Mam 25 lat i coraz częściej czuję, że jestem spóźniona na własne życie. Nie chodzi o jedną porażkę - ona tylko odsłoniła to, co i tak we mnie było od dawna. To uczucie, że staranie się nie zawsze wystarcza, a zmęczenie rośnie szybciej niż nadzieja.
Jest we mnie cicha zazdrość o ludzi, którzy wiedzą, kim są, i dokąd zmierzają. O tych, którzy mówią „to tylko etap", jakby czas był łagodny dla wszystkich. Ja liczę lata w niedokończonych zdaniach i w planach, które miały być już dawno spełnione.
Najgorsze jest to, że nikt mnie nie rozlicza tak surowo jak ja sama. Noszę w sobie wstyd, który nie ma konkretnego powodu, ale ma ogromny ciężar. Boję się, że jestem za wolna, za słaba, za późna - że coś we mnie jest nie tak.
Chciałabym umieć powiedzieć sobie, że to jeszcze nie koniec, że mam prawo nie umieć. Ale dziś potrafię tylko siedzieć z tym uczuciem pustki i udawać, że mnie nie zalewa. Oddycham, choć czasem mam wrażenie, że to jedyne, co jeszcze robię dobrze.
Może jutro będzie we mnie więcej światła. A jeśli nie - to przynajmniej dziś jestem szczera z tym, jak bardzo boli próbować.
A potem wraca codzienność. Dni, które zaczynają się wcześnie i kończą zbyt późno. Studia, które uczą troski o innych, a powoli odbierają siłę, by zadbać o siebie. Zmęczenie, które nie znika po śnie, tylko osiada w głowie jak mgła.
Czasem myślę, że byłoby mi łatwiej, gdybym nie zgubiła kilku lat po drodze. Gdyby nie rzeczy, od których uciekałam, zamiast się nauczyć. Jest we mnie wstyd za dawną wersję mnie - choć wiem, że próbowała przetrwać, jak umiała. Jestem trzeźwa już tyle lat, że sama gubię rachubę, a mimo to czuję, jakby coś we mnie nadal było nie do końca poskładane.
Najtrudniejsze jest to, że często nie rozumiem samej siebie. Emocje przychodzą za szybko albo wcale nie mają nazw. Gdy ktoś pyta „co czujesz?", w głowie robi się pusto, jakby słowa wypadały przez dziury, których nie umiem załatać.
Więc noszę maskę. Niewinną. Słodką. Zawsze uśmiechniętą. Tą, która radzi sobie lepiej, niż naprawdę potrafi. Bo łatwiej być „tą miłą dziewczyną" niż przyznać, że jest się kruchą.
A prawda jest taka, że bardzo tęsknię za domem. Za miejscem, gdzie nie muszę niczego udowadniać. Jestem strasznie wrażliwa, tylko nie zawsze umiem to pokazać ani opisać w odpowiednim momencie. Czasem dopiero później rozumiem, co mnie zabolało.
I tak żyję - trochę na autopilocie, trochę na nadziei, że któregoś dnia łatwiej będzie mi być sobą. Bez masek. Bez wstydu. Z wystarczającą ilością słów, żeby powiedzieć: to trudne, ale wciąż tu jestem.
Wiem, że nie jestem historią o porażce, tylko kimś, kto dźwiga za dużo i wciąż idzie dalej. Nawet jeśli krok jest mały, a serce ciężkie.
Są dni, kiedy udaję, że wszystko jest w porządku i nikt nie widzi, jak bardzo chciałabym się schować. I są noce, kiedy myślę, że może to właśnie to jest dorosłość - robić swoje, mimo że w środku wszystko drży.
Nie umiem jeszcze nazwać wszystkiego, co czuję. Czasem jedyne, na co mnie stać, to przetrwać dzień i obiecać sobie, że jutro spróbuję być dla siebie łagodniejsza.
Może nie jestem silna w sposób, jaki podziwia się na głos. Może moja siła jest cicha, zmęczona i niepewna. Ale nadal oddycham. Nadal próbuję.
I to musi na razie wystarczyć.
~ amo-mee















