Got a little interest on that worldbuilding poll I did the other week (about the different races of a particular country and the armor they wear in their army), and I'll admit, it was more interest than I'd expected! :D So I did a (more accurate) drawing of said races and thought i might give them all a brief description here. :) Sorry for the poor quality; I can usually edit my colors to look decent but the computer was not cooperating. ;)
Left-to-right, the races of the Merfaen tiz Ornaru! Simi, Fi, Kubli, Noki, and Sor.
Simien are the smallest out of everyone. They have piggy snouts and large, batty ears. They may be small, but they're known for their larger-than-life personalities! In their original design they had six eyes that went all the way around their heads, giving them a 360 degree view of their surroundings. But also they were kinda creepy so I deleted that feature in later versions. :)
Fien are the most human-looking of the bunch - except of course for their wings, and their colorful hair, which ranges from pink to blue but is normally some shade of purple. Most of my main characters (from this country anyway) are fien, including Vellatra. (Well, sort of. But that's another story.)
Kublien are small, but not quite as short as the simien. They're a little more spindly, and have very long, narrow ears and noses. They generally have keener senses than the other races, and excel at tracking and hunting.
Nokien are just a touch shorter and stockier than humans (the average male noki stands at about 5 feet tall). They have black hair, dark green skin, and brown spots that come in during puberty. (Although there are rare instances of nokien - "clearskins" - who never gain their spots, and are renowned for their youthful beauty.) They are generally quiet and stoic people, who put a lot of emphasis on duty, tradition, and familial ties.
Soren are the gentle giants out of everyone. While they are, naturally, the strongest, they often tend toward peaceful occupations, like blacksmiths or miners. Maiga, the sora pictured, is a medic in the army.
It was fun writing all this out! Makes me want to keep working on that story... though I won't be able to work for long since I'm more than eight months pregnant now. ;)
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality
Anya is LIVE right now
FREE
Free to watch • No registration required • HD streaming
Kiedy miałem dziewięć lat, jechałem z klasą na wycieczkę do zoo. Trzeba przyznać, nigdy nie interesowałem się zwierzętami, jednak spędzanie czasu z kolegami przekonało moich rodziców, by ją opłacić, pomimo jej wysokiej ceny.
Mam nadzieję, że dobrze się wtedy bawiłem, bo niewiele z tego czasu pamiętam. Jak mówiłem, nie interesowałem się zwierzętami i widok lwa w książce całkowicie mi wystarczył.
Jedno zdarzenie jednak zapamiętałem bardzo dokładnie. Zresztą, jak miałbym zapomnieć, skoro była ona później głównym tematem rozmów w szkole.
Wszyscy staliśmy przed szybą, za którą znajdował się tygrys. Przewodnik opowiadał jakieś ciekawostki o tym zwierzęciu, ale nikt go nie słuchał. Wpatrywaliśmy się z kolegami w "kolorową zebrę", śmiejąc się z niej pod nosem. Nie wiem, czy on nas słyszał, czy może wyczytał coś z naszych wyrazów twarzy, co do tej pory brzmi absurdalnie, ale cały się naprężył, wystawiając łapy do przodu. Nie wiedzieliśmy, że tak wygląda atakujące zwierzę, więc dalej cisnęliśmy z niego bekę.
I w momencie, kiedy Adrian wskazał na jego ogon palcem, tygrys skoczył w naszym kierunku.
Każdy, nawet przewodnik i nauczycielka, cofnęli się w odruchu, a ja stałem przed szybą i patrzyłem w gębę ryczącego kota. Słyszałem za sobą krzyki przerażenia dziewcząt, nawet i niektórych chłopaków, jednak wciąż stałem w bezruchu. Sekundy przeciągały się, ale tygrys w końcu uderzył z impetem w szybę oddzielającą nas od jego wybiegu, miaucząc z bólem.
Wtedy rozległy się śmiechy chłopaków, a dziewczyny odetchnęły z ulgą. Bartek podszedł do mnie i poklepał mnie po plecach, mówiąc:
- Nie wiedziałem, że jesteś taki odważny.
Nie potrafiłem tego skomentować, gdyż nie potrafiłem poruszyć ustami. Chłopaki jednak nie oczekiwali odpowiedzi, a mi po chwili przeszło.
