Przecież to herezja
Są pewne zespoły, które - gdyby je tak rozłożyć na czynniki pierwsze, wziąć pod mikroskop i dźgać igłą - po prostu nie miałyby prawa bytu. Czasami kontekst, połączenia stylistyczne, a nawet wiek muzyków stanowią w osobności elementy tak zaskakująco kuriozalne, że wzięte razem musiałyby z konieczności dać coś jeszcze bardziej kuriozalnego. A jednak tak się nie dzieje. Bywa, że na mocy magicznego zaklęcia coś w danym przypadku p y k a. Nigdy nie pojmę na przykład, jak to możliwe, że w roku 1977, kurwa mać #1, w Ustrzykach Dolnych, kurwa mać #2, powstał zespół punkowy, kurwa mać #3. Myślicie sobie teraz zapewne - o chuj, Igor napisze posta o KSU. Nie, nie napisze. Walcie się.
Dzisiaj po bardzo długiej przerwie - z pewnością kilkuletniej - odpaliłem sobie Face Up To It! Heresy. Wystarczył odsłuch 2 pierwszych numerów, żebym przypomniał sobie, że wytwór tych brudasów z Notthingam należy właśnie do zjawisk, które nigdy nie powinny zaistnieć. Jak to się stało, że grupa, która obok Napalm Death i Siege przecierała pierwsze szlaki w rodzącym się właśnie grindcorze’e, w 1988 wydała album będący jednocześnie rodzącym się właśnie grindcore’em i czymś bardzo przebojowym? Tego do końca nie rozumiem, ale stało się. Face Up To It! to z pewnością punkowe kuriozum. To także muzyka, która wyprzedzała swoje czasy, a nawet wyprzedzała coś, co nigdy nie nastąpiło. Już wszystko tłumaczę.
Kontakt z pierwszym materiałem Heresy - Never Healed E.P. - który w katalogu Earache Records ma numer “ear 1″, kurwa mać #666, jest jak włożenie głowy do pralki pełnej kamieni w trakcie wirowania. Perkusista - Steve Charlesworth - podczas nagrywania materiału miał rzekomo usłyszeć od dźwiękowca uwagę w stylu - człowieku, tak się nie gra, robisz to za szybko, zwolnij. Steve na szczęście nie zwolnił. I Face Up To It! - ich debiutanckie LP - to wciąż przede wszystkim huragan i ostrzał z chain guna na raz. Gdy słuchamy tracków takich jak Network of Friends albo Trapped In a Scene, to nawet 30 lat później zachodzimy w głowę zastanawiając się, jak wtedy można było aż tak zapierdalać.
Jednakże chłopakom z Heresy udało się do tej rozciągniętej w czasie eksplozji dorzucić chwytliwe i śpiewane refreny. I w tym tkwi ich tajemnica. Nie jest to może śpiew na modłę Erosa Ramazzotti, ale stylówka niezwykle popularna w ówczesnym melodyjnym punku uprawianym po drugiej stronie Atlantyku. Malcom Reeves ze swojego szczekania potrafił przeskoczyć wprost w patent żywcem wyciągnięty z ALL, Big Drill Car albo Dag Nasty. Kawałki Flowers in Concrete albo When Unity Becomes Solidarity dają najlepszy obraz owej metody. A wszystko to dzieje się bez oczywistego odwołania do brytyjskiej stench aury - przyozdobionej czarnymi ciuchami i 3 dreadami na głowie - ale raczej z myślą o amerykańskim dzikim hardcorze w stylu Void albo crossoverze spod znaku Cryptic Slaughter. No właśnie. Dlaczego Heresy powstało w UK, a nie w USA? Kolejna zagadka.
Jeśli rzucimy okiem na zdjęcia stojących za tym muzyków, wyglądających jakby wyszli prosto z kontenera pod Albertem, to możemy uznać, że oto powstał produkt idealny. Zespół, który - odwołując się w opisie do tytułu nietzscheańskiego opus magnum - jednocześnie jest dla wszystkich i dla nikogo. Zespół, który jest hardcore, gra grindcore i ma śpiewane refreny. Bycie punkiem i niesłuchanie takich rzeczy to ogromna strata.








