscentryczne albo potężne jak te w Van Helsingu.
Ale czy tak naprawdę to tylko fikcja literacka? Otóż nie. To nie fantasy czy horror. Wampiry istnieją. Z tym że dostosowały się do obecnych czasów.
Kiedyś telefony były tylko domowe – na kablu, ciężkie i wpięte do ściany. Pamiętasz stare drukarki z tonerami wielkości bochenka chleba z piekarni? Porównaj je z tym, co mamy teraz. Z wampirami stało się dokładnie to samo. Przeszły systemową aktualizację. Może ludzka krew przestała im smakować, nie wiem. Wiem jedno: te skurwiele do perfekcji nauczyły się wyciągać z ludzi czystą energię.
I nie odróżnisz ich od normalnego człowieka. Taki potwór chodzi w słońcu. Uśmiecha się. Ba, zamówi nawet pizzę z podwójnym sosem czosnkowym, żeby uśpić Twoją czujność.
A kiedy ma braki w endorfinach, wchodzi Ci na plecy i zaczyna wysysać całe dobro. Każdą jasną cząsteczkę, siłę, dobre myśli. Na sam koniec odwraca kota ogonem – sprawia, że to Ty czujesz się winny. Przepraszasz za swoje istnienie. Za to, że żyjesz, że krzywdzisz i nie liczysz się z jego świętymi uczuciami. Człowieku, ogarnij się!
Kiedy ktoś przyszedł do Ciebie i zapytał bezinteresownie: „Ej, wszystko ok? Potrzebujesz czegoś? Chcesz się przejść?”. Przypuszczam, że nie pamiętasz takiego momentu. Mało kto pyta Cię o zdrowie, o to, czy sobie radzisz, czy jesteś głodny, czy po prostu wytrzymujesz z tym całym bagnem dookoła.
Zazwyczaj musisz olać własne potrzeby i pragnienia. Dlaczego? Bo te emocjonalne śmieci – sorry, nie ma na to lepszego słowa – muszą być w centrum uwagi. Tylko ich dramat ma znaczenie. Nawet jeśli przeżywacie to samo, oni zawsze cierpią bardziej. Ich mocniej krzywdzą słowa, ich bardziej bolą Twoje czyny. I to nie oni są problemem. To Ty, bo jesteś egoistą i masz w dupie innych.
A co, gdybym Ci powiedział, że czasem trzeba być cholernym egoistą?
Nowoczesny wampir nie potrzebuje zamku w Transylwanii. Łączy się z Tobą przez Bluetooth, wysyła toksyczne wiadomosci na Messengerze i karmi się Twoim poczuciem winy przez ekran telefonu. Co zrobisz za kilka dni? Albo za kilka lat, kiedy obudzisz się z ręką w latrynie i dostrzeżesz, że całe życie dbałeś o to, żeby komuś było dobrze, całkowicie zapominając o sobie?
Te osoby nie będą przy Tobie zawsze. Odejdą, gdy skończą się zapasy energii. A Ty zostaniesz sam. Bez sił, w mroku, gdzie każdy Twój krzyk będzie tylko rozsadzającą głowę ciszą.
Czasem warto pomyśleć o tym, co dla nas jest dobre. O tym, czego my chcemy.
A skoro nikt dookoła nie pyta, pozwól, że ja zapytam. Drogi czytelniku:
Jesteś bezpieczny? Wszystko z Tobą okey? Radzisz sobie z tym całym gównem? Czy jest coś, o czym chcesz pogadać?

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Budzik dzwoni. Na zegarze 03:01. Wiesz, że musisz wstać... Więc siadasz na łóżku. Bierzesz głęboki, ciężki oddech, albo odruchowo sięgasz po papierosa. I to uczucie... moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że właśnie zaczął się kolejny dzień. Dzień, który nie wiadomo, co przyniesie. W moim przypadku, gdy ja wstawałem, ona dopiero kładła się spać, zasypiając z telefonem w ręku... Jakby no....Serio?
I zostaje z tobą tylko bezsilność. Ta niszcząca myśl, że jesteś niewystarczający, że jesteś kawałkiem gówna, tylko cyferką w excelowskiej tabelce... Ona siedzi przy tobie przy tym papierosie i nie chce puścić. Idzie za tobą do kuchni, gdzie cuci cię jedynie zapach kawy. Ale ona nadal tam jest. I paradoksalnie, daje ci to poczucie, że chociaż na nią możesz liczyć... Bo tak naprawdę tylko ona nadaje twojemu dniu rutynę i jest jedynym niezmiennym punktem odniesienia.
