Babka z doradztwa kazała się do mnie odezwać w okolicach 4 sierpnia, jakby się nie odezwała, nie zrobiła tego więc napisałam do niej 6 sierpnia wcześnie rano, ponieważ stwierdziłam, że może jeszcze nadrabia po przerwie urlopowej albo ma swój styl pracy. No i się nie odezwała.
Moja koleżanka też mi nic nie odpisała. Dałam jej spokój miesiąc, jeżeli rzeczywiście się z jej babcią było źle, a w tym wieku można dopuszczać wszystkiego, to wiem że jest ciężko. Wczoraj też do niej napisałam i nadal mi nic nie odpisała. I wiem, że w 21 wieku nie można niczego od nikogo wymagać, ale skąd mam wiedzieć, kiedy jest dobry czas na napisanie, jak ona nigdy mi nic nie mówi. Nigdy. Może już nie chce na mnie poświęcać czas. Chłopa sobie znalazła, są już 1,5 roku. Może już warto dać sobie spokój.
Podcięłam dla fabuły jakiś czas temu włosy. Więcej niż zamierzałam, ale warkocz znowu mi się skurczył i nie chciałam patrzeć na tego smęta. Osiągnęłam brak rozdwojonych końcówek. Nie czułam właśnie takiej chropowatości przed obcinaniem, która zawsze się zdarzała, więc można to uznać za jakiś win.
Robienie tego projektu też mi nie idzie. Był problem z nagłówkiem, bo za dużo i za długie nazwy chcieli upchnąć. Napisałam we wtorek, że mamy problem i chuj. I kurwa nie otrzymałam odpowiedzi. A ja się nie będę dobijać, tym bardziej, że ja nadal umowy nie mam XD. I jeszcze się dowiedziałam, że jednak od tego jest podatek, więc jednak zarabiam mniej niż najniższa krajową, no wyruchali mnie. Nikt nie raczył mnie zastopować z wstrzymaniem się z obroną pracy, a ja byłam w takim stanie że jak ostatni kretyn nie pomyślałam. W właśnie w takich warunkach niedopłaty nie będę kombinowała i 500 razy wersji przesyłała. Jak im się nie podoba, to zwolnią mnie (albo nigdzie nie zatrudnią) zostanę bez pieniędzy, to przynajmniej umrę z głodu. Gdzie wady? Idzie mi wolno, "wymarzona praca" też jest dla mnie katorgą...
Mój dziadkowy wujek (nie jesteśmy spokrewnieni, spokrewniona jestem z jego żoną) ma raka nerki. Mieli mu tę nerkę wycinać, ale stwierdzili, że zrobią celowaną terapię jakąś. Szczerze, nie znam się na medycynie, ale wygląda to co najmniej dziwnie, bo mówili, że nerki nie da się uratować, operacja była zabookowana od razu, bo guz w środku jest za duży. Więc wydaje mi się, że mniej ryzykowne jest wycięcie nerki, która i tak ledwo pracuje? Przecież nowotwór to zawsze ryzyko przerzutów. W ogóle mam wrażenie, że prawie wszyscy chorują na raka, a przynajmniej algorytm instagrama, którego trenuję głównie aby wypluwał mi treści o AI, stwierdza że mnie mnie chcę dobić. Nie wiem skąd takie statystyki, ale podejrzewam mikroplastik, zanieczyszczenie środowiska, ciężką chemię w roślinach, antybiotyki w zwierzętach, n*****tyki i metabolity w wodzie. Tak naprawdę tu nie ma nic zdrowego.
Na podobnym polu z moimi rodzicami się nie dogaduję. Czuję się oscamowana na to, że kiedyś będzie lepiej. Nie jest, nie było i tym bardziej nie będzie. Wiem, że oni mnie nienawidzą, a przynajmniej są rozczarowani, że nie robię prawa jazdy, że nic mnie nie interesuje, że na wszystko narzekam. Zesraliby się, jakby się dowiedzieli, że nie chcę i nienawidzę żyć. I każdego dnia żałuję, że otworzyłam oczy. Nie wiem, co by zrobili. Pewnie jak zwykle nic. Matka może by się rozbeczała, ale by to nic nie zmieniło. I tak się zastanawiam co by było, jak ich już nie będzie właśnie, bo nikt mi nie zostanie. Mam w życiu tylko rodziców, z którymi nie da się porozmawiać i naszej całej trójce nic nie wychodzi. W każdym razie mojej matce nadal lecą włosy, próbowała dużej ilości rzeczy od 2019 (czuję, jakby to było wczoraj) i się już załamała. Na jakiś badaniach wyszła jej niedoczynność tarczycy prawie, także będzie miała kolejną chorobę do kolekcji. Z tego wszystkiego jest drażliwa i w swojej wspaniałomyślności matczynej, znowu podjęła temat moich badań, że najwyższy czas zobaczyć, co mi się zalosuje. Zignorowałam ją, nie planuję bawić się w tą spiralę bez wyjścia. Ja już i tak nie mam z czego rezygnować toksycznego w życiu (została mi tylko śmietana i ciastko z kawą, bo resztę jem z nią, a przy jej ograniczeniach to zostają mi tylko zdrowe, lekkostrawne alternaty, nie jem panierki, fast foodów, smażonego, wieprza, wołu, no kurwa nic nie jem), a dwa nie potrzebuję takiego stresu w życiu. Ja już próbowałam rozwiązywać wszystkie problemy i mi nie wyszło. Ona też próbowała rozwiązywać problemy zdrowotne i też jej nie wyszło. Czy możemy po prostu wszystko zignorować i posiedzieć całą wieczność nad rzeką na przykład? Czy takie przeżycie życia nie byłoby lepsze?
Jest mi kurwa tak piekielnie, tak nieowyobrażalnie źle, tak bardzo bym chciała zniknąć. Ale to wszystko to ta sama płyta, tylko brakuje mi już słów, aby to opisać, bo wszystkie wykorzystałam.