***
Pamiętam dzień, gdy miałem piętnaście lat, w którym miałem porozmawiać z Kingą. Była ona wysoką brunetką o brązowych oczach i ciemnej karnacji. Odznaczała się mądrością i troskliwością w stosunku do każdego człowieka, nawet tego, który ją obrażał. Nie podobała mi się jakoś bardzo, jednak koledzy namówili mnie, żebym ją poderwał. W końcu każdy w tym wieku miał już dziewczynę. To było głupie, ale wtedy nad tym dużo nie myślałem. Nie chciałem odstawać od reszty.
Wybrałem odpowiedni moment, tak jak mi poradzili. Podszedłem do niej, gdy akurat nie spędzała czasu z koleżanką, ale też nie była całkowicie sama, parę kroków od niej stali chłopcy z jej klasy. Nie pomyślałaby, że coś jej zrobię, więc miałem otwartą drogę.
Miałem powiedzieć coś w stylu:
- Siema, jestem Karol, chodzę do równoległej klasy. Widziałem, jak ostatnio się zachowywałaś względem...
Bla, bla, bla, właśnie tak miałem zacząć. Rozpocząć zwyczajną rozmowę, a jeśli nie wyjdzie, to chłopaki poszukaliby następnej. To było takie płytkie, ale nie widziałem potrzeby, by się sprzeciwiać. Pozwoliłbym im na to, gdyby nie fakt, że nie dałem im takiej możliwości.
Stałem nieruchomo, wpatrując się w nią. Chciałem do niej podejść, zrobić chociaż jeden krok w jej stronę, ale nie potrafiłem. Każdy mój mięsień został tak jakby zablokowany, tylko mrugałem. Po głowie chodziły mi obrazy, że mnie odrzuca, wyśmiewa i krytykuje, a każdy w szkole to widzi i się z nią zgadza.
Więc stałem.
Do końca dwudziestominutowej przerwy.
Kiedy wróciłem do klasy, wciąż ciężko było mi się poruszać, a utrzymanie normalnego oddechu było okropne, ale dałem radę. Siedząc wtedy w klasie i nie słuchając mojej nauczycielki od matmy zorientowałem się, że to wszystko, co sobie wyobrażałem było kompletną bzdurą, a ja spanikowałem. Miałem ochotę zacząć walić się głową o najbliższą ścianę, ale się powstrzymałem. Miałem jeszcze wiele do zrobienia.
Ignorowałem to okropne uczucie déjà vu, kojarzące mi się właśnie z tą sytuacją z tygrysem. Bo, pomimo tego samego rezultatu, to były dwie skrajnie różne sytuacje i nie zamierzałem ich ze sobą porównywać.
***
Niedługo po nieudanej próbie poderwania Kingi i zrezygnowania z dalszych podbojów, musiałem wyjechać do Anglii. To było trudne. Nie znałem tam nikogo, a język, pomimo, że dobrze go znałem, nie posługiwałem się nim biegle. Spędziłem trochę czasu, aby go opanować i dopiero po roku poszedłem do szkoły. Właściwie uczyłem się angielskiego chyba tylko po to, żeby rozumieć nauczycieli, bo nie rozmawiałem z rówieśnikami zbyt często. Pierwsze wrażenie też było nienajlepsze, chłopaki z klasy podeszli do mnie, by mnie przywitać, a ja tylko stałem i na nich patrzyłem.
Uważali mnie za dziwoląga, dostałem od nich ksywkę "Alien". Nie chciałem odezwać się i powiedzieć, żeby przestali, bo to było spoko, mieli ze mną, tym cichym, jakiś kontakt. Nawet chciałem ich poinformować o powodach mojej małomówności, jednak strach był silniejszy.
Strach, który mnie paraliżował.
Nienawidziłem go. Wciąż nienawidzę.
Czasami siedziałem z chłopakami przy ścianie. Nie miałem odruchu ucieczki, który podobno był pierwotny, nawet nie pomyślałem o czymś takim jak ruch, bo wiedziałem, że nie jestem do niego zdolny. Po prostu słuchałem ich, a gdy zapadała cisza, nieraz otwierałem usta i chciałem się udzielić, ale wtedy wszyscy na mnie patrzyli... Nie potrafiłem, więc siedziałem cicho. Było ciężko, ale jakoś dałem radę.
