Wiesz, nic mnie tak w życiu nie zmęczyło jak czekanie. Czekanie latami. Na szczęście, na lepszy czas i na dobre samopoczucie. Na moment, w którym w końcu poczuję się spełniony, spokojny i pewny siebie. Na ten magiczny, kurwa, moment, w którym usiądę, odetchnę i sam siebie poklepię po plecach z uznaniem. Dobra robota, ziomeczku. No tera to taaa... Oto ja. Prawdziwy człowiek sukcesu. Wzór i autorytet. Syn koleżanki twojej starej. Stoję na podeście i wyliczam swoje zasługi, próbując samego siebie usilnie przekonać, że ten typ naprawdę zrobił już wystarczająco. Należy się medal dla zwycięzcy, krzyż zasługi za wytrwałość i pamiątkowy order uśmiechu za te wszystkie żenujące momenty, w których odegrałem główną rolę. Zawiesiłem się martwo gdzieś na linii horyzontu. Większość życia przeczekałem, Stary. Większość życia zajmowałem się, kurwa, czekaniem i nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo tego teraz żałuję. Tak, tak... "Widocznie nie umiałem wtedy inaczej." No nie umiałem, ale nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak dogłębnie frustruje człowieka stracony czas. Czekałem, odkąd pamiętam. Aż skończy się leżakowanie w przedszkolu i mama odbierze mnie przed podwieczorkiem, bo nie znosiłem ryżowej brei, którą nam tam serwowali. Później czekałem na dzwonek kończący matmę i jej uśmiech... posłany do mnie finalnie z czwartej ławki. Czekałem na kolejny, ostatni dzień i upragnione wakacje, które ciągnęły się wtedy tygodniami. Na egzaminy. I kolejne... I kolejny uśmiech posłany gdzieś z drugiego końca korytarza. Pierwszy i każdy kolejny seks. Randki w kinie i melinie. Gdzieś w Szczecinie i w Berlinie. W wymarzonej pracy, która już po roku skończyła jako mój największy horror. Czekałem. Na awans. Na podwyżkę. Na uścisk dłoni prezesa i biurko w słonecznej części biura. Czekałem. Na coś więcej. Na większą ilość i większy efekt. Na lepszy rezultat i większy odzew. Na coś więcej niż TO. ... Czekałem, Stary. Czekałem na zbliżające się minuty, wypatrywałem zbliżających się dni i nieustannie marzyłem o tych wymarzonych latach, w których sam dla siebie jestem w końcu wymarzony. I choć realizowałem te wszystkie cele, z lepszym bądź gorszym skutkiem, czułem, że nie spotykam się tam ze sobą. Nie było mnie tam, wiesz? Na całej tej drodze, ani razu nie spotkałem się ze sobą. Czekałem tak zaciekle, że nie dawałem nawet skończyć się jednemu, a już wypatrywałem kolejnego. Nie było czasu, by cieszyć się tym, kim byłem dziś, ponieważ jedyne, co widziałem, to to, kim powinienem stać się jutro. Kim powinienem być, a jeszcze nie zostałem. To był zupełnie zwykły dzień, gdy dotarło do mnie, że to całe czekanie zabiera mi stanowczo za dużo czasu. Szedłem szybkim tempem przed siebie, realizując dzienny cel kroków, gdy nagle zatrzymałem się w pół kroku i usiadłem na ławce. Było miło. Ciepło i przyjemnie. "Zupełnie tak, jakbym już zdobył to wymarzone wszystko..." - pomyślałem. To wtedy okazało się, że jestem naprawdę fajnym gościem. Nie wiedziałem o tym, wiesz? Naprawdę o tym nie wiedziałem.
Marta Kostrzyńska
polskie-zdania.pl