Wiesz... każdego to spotyka. Codziennie rano setki, jak nie tysiące mężczyzn budzi się i wstaje. Jadą do fabryk, kopalni, zasiadają za sterami pociągów, samolotów, statków. Operują potężnymi maszynami, siedzą na platformach wiertniczych... Jedni pracują na budowach, inni siedzą za granicą, tysiące kilometrów od rodzin. I to właśnie ich najczęściej spotyka. To oni czują się wyczerpani, wypaleni, jak guma, która dawno straciła smak. I nie mówię, że wszyscy, ale przynajmniej 3/5 z nich spotyka ten chłód i zawód ze strony partnera... Wiesz, czytelniku, nie twierdzę, że kobiety tak nie mają... Bo mają, i to czasem gorzej. Jest wiele samotnych matek, wiele kobiet skrzywdzonych i poniżonych. Tyle cierpiących młodych ludzi – zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Każdego to spotyka... I właśnie tu nasuwa się pytanie: Czemu tak jest? Czemu musimy tak cierpieć? Przecież "bóg" dał ludziom wolną wolę, więc czemu, do cholery, ktoś ma czelność robić z nas plastelinę i formować według własnego widzimisię? Po co to wszystko?
Kiedyś Falling in reverse zaśpiewał w piosence "Popular Monster":
"Walczę z demonami, ale pytanie wciąż mnie dręczy,
Czy to trauma mnie pożera, czy tłumię wściekłość we krwi?
Lekarz mówi: „to minie”, jakby miał w tym pewność,
Nie, to nie jebany etap – chcę się wydostać, do cholery!"
W pewnym momencie nie wiesz już sam, czy ta bezradność i gniew to kod zapisany w twojej krwi, czy po prostu system obronny, który nie pozwala twojemu sercu się zatrzymać. Wielu z nas przegrywa tą walkę... Bo już nie widzą światła... Inni podejmują rękawice, chcą walczyć ale często biją ścianę... Czasami dla faceta starej daty największą ujmą jest zapisanie się do psychiatry czy terapeuty... Jakby no kurwa... Płacisz obcemu by Cię wysłuchał i pomógł chociaż ktoś może Cię wysłuchać w domu ? A jeśli nie ? To jaki sens tkwić w takiej relacji ? Po co nam ktoś, kto ma nas w dupie i jest z nami dla korzyści... Kurwa bo dziecko? No dzieci w tym cierpią najbardziej ale to w 89% przypadków dzieci odbierane są mężczyzna... Bo lepiej dziecku będzie z matką... To jest kurwa po prostu niesamowite....
Protokół rozpadu.
O tym, jak powoli umiera się za życia.
Największym kłamstwem na temat ludzkiego upadku jest przekonanie, że dzieje się on nagle. Że to pojedyncza, dramatyczna eksplozja. Prawda na obrazie jest znacznie bardziej przerażająca: autodestrukcja to proces powolny, cichy i rzemieślniczy. To codzienne, metodyczne demontowanie własnej godności, centymetr po centymetrze, aż z człowieka zostaje jedynie zardzewiały szkielet uwięziony w celi własnego umysłu.
Siedząc na tym metalowym, zimnym łóżku, bohater nie walczy. On już nawet nie pamięta, jak brzmi jego własny głos, gdy nie jest skażony strachem.
Anatomia wewnętrznego kata
Demon po lewej stronie nie jest obcym najeźdźcą. To najbardziej tragiczny aspekt tej grafiki – ta rogata, ociekająca jadem bestia o krwawych ślepiach to rodzone dziecko jego własnych myśli. Karmił je przez lata każdym niewybaczonym błędem, każdym toksycznym związkiem, każdą porażką i tłumionym w poduszce płaczem. Teraz potwór urósł na tyle, by rzucić się na swojego stwórcę.
Pazury w ciele, zęby przy uchu: Demon nie zabija od razu. Gdyby to zrobił, cierpienie by się skończyło, a on potrzebuje żywego żywiciela. Trzyma ofiarę w szachu, rozrywając skórę i mięśnie, wstrzykując w krwiobieg jad zwątpienia. Jego pysk jest zaledwie milimetry od ucha mężczyzny, co sekundę sącząc hipnotyczny, monotonny szept: „Popatrz na siebie. Nikogo nie obchodzisz. Jesteś tylko ciężarem”.