Z czasem, gdy poznałem kogoś bliżej a strach uciekał, potrafiłem spędzać naprawdę miłe chwile. Na tych chwilach postanowiłem się skupić i pozbyć się strachu. To nie było takie proste, ale nie było też niewykonalne.
***
Jako, że tęskniłem za Polską, postanowiłem chociaż nawiązać jakiś kontakt z jej mieszkańcami. Założyłem kanał na YouTubie, gdzie miałem jakiś kontakt z widownią.
No cóż, początki były trudne, ale z czasem się przyzwyczaiłem. Gdy czytałem komentarze nie robiłem tego w bezruchu, tylko nieraz śmiałem się, tarzając się po kanapie.
Nawiązałem też kontakt z paroma innymi youtuberami, którzy mieli szczęście mieszkać w Polsce, chociaż oni pewnie tego aż tak nie doceniali. Nie wiem, nie pytałem. Wiem za to, że byli naprawdę niesamowici w wykonywanej przez siebie robocie. Naprawdę, było to widać w ich filmach i w tym, jak wyrażali się o YouTubie.
To oni namówili mnie do przyjazdu do Polski, żebym chociaż spotkał widzów. No cóż, pewnie fakt, iż takowych posiadałem także wpłynął na moją decyzję, ale to główna zasługa chłopaków. Pomimo obaw wyruszyłem w drogę powrotną do domu, aby spotkać się z każdym z nich.
Przyjechałem do Polski. Kiedy zobaczyłem ludzi, którzy od razu mnie rozpoznali i pomimo faktu, że ja nikogo nie znałem, nie bałem się. Pomyślałem wtedy, że pozbyłem się w końcu tego strachu, który tak długo trzymał mnie w swoich szponach. Ucieszyło mnie to i podekscytowało.
W końcu czułem się wolny.
***
Strach powrócił pewnego wieczora, kiedy mieszkałem już u Kuby. Tego dnia spotkałem się już z widzami, a gdy wróciłem do domu, zastałem go nagrywającego coś. Nie chciałem mu przeszkadzać, więc poszedłem do swojego pokoju. Nie wiem czy wspomniałem, ale często coś razem nagrywaliśmy i wrzucaliśmy to czasami na mój kanał, a czasem na Kubsona. Byłem przyzwyczajony do wspólnego spędzania czasu, ale to nie było wymagane, wiadomo.
Z nudów postanowiłem poprzeglądać sobie komentarze pod ostatnim dodanym filmem, w którym wygłupialiśmy się z Kubą, że jesteśmy razem. Jeden z nich sprawił, że moje serce zatrzymało się na chwilkę, a palce zaczęły drętwieć.
"Jesteś taki żałosny. Przecież to oczywiste, że jesteś gejem, tylko na niego się nadajesz. Ale nie wciągaj w tego Kuby, bo on jest przynajmniej wart naszego czasu"
Nie widziałem co mnie zabolało w tym komentarzu, a może wiedziałem, ale nie chciałem się do tego przyznać. Tak czy inaczej, patrzyłem na ten komentarz, dopóki do mojego pokoju nie wszedł Kuba.
- Kapi, cho do mnie, nagramy horrorek - powiedział z uśmiechem na twarzy. Nie do końca kontaktowałem, więc bezmyślnie pokiwałem głową zupełnie ignorując fakt, że nienawidzę horrorów.
Po kilku minutach siedziałem przed komputerem Kuby, podczas gdy jego właściciel wywiał po coś do picia do kuchni. Miałem ochotę ściągnąć słuchawki, bądź zrobić cokolwiek, żeby nie musieć się w to angażować, jednak obiecałem mu. Strasznie wychwalał tą grę i mówił, że nie ma się nawet czego przestraszyć.
Pewnie go nic nie wystraszyło, ale mnie tak. Szpetny potwór, który wyglądał, jakby kiedyś był człowiekiem, stał przed protagonistą, a ja zastygłem w bezruchu. Znowu poczułem się jak ten dziewięciolatek, który w obliczu zagrożenia nie potrafi się ruszyć. Chciałem się wyrwać, ruszyć dalej, przejść nad tym do porządku dziennego, ale nie potrafiłem. Mój wzrok był zawieszony na na ekranie, a mój oddech przyspieszył.
