Nihilizm, Roy Batty, życie, aborcja, eutanazja i chrześcijaństwo
Z założenia ten blog nie miał być o muzyce. Wiem, że wyprofilowałem go w taki sposób za szybko i w zasadzie już na samym wstępie wystrzelałem wszystkie naboje, które miałem na punk rocka. Prawda jest taka, że przestałem pisać, bo skończyły mi się tematy. Kiepsko, co? Dlatego dzisiaj, żeby trochę odświeżyć formułę, wrzucam post, który nie będzie dotyczył muzyki. Będzie dotyczył życia, będzie dotyczył nihilizmu, a raczej tego, co mu się zarzuca w kontekście życia.
Kiedy rozmawiam sobie z Januszami na różne tematy i dochodzę do momentu, w którym stwierdzam, że jestem punkiem i wszystko pierdolę, a już szczególnie gdy mówię, że średnio wierzę w humanizm i wrodzoną godność życia ludzkiego, a związku z tym w jego niezbywalną ochronę, to spotykam się z taką ścianą, że jeśli ją przeskoczę, to dalej już chyba nic nie będzie. Niektórzy po prostu nie mogą przeżyć, że bez wiary w jakieś nienaruszalne sacrum dotyczące człowieka a pochodzące nie z człowieka da się normalnie funkcjonować. Tak jakby całe społeczeństwo mogło być podzielone tylko i wyłącznie na zasadzie zero-jedynkowej: albo obywatel albo GG Allin. Chuja!
Przeświadczenie o tym, że życie ludzkie samo z siebie emituje pewną wartość, ma rodowód chrześcijański. Cała argumentacja, której nie znali starożytni, a którą obecni przeciwnicy aborcji, eutanazji albo ci, którzy potępiają samobójców, używają w sporach, wynika z założenia głoszącego, że skoro Bóg ustanowił "świętość" życia na mocy jednorazowego aktu stworzeniu ludzkości, a później każdorazowo wznawia ją podczas narodzin poszczególnych ludzi, to człowiek nie ma prawa jej naruszać na mocy własnej decyzji. Ingerencja w boski zamysł jest w tym wypadku formą buntu, herezji. Jakie to jest strasznie antyludzkie!
Kiedy w końcówce "Łowcy androidów" Roy Batty wygłasza swój słynny monolog, który zresztą Rutger Hauer w sposób niezwykle śmiały zaimprowizował podczas kręcenia, twórcy filmu przekazują nam do namysłu pewne niesamowicie bystre spostrzeżenie odnośnie tego, co stanowi o wartości życia w ogóle.
Oto cyborg - istota pozbawiona uczuć, której śmierć jest zaprogramowana i przewidziana zgodnie z zamysłem twórcy - uświadamia sobie, że nie chce umierać. Roy Batty wiedząc, że jego sztuczne ciało za chwilę przestanie funkcjonować, wspomina o niewiarygodnych rzeczach, które miał okazję zobaczyć. Wizje, które przywołuje - doświadczenie rzeczywistości - budzą w nim wyobrażenie o wartości życia. Myśl o tym, że owe wspomnienia wkrótce zostaną stracone - cytując - tak jak "łzy w deszczu", wywołuje grozę. Wszak z każdą śmiercią organizmu czegoś, co odbierało bodźce, umiera także przeogromny świat wrażeń.
Roy Batty może posłużyć za kontrprzykład w stosunku do chrześcijańskiego dziedzictwa. Jego życie w momencie powstania było warte niewiele więcej niż życie maszyny. Doniosłość własnego istnienia mógł odnieść jedynie do przeżyć i podobnie jest z ludźmi. Ich życie samo przez się ani nie jest "boskie", ani "święte", ani "cudowne", ale w momencie narodzin każdy człowiek staje w gotowości do tego, żeby wypełnić się napalmem świata. Wartość życia tkwi w potencji do zbierania doznań. I takie oto nihilistyczne piękno drzemie w tej jednej z najciekawszych scen w historii kina.