Łańcuchy jako strefa komfortu: Zwróć uwagę na rdzę ooplatającą szyję i ramiona. Te łańcuchy nie pojawiły się wczoraj. Wrosły w ciało, stając się makabrycznym substytutem uścisku. W stanie głębokiej autodestrukcji cierpienie staje się znajome, a przez to – paradoksalnie – bezpieczne. Wyjście z tej celi wymagałoby wysiłku, na który zmaltretowane neuroprzekaźniki nie mają już siły. Łatwiej jest pozwolić się pętać.
Zgniłe tło i zgaszone światło
Usunięcie żarówki z tej przestrzeni nie było jedynie zabiegiem estetycznym; to ostateczny akt kapitulacji. Kiedy gasną resztki zewnętrznego światła, człowiek traci punkt odniesienia. Nie ma już dnia ani nocy, nie ma przeszłości ani przyszłości. Istnieje tylko rozciągnięte w nieskończoność „teraz”, spędzone w wilgotnej, pełnej pajęczyn celi.
Ściany tego pokoju oddychają. Wyciągające się z nich sine, kościste ręce to zmaterializowane wyrzuty sumienia i lęki przed przyszłością. One nie pozwalają na żaden gwałtowny ruch. Każda próba wyprostowania pleców, każde uniesienie głowy skutkuje tym, że dziesiątki zimnych palców zaciskają się mocniej na ubraniu, ściągając z powrotem w dół, ku brudnej podłodze usłanej gruzem niespełnionych obietnic.
Pęknięte zwierciadło i utrata tożsamości
Najbardziej uderzającym punktem tej psychologicznej panoramy jest lustro po prawej stronie. Twarz w nim uwięziona nie należy do człowieka na łóżku – to projekcja jego wewnętrznego stanu. To udręczona, krzycząca maska, która symbolizuje utratę kontroli.
Człowiek pogrążony w autodestrukcji doświadcza potwornego rozszczepienia:
-Ciało staje się bezwolnym, zdrętwiałym manekinem, który bezgłośnie znosi tortury. Mężczyzna ma splecione dłonie, głowę spuszczoną w dół – przyjął pozycję skazańca oczekującego na cięcie topora.
-Emocje zostają uwięzione w szkle. Krzyk, który powinien wydobyć się z jego gardła, zamarł w lustrzanym odbiciu. To krzyk niemy, którego nikt z zewnątrz nie usłyszy, bo pacjent dawno już odciął się od świata, budując wokół siebie mur zamilknięcia.
Refleksja: Czy z tej celi da się wyjść?
Ten obraz to brutalne studium samotności w cierpieniu. Pokazuje moment, w którym człowiek zaczyna współczuć demonom, które go niszczą, a nienawidzić samego siebie. To stan, w którym destrukcja nie jest już wyborem – staje się nawykiem, automatycznym programem uruchamianym każdego ranka po otwarciu oczu.
Jednak nawet w tak głębokiej ciemności, tam, gdzie ściany pokryte są pajęczyną obłędu, istnieje jedna, fundamentalna prawda, o której ta sparaliżowana osoba zapomniała: potwór żyje tylko tak długo, jak długo karmisz go swoją uwagą. Zerwanie tych łańcuchów nie polega na widowiskowej walce z demonem – na to ofiara nie ma siły. Polega na powolnym, niemal niezauważalnym odwróceniu od niego głowy. Na ułamku sekundy buntu, w którym zamiast szeptu bestii, człowiek postanawia uwierzyć, że pod tą warstwą brudu wciąż tli się jego własne, prawdziwe imię.
Maszynka do zarabiania i milczenia.
O tym, jak zredukowaliśmy mężczyzn do roli „worka mięsa”
Żyjemy w kulturze, która uwielbia mówić o empatii, zdrowiu psychicznym i niszczeniu stereotypów. Piękne słowa, prawda? Szkoda tylko, że w prawdziwym życiu ta empatia ma bardzo wyraźną granicę płciową. Gdy kurtyna opada, rzeczywistość wielu mężczyzn wygląda brutalnie: masz przynieść kasę, zabezpieczyć byt, nie narzekać i – przede wszystkim – zamknąć gębę.