Nie potrafiłem się ruszyć. Strach po raz kolejny mnie sparaliżował.
Sprawił, że przed moimi oczami ukazała się historia tego potwora. Obcego. Zbyt odległa i bliska jednocześnie. Chyba powinien otworzyć usta i zacząć krzyczeć, ale nie zrobiłem tego. Nie potrafiłem.
Kolejnym, co pamiętam, jakby przez mgłę, jest głos Kuby. Był on wtedy taki zaniepokojony, wypowiadał z pośpiechem moje imię, a ja nie odpowiadałem. W końcu blondyn podszedł do mnie, zdjął moje słuchawki i próbował zwrócić na mnie swoją uwagę.
Nie udawało mu się, a mój oddech się nie uspokajał.
W sumie nie wiem, czy zrobił to ostrożnie, czy może bardziej niedbale, ale przeniósł mnie na kanapę. Położył mnie na niej, a ja poddawałem się temu, niezdolny do poruszenia się. Chciałem, próbowałem, nie potrafiłem...
W końcu Kuba zaczął jeździć palcami po moich włosach, trzymając głowę blisko mojej. Jego oddech drażnił moją skórę, a jedna z rąk, leżąca na mojej klatce piersiowej, sprawiała, że to lodowate zimno, ten okropny huragan wewnątrz mnie uspokajał się. Tylko pod wpływem jego dotyku.
Odkaszlnąłem, w końcu zdolny zapanować na własnym oddechem, po czym położyłem swoją dłoń na jego. Moja klatka piersiowa, wraz z naszymi rękoma, unosiła się coraz bardziej regularnie, co oznaczało, że najgorsze było za mną. Wystarczyło wyjaśnić Kubie, co się właśnie stało.
Co w sumie nie będzie takie proste.
- Co się stało? - spytał mnie po chwili milczenia.
Jego włosy wciąż dotykały mojego policzka. Wypuściłem drżący oddech i zacząłem opowiadać.
Jakbym miał to powiedzieć komuś innemu, pewnie bym zwymyślał, albo podał skróconą wersję w stylu "mam czasem ataki paniki lub coś w tym rodzaju". Ale to był Kuba, mój przyjaciel, nie mogłem mu nie powiedzieć prawdy. Słowa wylatywały z moich ust, a ja nawet ich nie kontrolowałem. Wszystkie emocje, ból, zawód własnym sobą był zawarty w tonie mojego głosu, a po zmarszczce pojawiającej się na czole Kuby widziałem, że on to rozumie.
Nie zorientowałem się, kiedy łzy zaczęły spływać po moich policzkach, ale on tak. Podniósł się, pomógł mi usiąść, po czym przytulił mnie z całej siły. Objąłem go kurczowo, jakby był jedynym, co mnie od tego strachu oddzielało, a jego strata byłaby równoznaczna z powrotem do tamtego świata. Bo kiedy strach mnie paraliżował... Wszystko wydawało się wyglądać inaczej. To nie był świat, do którego należę.
Mój świat to ten dom, to moi widzowie, moja praca, moi przyjaciele, Kuba i wszystko, co tworzy moje zainteresowania. Strach to wszystko niszczy, odbiera i nie zamierza oddać. Nie chciałem pozwolić mu zawładnąć moim życiem.
Skupiłem się na dotyku Kuby, który już odsunął się ode mnie nieznacznie i trzymał mnie za rękę, jeżdżąc kciukiem po moich knykciach. Wpatrywałem się z uwagą w jego ruch, kiedy wyciągał chusteczkę z paczki, która wcześniej leżała na biurku. Po chwili chusteczką ocierał moje łzy, przejeżdżając językiem po spierzchniętych ustach. Chciałem pociągnąć nosem, ale okazało się, że już nie płaczę, co mnie zaskoczyło tak samo jak fakt, że w ogóle zacząłem.
Patrzyłem w jego niebieskie oczy, podczas gdy on wciąż wycierał pozostałości łez, przy okazji bawiąc się moimi włosami.
