Powrót do Egiptu
Tegoroczne Planete+ Doc dba o swoją renomę. Po raz kolejny festiwalowe filmy i wydarzenia im towarzyszące sięgają tam, gdzie nie docierają samozwańczy analitycy współczesnej rzeczywistości. Wczorajszy dzień przyniósł pretekst do odbycia podróży do Egiptu. Pozornie jej cel mógłby wydawać się niejasny, bo masowe media dawno już przecież odtrąbiły sukces egipskiej rewolucji, a dziennikarzy na powrót zaczęli zastępować tam turyści traktujący śródziemnomorskie kurorty jak Ciechocinek w wersji „all inclusive”. Na przekór temu idyllicznemu obrazowi, film „Powrót na Plac Wolności” i hiphopowy koncert Omara Bofolta zmusiły nas jednak do niełatwej konfrontacji z dziedzictwem wydarzeń sprzed kilkunastu miesięcy.
Najważniejszym celem dokumentu w reżyserii Petra Loma i Torsteina Grude wydaje się właśnie odkłamywanie stereotypów. Twórcy „Powrotu do wolności” nie dali się ponieść zbiorowej fali entuzjazmu i w swoim filmie oddali głos także ofiarom rewolucji. Lomowi i Grude udało się na przykład dotrzeć do jednostek, które w trakcie pamiętnych wydarzeń na placu Tahrir stały po drugiej, „niesłusznej” stronie barykady. Wbrew pozorom nie chodzi tu jednak o gorliwych obrońców dyktatury Hosniego Mubaraka. Ukazani przez reżyserów przeciwnicy rewolucji rekrutują się raczej z grona drobnych handlarzy, którzy obawiali się, że niepokoje społeczne pozbawią ich skromnego źródła utrzymania. Jeszcze bardziej wstrząsająco niż rewizja wydarzeń z placu Tahrir wygląda jednak w „Powrocie…” analiza aktualnej sytuacji w Egipcie. Z obserwacji Loma i Grude wynika, że skorumpowany, lecz względnie stabilny reżim Mubaraka został zastąpiony przez stojącą ponad prawem armię. Wstrząsające historie dziewczyny bezpodstawnie oskarżonej o nieobyczajność, czy pozbawionego wolności bloggera nie służą jednak nieprzemyślanej krytyce politycznych przemian. Film Loma i Grude skłania jedynie do tego, by ponownie skierować uwagę w stronę Egiptu i nie dopuścić do zmarnowania uwolnionego dzięki rewolucji potencjału.
Zaplanowany kilka godzin po seansie „Powrotu…” hiphopowy koncert stanowił niezbędne uzupełnienie tamtego filmu. Łączący ideologiczny przekaz z muzyczną energią Omar Bofolt i spółka swoją aktywnością nawiązują do najlepszych tradycji gatunku. Podczas słuchania wykrzykiwanych ze sceny manifestów politycznych można było odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z kairską wersją Public Enemy. Oprócz gniewu, buntu i niezadowolenia z rzeczywistości muzyka Bofolta niesie jednak za sobą również odrobinę nadziei. Po koncercie chciałoby się wierzyć, że reprezentowana przez raperów opinia publiczna nie zgodzi się na bierną akceptację formującej się rzeczywistości. W manifestowanym w utworach Bofolta reformatorskim zapale kryje się przekonanie, że pomocną siłę może stanowić dla nich właśnie sztuka.
***
Już jutro zapraszam na dzień z boską Charlotte Rampling. W programie znajdzie się opinia po obejrzeniu dokumentu „Charlotte Rampling. Spojrzenie” oraz refleksje z mojego osobistego spotkania z aktorką.












