Nie mogę się dzisiaj na niczym skupić, więc napiszę listę rzeczy, dlaczego nie widzę siebie w pracy i najchętniej bym powiedziała bye bye w sylwestra za rok.
Jestem w chuj bezpośrednia. Na zasadzie bezpośrednia bezpośrednia. Podejrzewam że jak pójdę na rozmowę o pracę i zadadzą kretyńskie pytania, to ja nie będę się bawiła w gierki, tylko na pytanie "Gdzie Pani siebie widzi za 5 lat" odpowiem kąśliwie "Skąd mam wiedzieć, 5 lat temu nie wyobrażałam sobie rozmowy kwalifikacyjnej". Nie jestem w stanie tego powstrzymać, jestem szczera do bólu, zawsze powiem jak myślę, że coś jest bez sensu, że sama z domu zrobiłabym coś lepiej, że ktoś to debil itd.
Nie pasują mi ubrania, które nie są przeze mnie wybrane. Moja szafa to jednokolorowe, gładkie i przede wszystkim moje ciuchy, które zawsze noszę do ostatniego przetyrania. Są w mojej palecie kolorystycznej i zawsze ubieram t-shirt/koszulę/bluzę + jeansy. Nie mogę zdzierżyć niczego innego. Miałam "mundurki" w liceum, ale obeszłam je koszulami w moim stylu, które jakoś nauczyciele po czasie zaakceptowali, bo miałam 4 różne niebieskie koszule, w których się tylko pojawiałam. Nie widzę uniformu na sobie w kolorze, kroju, materiale, który mnie wkurwia. Budzi to we mnie złość. W mojej jedynej dotychczasowej pracy nawet naklejka na mojej bluzce mnie drażniła.
WYJAZDY. Ja nadal nienawidzę wyjazdów, nie byłam na ani jednej zielonej szkole, nie byłam na studniówce, nie zarwałam nocy. Zmienianie mojego siedzenia w domu jest KATORGĄ. Muszę się przemóc, a jak mam zaplanowany nawet 1 nocleg poza domem, to myślę o tym miesiąc przed.
Integracje też są fe. Grupa do 3 osób, razem ze mną jest ok. Powyżej to ktoś nie chce mojego towarzystwa.
Potrzebuję w cholerę dużo czasu na myślenie. Tak, mój wolny czas, to nie raz dysocjowanie i myślenie nad toną różnych pytań, wszystkie dodatkowe mikrozadania, przedłużenia się czegoś, co mi to uniemożliwia, sprawia że nie czuję w ogóle satysfakcji z niczego i nie mam na nic ochoty.
Mój tryb pracy jak byłam dzieciakiem, a teraz na studiach jest bardzo podobny. Binguję jedną rzecz na raz przez wiele godzin, aż nie skończę zadania. Jak miałam 9-12 lat potrafiłam czytać od 7:00 do 22:00, tak nikt mnie nie zmuszał, z nikim się nie spotykałam, same przerwy na jedzenie (bo rodzice mi kazali jeść), niedawno odzyskałam bardzo żywe wspomnienie takiego maratonu z Felixem, Netem i Niką. Teraz pracuję dokładnie tak samo, nie potrafię inaczej. Pewnie dlatego na tych studiach się męczę, bo muszę skakać non stop między różnymi rzeczami. Jak ktoś mnie rozprasza, to mam ochotę go przetorturować, jak mnie torturuje.
Nie umiem w wyciąganie najważniejszych faktów/informacji/zadań. Dosłownie dla mnie wszystko jest ważne. Nie ma nieważnej rzeczy, przypisu. Ktoś mi musi powiedzieć co jest najważniejsze do zrobienia, bo sama do tego nie dojdę.
Potrzebuję różnorodności i zaangażowania umysłowego. Ja nie byłam dzieckiem ze zgniłym mózgiem. Do momentu jak było względnie dobrze lista moich rzeczy, których się nauczyłam to: rysowanie/malowanie, origami, szydełkowanie, czytanie, szachy, robiłam sudoku, rozwiązywałam różne zagadki logiczne. W szkole najgorzej radziłam sobie z humanem, ale na studiach ogarniam już wszystko. I wydaje mi się, że jak się da mi czas, spokój i podparcie, to ogarnę każdy element projektu, mimo że ludzie wmawiają, że to niemożliwe.
Nie rozumiem jak ktoś mi tłumaczy. Naprawdę słucham ludzi. Ale ja muszę usiąść sama, z jakimś tekstem (obrazki, wytłumaczenie w formie wideo też mile widziane) i ogarniam znacznie lepiej. Po prostu niech ktoś mi da plik w wordzie ctr+f zamiast nade mną ślęczeć. Dlatego wykłady to dla mnie katorga. A tłumaczenie ludzi w życiu to rzadko dociera.
Nie umiem w ludzi, ale to już dobrze wiecie, mam tam kilka osób z którymi pisze, ale pisanie idzie mi znacznie lepiej, niż jakakolwiek inna aktywność, rozmowa irl słabo, siedzenie w kawiarni też mnie już męczy.
I odkąd nie robię w ogóle rzeczy, na których mi kiedyś zależało, które po prostu jakoś sprawiały, że było git Ja wiem, że brzmię, jak totalnie leniwa jednostka w tym momencie (przypominam: wszystkie moje średnie powyżej 5.0, inżynierka na +100 stron i ponad 500 godzin pracy nad nią oraz najwyższą średnią ze studiów inżynierskich), ale nienawidzę życia jakim ono jest, coraz bardziej zazdroszczę i coraz bardziej nienawidzę innych. Nie mogę normalnie pójść spać, nie mogę się za nic zabrać (bo godzina to może jest dobra na jakąś gierkę, czy mały porządek, ale nie na zbingowanie tematu w sposób, jaki lubię). Życie jest straszne, załatwianie tego wszystkiego, skomplikowane, nic nie mogę uporządkować, jeszcze teraz rozlewa się jak plaga sztuczna inteligencja i moje rysowanie już zupełnie idzie na skreślenie. Na magisterce szoruję już chyba dziurę w dnie.
Jak się zabiję, to wiedzcie, że serio próbowałam.