W końcu nie wytrzymałem. Złapałem go za rękę, w której miał chusteczkę i pociągnąłem ją w dół, czym zrobiłem sobie łatwy dostęp do niego. Puściłem jego nadgarstek, natychmiast przekładając swoją dłoń na jego szyję i przyciągając go do pocałunku. W mojej głowie aż huczał przeczytany wcześniej komentarz, poczułem, że moje mięśnie znów się napinają.
Dopóki nie oddał pocałunku. Bo kiedy nasze wargi zaczęły poruszać się w jednym rytmie, a jego dłonie obejmowały moje policzki, w moich myślach krążył, on, Kuba, i nikt więcej, żaden widz, czy też hejter, nie było dla nikogo innego już miejsca.
***
Cały mój związek z Kubą był początkowo wypełniony delikatnością, dopóki nie sprzeciwiłem się temu. Wyjaśniłem ukochanemu, że tu nie musi być taki, może być sobą, poprzeklinać, podokuczać, dopóki widzi, że nie przekracza granicy. I taki był. Normalnie arogancki i zabawny, a kiedy tylko była taka potrzeba, potrafił być czuły. To niesamowite, że tylko zmiana w tonie głosu potrafiła wpłynąć na mnie w taki sposób.
Pomimo nowych więzi, które nas połączyły, nasze zachowania nie zmieniły się jakoś diametralnie. Byliśmy najlepszymi kumplami, nieraz obrzucaliśmy się obelgami świadomi, że to nie ma nas urazić. To było lepsze, niż mogłem sobie wyobrazić, naprawdę. Pamiętam, jak nagrywaliśmy krótkie, około minutowe odcinki na jego boczny kanał. Podczas jednego z nich miał mnie podtapiać, ale nie bałem się tego, bo mu wystarczająco ufałem. Właściwie, kiedy nagrywaliśmy tą scenę, to on tylko przyciągnął mnie do umywalki, po czym trzymał dłoń na moim karku, pozwalając, żebym to ja udawał, że mnie podtapia.
Ogólnie przy nagrywaniu tego filmiku mieliśmy mnóstwo zabawy. Musieliśmy patrzeć się w swoje oczy, on na mnie ze złością, a ja z niewinnością. Sekundowy kontakt wzrokowy sprawiał, że już śmialiśmy się do rozpuku, a my musieliśmy przecież nagrać normalną scenę. Failów była co nie miara, ale udało nam się.
Zawsze nam się udawało.
***
Dzisiejszy dzień jednak był inny. Nie mam pojęcia, co zdenerwowało Kubę i chciałem wiedzieć, chciałem mu jakoś pomóc, ale nawet do teraz nie wiem, nic mi nie powiedział. Był jakiś podminowany i, mówiąc wprost, wkurwiony. Kiedy zorientowałem się, że moje prośby o wyjaśnienie sytuacji tylko wszystko pogarszają, postanowiłem po prostu w jakiś sposób pomóc mu. Mentalne wsparcie odpadało, bo nie mam pojęcia, jak miałbym mu pomóc. A jako, że siedział w salonie pomyślałem, że nie chce siedzieć w samotności, a raczej potrzebuje z kimś pospędzać czas bez zbędnego użalania się nad nim.
Tak postanowiłem zrobić. Usiadłem obok niego, rozkładając swoje ramiona na oparciu kanapy, po czym spytałem się:
- To co oglądamy? Może jakiegoś Flasha - uśmiechnąłem się w jego stronę, a on nawet nie miał siły, aby zmusić swoje kąciki ust do podniesienia się. Wiedziałem, że było źle, ale to było jedyne, co mogłem zrobić.
- Nie, dzięki. Nie mam ochoty - po tych słowach wydawało mi się, jakby trochę bardziej przysunął się drugiego końca kanapy. Muszę przyznać, to mnie trochę zabolało, ale też trochę bardziej zmartwiło. Pomimo, że widziałem jego ruch, w którym się ode mnie odsuwał, usiadłem bliżej niego i położyłem rękę na jego ramieniu. Wzdrygnął się pod moim dotykiem.
- Kuba, nie wiem, co się wydarzyło, ale mogę ci pomóc, a jeśli nie chcesz...
