nie daję sobie rady już od tak dawna, a ty robisz wszystko, żeby mi dojebać, żeby zniszczyć mnie do końca. obiecałeś mojej zmarłej mamie, że się mną zaopiekujesz, nie pamiętasz? miałeś się mną opiekować, a nie się nade mną znęcać.
mam tego dość, ale czuję się bezsilna, za długo byłam niesłyszana, za długo dawałam sobie wchodzić za głowę, za długo pozwalałam, żebyś miał nade mną kontrolę i teraz nie potrafię bez niej żyć. nie widzę wyjścia z tej sytuacji, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, nie chcę żebyś traktował mnie tak jak mnie traktujesz, ale nie przeżyję jeśli znów mnie porzucisz.
więc tak sobie żyje, starając się tylko coraz bardziej maskować swoje potrzeby, milczę, ale czuję jak rośnie we mnie złość do ciebie. dalej pozwalam ci traktować mnie jak chcesz, ale psychika siada mi coraz bardziej, robię się coraz bardziej wściekła, zaczynam odczuwać niesprawiedliwość i chęć zemsty.
momentami kiedy tak się zachowujesz, już nawet nie płaczę, czuję się zbyt zmęczona. przytakuję i kiwam głowa, mówię, że cię kocham, ale jedyne co lawiruje w mojej głowie to to, żeby się zabić, ale tak żebyś to odczuł, żebyś poczuł się winny, żeby cię to zabolało. na początku to była tylko niewinna myśli, ale z każdą kolejną taką sytuacją, to wyobrażenie powraca do mojej głowy, za każdym razem coraz bardziej szczegółowe i coraz mniej nierealne.
umrzeć w dniu, w którym mielibyśmy rocznicę. stworzyć na ten dzień playlistę złożoną z piosenek, które kojarzą mi się z tobą i ją włączyć. napisać do ciebie list pożegnalny. założyć ten sam komplet, w którym byłam, gdy mi się oświadczyłeś. zrobić piękny makijaż, posprzątać dokładnie pokój, a wszystkie jego ściany wypełnić twoimi zdjęciami. twoimi, naszymi, z czasów, gdy jeszcze miałam w sobie wiarę. wziąć skalpel i wyciąć nim na jednym udzie twoje imię, a na drugim nazwisko. głęboko, wielkimi literami, bez pośpiechu; uważnie obserwując każdą jedną kroplę krwi, która wypłynie z mojego ciała. zażyć tabletki nasenne. położyć się do łóżka i zdobić cale moje ręce kolejnymi szramami. data rozpoczęcia naszego związku, data jego zakończenia, data naszej pierwszej przeprowadzki i dnia, w której zaadoptowaliśmy psa. słowa, jakimi mnie nazywałeś - dobre i złe. „myszka” i „zaburzona agresywna ćpunka”, wszystko obok siebie. wspominam, wpadam w trans, całą naszą historię sprowadzam do krótkich fraz i ciągów cyfr, wyrytych ostrym narzędziem na moim ciele. i poświęcając swoje ostatnie myśli tylko tobie, zamknąć oczy i złapać ostatnie tchnienie.
wyobrażam to sobie, kiedy ty po prostu siedzisz obok mnie i nie masz o tym pojęcia. ja nie daję nic po sobie poznać, ale w głowie wyobrażam sobie już twoją reakcję na moją śmierć i nie wiem dlaczego, ale to mnie uspokaja. widzę to jako swoją zemstę za to wszystko, jako swój ostateczny akt wygranej, kiedy po takim czasie znoszenia w ciszy emocjonalnego piekła, jakie mi fundowałeś, pokazałabym ci, że ostatnie zdanie należało do mnie, ze tym razem ja ci nie dałam prawa głosu, ani czasu na reakcję, że teraz sam będziesz musiał mierzyć się z tym, do czego doprowadziłeś
wiem, że mam nie po kolei w głowie. wiem, że kiedyś - jeszcze nie tak dawno, wcale nie było ze mną jeszcze tak źle. dochodzi to do mnie, ale nawet mnie to nie przeraża, czuję już tylko obojętność. jestem zbyt zmęczona tym jak długo to wszystko znosiłam, zbyt niepewna tego czy to w co wierzę, jest prawdziwe i zbyt zawstydzona sytuacją w jakiej się znalazłam, żeby dostrzegać jakiekolwiek inne rozwiązania. tylko trochę rozczarowuje mnie myśl jak bardzo chciałam coś osiągnąć w życiu, a jednak przyjdzie mi daje umrzeć jako jebnięta ex, ale to nic. przecież rozczarowanie nie jest niczym nowym













