Lubin to dziwne miasto. Na stacji kolejowej skorzystacie z toalety, kupicie bilet, a nawet posiedzicie w poczekalni... Jedyne, co może zaskoczyć, to żadnej z tych rzeczy nie zrobicie na dworcu kolejowym.
Budowę dworca kolejowego w Lubinie rozpoczęto już w 1867 roku i ukończone w niecałe dwa lata. Był piętrowy, miał duże okna, poczekalnię i restaurację. Przetrwał dwie wojny światowe i cały okres Polski Ludowej. Nie przetrwał polskich samorządowców XXI wieku.
W 2012 roku, gdy już było raczej wiadomo, że do Lubina wrócą pociągi, lubiński magistrat wyburzył historyczny obiekt, który wcześniej przejął za darmo od PKP. Oczywiście wszystko pod hasłem nowoczesności. Stary obiekt nie pasował do nowoczesnego centrum przesiadkowego, którego wybudowanie obiecano gdy tylko wrócą pociągi.
Pociągi wróciły 7 lat temu, a wybudowano od tego czasu murowany szalet i szklaną wiatę na poczekalnię. Kolejarze postawili też dwa automaty biletowe. Ale słaba infrastruktura pasażerska w Lubinie to nie tylko stacja.
Przeszedłem się ulicą kolejową w jedną i w drugą stronę, nie znalazłem jednak żadnego miejsca gdzie można by coś zjeść, kupić bułkę czy napić się kawy. Mogłem za to wyremontować akumulator, naprawić elektronarzędzia albo zamówić catering bankietowy i weselny.
Przed stacją oczywiście od dekady pyszni się budynek dawnego hotelu Prinz Wilhelm z wielkim napisem "restauracja dworcowa". Jednak to tylko napis. Przynajmniej od czterech lat.