- Nie chcę - przerwał mi i wstał gwałtownie, wyrywając się z mojego uścisku. - Do kurwy nędzy, nie chcę! Nie możesz mnie zostawić w spokoju? - Jego dłoń była zaciśnięta w pięść, od razu się zorientowałem, co to oznacza. Byłem świadkiem jednej z jego bójek, zaczynała się podobnie. Powoli wstałem, nie wiem czemu, może chciałem w jakiś sposób mu dorównać, ale z pewnością to go nie uspokoiło.
Tak mi się przynajmniej wydawało. Bo po tych słowach od razu skierowałem się do wyjścia. Usłyszałem jego westchnienie, takie pełne boleści, po czym wymamrotał moje imię. Wtedy wydawało mi się, że to wszystko było tylko wymysłem mojego umysłu, więc czym prędzej wyszedłem.
Było już późno, bardzo późno, a wiatr smagał moją skórę. Podobno nie miało być zimno, ale ja odczuwałem mróz, a kończyny zaczynały mi drętwieć. Próbowałem zapanować nad oddechem, ale było coraz ciężej.
Przechodziłem przez ulicę, z trudem wychwytując dźwięki z otoczenia, ale tego nie dało się nie usłyszeć. Pisk klaksonu, ciężki i potężny, który pozbawił mnie zdolności do poruszania się. Po raz kolejny strach mnie sparaliżował, a ja tylko przez chwilę wpatrywałem się w światła jadącego na mnie samochodu. W mojej głowie odbijał się echem głos Kuby, jakby krzyczał i błagał, bym się ruszył. W jego głosie było słychać żal. Czasami naprawdę moja wyobraźnie jest wybujała
Zamknąłem oczy i pozwoliłem się potrącić.
***
Szczerze mówiąc, nie boli mnie tak mocno, jak wydaje mi się, że powinno. Uderzenie odrzuciło mnie z jezdni. Nie mam pojęcia, jak było, nie czułem żadnych wbijając się we mnie odłamków szkła, nawet uderzenie o ziemię nie było jakoś intensywnie bolesne. Wyczuwam w powietrzu unoszącą się benzynę i krew, ale nie czuję się coraz gorzej. Wręcz przeciwnie, mogę powiedzieć, że czuję się coraz lżejszy i wolny. Być może przerwałem rdzeń kręgowy bądź coś w tym stylu, przez co nic nie czuję.
Leżę teraz na trawie, mam mocno zaciśnięte powieki, a przed oczami przelatywało mi całe życie, tak jak to się często mówi. Chcę, żeby w tych wspomnieniach było więcej mojego ukochanego, bo to przecież on sprawiał, że to moje życie staje się w jakiś sposób wartościowe, pozbawione strachu, który ogarnia mnie w tej chwili.
- Karol! - słyszę krzyk Kuby. Nie rozumiem, przecież on powinien być w domu. Otwieram oczy i od razu rozglądam się wokół siebie. Nie rozumiem, nikogo więcej tu nie wyrzuciło, nie ma żadnych kawałków samochodu ani nic. Może w telewizji kłamali, gdy pokazywali takie sytuacje. Przecież często koloryzują.
To jest jednak nieważne.
Ze zdziwieniem podpieram się na rękach i orientuje się, że nic mi nie jest. Poruszam nogami, potrafię poruszyć nogami co jest co najmniej dziwne, ale to teraz nieważne. Ignoruję to, że są zdrętwiałe i wstaje.
- Karol - znowu słyszę krzyk Kuby, tym razem jest cichszy i zawiera coraz więcej bólu. To jest dziwne, co się dzieje, dlaczego nie leży gdzieś niedaleko mnie? Z szybko bijącym serce odwracam się w stronę jezdni. Nie widzę żadnego samochodu, żadnego wypadku, tylko jeden człowiek leży na ziemi.
Kuba.
Podbiegam do niego, to niesamowite, że nie ogarnął mnie strach, tak często gnębiący mnie w takich sytuacja. Kurwa, nawet przed chwilą strach mnie sparaliżował.
Zatrzymuję się obok Kuby, ciężko oddycham, nawet nie zorientowałem się, że biegłem, dopóki nie musiałem gwałtownie zahamować. Mrugam parokrotnie, jakby chcąc pozbyć się tego obrazu, ale mój ukochany wciąż tu leży, a kałuża krwi wokół niego się powiększa. Upadam na kolana, a moje oczy zachodzą łzami. Kładę dłoń na jego policzku, gdyż tylko on nie wydaje się uszkodzony.