Zostaliśmy sprowadzeni do roli biologicznych maszyn użytkowych. Jeśli działasz sprawnie – jesteś tolerowany. Jeśli się psujesz – stajesz się zbędny.
Kontrakt krwi i potu
Wyobraź sobie faceta. Haruje w fabryce, na budowie, albo zostawia zdrowie psychiczne w korporacji. Wraca do domu fizycznie zniszczony, z obolałym ciałem, urobiony po łokcie. Przez kilkanaście godzin dziennie znosił hejt, stres, upokorzenia albo ryzyko wypadku tylko po to, żeby utrzymać rodzinę.
Przekracza próg domu. Czego potrzebuje? Odrobiny ciszy. Zwykłego, ludzkiego: „Dobrze, że jesteś. Usiądź, odpocznij”. Może uścisku, który zdjąłby z niego ten całodniowy pancerz.
Co dostaje zamiast tego? Serię z karabinu maszynowego od samego wejścia:
„Nie wyniosłeś śmieci.”
„Dlaczego nie kupiłeś masła?”
„Gniazdko dalej nienaprawione, z pralki cieknie woda, do niczego się nie nadajesz”.
Nikogo nie obchodzi, co zostawił za drzwiami tego domu. Nikogo nie obchodzi, że cierpi, że zmaga się z własnymi słabościami, że jest po prostu kurewsko zmęczony. Od wejścia dostaje jasny komunikat: twoja wartość jest równa twojej ostatniej wykonanej usłudze.
Niewidzialne piekło pod maską
Najgorsza jest jednak ta totalna, absolutna ślepota na to, co facet nosi w środku. Kobieta stojąca w przedpokoju i rzucająca obelgami o niewymieniony kontakt często nie ma zielonego pojęcia, co naprawdę dzieje się w głowie tego człowieka.
Nie wie, albo nie chce wiedzieć, że on też ma swoje kompleksy, które go zżerają. Że w pracy znosi toksyczny mobbing i codziennie przełyka upokorzenia, żeby nie stracić płynności finansowej.
Co więcej – ona nie ma pojęcia, jakie demony on właśnie mijał po drodze do domu. Może godzinę temu dowiedział się o śmierci bliskiego przyjaciela albo kogoś z rodziny? Może odebrał wyniki badań i właśnie usłyszał wyrok, że jest poważnie chory? Może wydarzyło się coś, co doszczętnie zdemolowało hiszpański świat i sprawiło, że ma ochotę rzygać ze strachu i bezsilności?
Ale świat nauczył go jednego: „bądź twardy”. Więc on stoi w tym przedpokoju, wewnątrz krzyczy i płacze z bólu, a na twarz zakłada sztuczny, wyuczony uśmiech. Albo po prostu milczy. A w zamian za to milczenie dostaje kolejny cios, bo „jest zburowaty i znowu ma focha”. Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, żeby zapytać: „Co się stało? Widzę, że coś cię gryzie”. Łatwiej jest rzucić obelgą.
Matnia oczekiwań: Paradoks idealnego faceta
Mężczyzn wtłacza się dziś w szuflady, z których nie ma dobrego wyjścia. Zbudowano absurdalny model, w którym cokolwiek zrobisz, i tak przegrasz:
-Za mało kochasz? Jesteś zimnym, niewrażliwym potworem bez empatii.
-Za mocno kochasz, pokazujesz emocje? Jesteś mięczakiem, „jebniętym” i desperatem, który nie potrafi być „prawdziwym samcem”.
-Nie masz milionów? Jesteś nieudacznikiem, bo przecież świat Instagrama mówi, że w wieku 25 lat powinieneś mieć własną firmę i sportowe auto.
-Poświęcasz się i zarabiasz te miliony kosztem czasu? Jesteś chujem, bo „nie ma cię w domu” i nie angażujesz się w życie rodziny.
To algorytm zaprojektowany tak, żebyś zawsze czuł się winny. Masz być twardy jak głaz, kiedy trzeba zarabiać i znosić gówno od świata, ale masz też być miękki i plastyczny na zawołanie w domu. Masz czuć dokładnie tyle, ile od Ciebie w danym momencie wymagają – ani grama mniej, ani grama więcej.
