Diler wartości intelektualnej
Wybraliśmy nocny pociąg z Baku do Szeki, żeby zaoszczędzić na noclegu. Spanie w plackarcie zawsze wychodziło nam świetnie, potrafiliśmy odpłynąć na kilkanaście godzin i nic nie było nam w stanie przeszkodzić... Aż do teraz.
Przez całą noc tłukliśmy się po szynach przy akompaniamencie charczenia staruszka, który podporządkował sobie pół wagonu. Najpierw ustawił wszystkich tak, jak mu było wygodnie, następnie zażądał kompleksowej obsługi ze strony bogu ducha winnego młodzieńca, a kiedy już wszyscy mieli go serdecznie dość- spokojnie zasnął. Jako jedyna osoba w promieniu kilkunastu metrów odpłynął w błogą krainę snów, podczas gdy reszta pasażerów patrzyła tępo w ściany próbując nie słyszeć jego koszmarnego chrapania.
— Muszę... w końcu... zasnąć... — tą wibracją zdawało się drżeć powietrze.
Zerknęłam na chłopaka, który cały wieczór usługiwał Panu Dostojnemu. Wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać.
— Chrrrrrr..... Chr. Chr. Chr. CHRRRRR...
Przed siódmą rano, kiedy zajechaliśmy do Szeki wyglądałam pewnie nie lepiej...
Niewyspani i wściekli ulokowaliśmy się w hostelu Karavansarai, który od dawna służył strudzonym wędrowcom jako miejsce wypoczynku- karawany zatrzymywały się tu, żeby napoić wielbłądy i złapać oddech. Świadomość, że znajdujemy się właściwie w jednym z zabytków, nie podziałała motywująco. Uznając, że „w pewien sposób właśnie zwiedzamy”, padliśmy na łóżka i zasnęliśmy.
Po siedemnastej wyszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć Pałac Chana. W drodze na wzgórze, całkiem niedaleko celu, zza krzaków wypadł myszowaty policjant:
— Pssst... Muzey? Muzey?
Wyglądał i zachowywał się jak diler. Głowa latała mu na wszystkie strony, zezował podejrzliwie na ścieżkę za nami.
— Poshli! — szeptał, machając zachęcająco — bystro!
Ruszyliśmy za nim, zastanawiając się dokąd nas to zaprowadzi... Policjant dotruchtał do zamkniętego na głucho niskiego budynku i zaczął się mocować z kłódką. W końcu otworzył ją zardzewiałym kluczem i wpuścił nas do środka. Następnie zatoczył krąg ręką, jakby mówiąc: „oto cuda i skarby Azerbejdżanu, bądźcie moimi gośćmi”... Próbowaliśmy przyzwyczaić oczy do mroku, żeby dostrzec te skarby, ale ukazało nam się jedynie maleńkie muzeum etnograficzne. Widać było, że wystawa nigdy nie była zbyt bogata, a teraz- po zamknięciu przybytku, było jeszcze gorzej; wszystko pokrywała warstewka kurzu. Policjant przestępował nerwowo z nogi na nogę, zastanawiając się zapewne czy zauważyliśmy, że tak naprawdę nie wolno tu wchodzić. Udaliśmy, że nie i nawet daliśmy mu po dwa manaty za oprowadzenie. Niech sobie chłopak zarobi, bo poza granicami Baku nie jest to najwyraźniej takie proste.
Wyszło na to, że za te cztery manaty wykupiliśmy „zwiedzanie ekspres”, bo policjant przeszedł przez całe muzeum jak strzała, machając tylko rękami na boki:
— Tu zastawa. Ubrania. Broń. Zwierzęta. To biżuteria.
W rezultacie nie zobaczyliśmy nic, ale za to wkręciliśmy się w przyjemną atmosferę konspiracji. Wychodząc, już wszyscy razem zerkaliśmy w okna, sprawdzając ukradkiem czy nie zostaliśmy nakryci.
Po tej szalonej wizycie w muzeum, zrobiliśmy sobie spacer pod Pałac Chana, a potem zmarznięci wróciliśmy do domu.