Dlaczego to on tu leży? Przecież to moja wina, to ja tu miałem leżeć, to ten pierdolony strach, który za mną chodził od kiedy tylko pamiętam mnie sparaliżował, to ja tu powinienem leżeć, nie on. Oni wszyscy mieli rację, nie zasługuję na niego, on jest na to zbyt cenny.
- Kuba, Kuba, Kuba - powtarzam w kółko, dopóki nie otwiera oczu. Patrzy na mnie, ale jednocześnie nie wydaje się zbyt świadomy tego wszystkiego, co się dzieje wokół nas.
A nas zaczynają otaczać ludzie, parę osób patrzy na nas z daleka, ale nie mają nam jak pomóc. Ignoruję ich kompletnie.
- Tak dobrze, patrz na mnie - mówię, a słone łzy spływają po moich policzkach. - Nie zamykaj oczu, na pewno zaraz przyjedzie pomoc, dobrze? Bądź silny, Kuba, zawsze byłeś silny, silniejszy ode mnie, proszę, nie zamykaj tych oczu - paplam gorączkowo, nie orientuję się nawet, w których momentach mój głos się załamuje.
Kuba powoli mruga, przez chwilę boję się, że nie otworzy już oczu, ale trzyma je otwarte. Nawet nie zorientowałem, że podniósł rękę, ale teraz trzyma dłoń na moim policzku, kciukiem ścierając spływające łzy. Na jego usta wpływa uśmiech, dlaczego on się teraz uśmiecha, przecież jest ranny, musi go tak bardzo boleć. Zawsze był silny.
- Nie bój się, dobrze? - szepta, nawet nie potrafi już mówić głośno, co tylko sprawia, że węzeł na moim gardle zaciska się jeszcze mocniej. Widzę, że walczy, żeby pozostawić oczy otwarte, ale jest mu coraz trudniej. - Kocham cię - mówi tak cicho, wręcz tylko porusza ustami. Z mojego gardła ucieka ciche łkanie, ale nie potrafię go powstrzymać.
- Też cię kocham, mieliśmy zrobić sobie pasujące tatuaże, pamiętasz? Nie mam pojęcia jakie, ty zresztą też, ale wymyślimy to, tylko walcz, wierzę, że dasz radę... Kuba...
Przenosi swoją dłoń na mój kark, po czym delikatnie pociąga mnie w dół. To mi uświadamia, jak wiele życia już z niego uciekło, i jak bardzo jest teraz słaby. Posłusznie opuszczam głowę w dół, dopóki nasze wargi nie stykają się.
- Romantycznie, nieprawdaż? - słyszę jego słaby, załamujący się głos. Wiem, że gdyby był w stanie, to by się zaśmiał, ale dobrze, że nie był, bo to wywołałoby we mnie tylko jeszcze większy napad płaczu. Rzadko płaczę. Zwykle siedzę w bezruchu, panikując w środku. Teraz jednak łzy spływają na twarz Kuby, a ja tylko obwiniam się o to, że szybciej się przez to wyziębi.
Odsuwam się, patrząc w jego oczy.
Niebieskie, zasnute mgiełką.
Patrzę na jego rękę, po czym delikatnie splatam nasze palce. Dłonią, która leży na jego policzku, zaczynam delikatnie gładzić kącik jego ust.
I mówię o wszystkim, co tylko możliwe, żeby nie zamknął oczu. Powtarzam się, pewnie już to słyszał i zapamiętał, ale powtarzam się, w kółko i w kółko, żeby tylko pozostał świadomy. Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, co on teraz przeżywa.
Wpatruję się w jego twarz, z której ucieka życie, a ja nie potrafię nic na to poradzić. W mojej głowie odbija się echem myśl, że to mój strach spowodował to, że Kuba umiera. Ja to spowodowałem i nie potrafię go uratować.
Moje łzy skapują na jego twarz, podczas, gdy on zamyka oczy, a odgłos przybliżającej się karetki staje się dla mnie coraz bardziej odległy.