Moc niewypowiedzianych słów
A przecież pod tym całym pancerzem, pod tą całą frustracją i zmęczeniem, kryje się banalnie prosta prawda. Ci faceci nie oczekują pomników, medali ani tego, żeby ktokolwiek co chwilę skakał wokół nich i bił im brawo za to, że żyją.
Czasem nie potrzeba nawet słów. Rozmowy bywają trudne, zwłaszcza gdy brakuje sił na składanie zdań. Wtedy najważniejszy staje się jeden, jedyny gest. Zwykła obecność. Jeden głupi uścisk, w którym nie ma żadnych żądań ani pretensji. Dotyk dłoni na ramieniu, który daje jasny komunikat: „Widzę cię. Jestem przy tobie. Możesz na chwilę puścić tę gardę”.
Wokół może panować absolutna cisza, ale to właśnie ta cicha akceptacja i ciepło potrafią uratować faceta przed totalnym rozpadem emocjonalnym. To sygnał, że dom naprawdę jest bezpieczną przystanią, a nie kolejnym ringiem, na którym trzeba walczyć o przetrwanie.
Obiekt użytkowy
W ten sposób mężczyzna staje się dla własnej partnerki czy otoczenia nic nieznaczącym workiem mięsa. Istotą, która ma obowiązki, ale nie ma prawa do praw. Ma dbać o wszystkich, tylko nie o siebie.
Najgorsza w tym wszystkim nie jest sama ciężka praca. Mężczyźni potrafią znieść niesamowity ból, pot i krew, jeśli wiedzą, że robią to dla kogoś, kto to docenia. Najbardziej zabija świadomość, że po powrocie z pola bitwy, zamiast bezpiecznego schronienia, zastajesz kolejny front. Że miejsce, które miało być domem, staje się trybunałem, w którym codziennie zapada wyrok o Twojej beznadziejności.
Pora zacząć mówić o tym głośno: mężczyzna to nie robot z nieskończonym zasilaniem. To człowiek. I ma pełne prawo czuć, milczeć, odpoczywać i być zmęczonym bez strachu, że z tego powodu straci swoją wartość...
Witajcie w mojej Próżni.
Dlaczego przestałem uciekać przed mrokiem?
Większość ludzi spędza życie na desperackim szukaniu światła. Karmią się tanim optymizmem, nakładają filtry na swoje codzienne dramaty i udają, że wszystko jest w porządku. Boją się spojrzeć w dół, we własną otchłań, w obawie przed tym, co tam zobaczą.
Ja też uciekałem. Ale z ucieczką jest jeden problem – w końcu brakuje ci tchu.
Ten blog nie będzie kolejnym internetowym pamiętnikiem pełnym uładzonych przemyśleń i pop-psychologicznych frazesów. To mój prywatny spowiednik. Miejsce, w którym zdejmuję filtry, zrywam szwy i pozwalam mówić tej części mnie, którą na co dzień wypada ukrywać. To, co tu przeczytasz, może Cię oburzyć. Może wydać się kontrowersyjne, egoistyczne albo zwyczajnie niewygodne. I bardzo dobrze. Ludzkie emocje rzadko bywają czyste i szlachetne. Częściej są brudne, toksyczne i pełne sprzeczności.
Dark side of the soul to nie jest chwilowa poza czy tania fascynacja gotycyzmem. To zgoda na to, by przestać walczyć z własnymi cieniami. Zamiast uciekać przed mrokiem, postanowiłem go objąć. Embracing the darkness.
Będę pisać o rzeczach, o których większość woli milczeć przy rodzinnym stole:
-O pięknie destrukcji i o tym, jak oczyszczający potrafi być gniew.
-O egoizmie, który ratuje życie, gdy wszyscy oczekują od ciebie poświęcenia.
-O zazdrości, samotności i o tej specyficznej, magnetycznej pustce (the void), która czasem rozlewa się w piersi i nie chce zniknąć.
Nie szukam tu rozgrzeszenia. Nie zależy mi na poklasku ani na tym, żeby ktokolwiek współczuł moim demonom. Tworzę tę przestrzeń dla siebie – żeby w końcu nazwać rzeczy po imieniu, bez cenzury.
Jeśli szukasz tu ciepła i otuchy, prawdopodobnie pomyliłeś adresy. Ale jeśli Ty też masz dość udawania i nosisz w sobie pytania, na które boisz się głośno odpowiedzieć... usiądź wygodnie.
Właśnie patrzymy w otchłań. Zobaczmy, co nam odpowie.