Pierwszy poranek, kiedy czuć zbliżającą się jesień. Tak jakby coś wisiało w powietrzu. Niby coś leniwego, trochę chłodnego, pachnącego lekką wilgocią. Nawet słońce jest takie jakby inne. Subtelniejsze, opatulające.
Tylko ciągle nie daje spokoju jedno pytanie ‚kiedy minęło to lato?’. Czy to wszystko było warte, aby przesiedzieć je przy szumie klimatyzacji, nieprzesypiając nocy, goniąc za czymś, co może nie przynieść żadnego efektu? A może było lepiej rzuć to wszystko w cholerę i jednak cieszyć się słońcem?











