𓂀 𓃫 𓄿 / Dilerim Allahtan sızlasın için
Uyan sunam uyan derin uykudan.
Umieranie było proste.
Nie pamiętał chwili, w której zamknął oczy. Pamiętał tylko głosy. Najpierw jeden. Cichy. Daleki. Jakby dochodził z drugiego końca pustyni. — Uyan… Potem drugi. Bliżej. Cieplejszy. Pełen tęsknoty, której nie potrafił nazwać. — Uyan, sunam… uyan… Słowa przepływały przez niego jak woda. Nie rozumiał ich. A jednak rozumiał wszystko. Mówiły do niego. Do chłopca ukrytego pod bliznami. Do człowieka zagubionego pod maskami. Do duszy, która od tak dawna spała, że zapomniała własne imię. Nosił w sobie piasek zamiast krwi. Wypełniał nim każdą ranę, każde wspomnienie, każde imię którego nie chciał wypowiadać. Pustynia była cierpliwa. Nie pytała. Nie osądzała. Nie kazała mu wybierać między tym kim był, a tym kim musiał się stać. Po prostu brała, jego serce należało do niej od tak dawna, że przestał pamiętać jak brzmi deszcz. — Uyan… Obudź się. Wróć. Otworzył oczy. Przed nim nie było nikogo. Tylko nieskończony księżyc wiszący w czerni. A jednak głosy nie milkły. Krążyły wokół niego niczym ptaki. Raz brzmiały jak matka śpiewająca dziecku. Raz jak ktoś znajomy. Raz jak ktoś, kogo nigdy nie spotkał. — Uyan, sunam… Marc zacisnął dłonie. Dlaczego nie pozwalały mu odejść? Wtedy zrozumiał. To nie była pieśń dla zmarłych. To była pieśń dla tych, którzy utknęli pomiędzy. Dla ludzi, którzy umarli dawno temu, ale ich serca wciąż uparcie biły. Dla tych którzy nie bali się śmierci. Bali się przebudzenia. — Dilerim Allahtan sızlasın için. Uyan sunam uyan derin uykudan...
Jeszcze nie.
























